sobota, 17 października 2009

ŁAKOMCZUCH


Labradory najbardziej kochają ludzi, wodę i jedzenie – kolejność dowolna. Ale fakt faktem, nie da się ukryć, że są łasuchami i to okropnymi. Nasz pies nie odbiega niczym od standardów swojej rasy. Na spacerach labradory mogą spokojnie konkurować z Zakładem Oczyszczania Miasta, są lepsze niż najnowocześniejsze śmieciary. Zbierają z chodnika wszystko, co znajdą i co im tylko zapachnie. I zjadają, o ile właściciel nie zdoła w porę interweniować.  Już nie raz wyciągałam psu z pyska papierki po hamburgerach, torebki po chipsach i tego typu zdobycze.
W domu nie jest lepiej – nie można przy labku niczego zjeść spokojnie. Szelest folii, nawet najcichszy, podrywa go na równe łapy, bo świadczy o tym, że ktoś tam w głębi mieszkania właśnie rozpakował ciastko/wafelka/batonik z papierka i być może się podzieli. Dźwięk otwieranej lodówki budzi go z najgłębszego snu i przyciąga jak magnes. Pies natychmiast kieruje się w stronę jego źródła, licząc na czułe serce właściciela. Siada i zachowuje się jakby nic nie jadł od co najmniej dwóch tygodni: daje łapę, merda ogonem, żałośnie patrzy w oczy, trąca nosem i ślini się na potęgę. Żebrak nie pies.
Kiedy więc wczoraj Białasek nie zareagował na rozerwanie szeleszczącej paczki delicji, nie przybiegł do kuchni po otwarciu lodówki, nie łasił się i nie prosił przez cały dzień o jedzenie, zdziwiłam się. Kiedy nawet nie tknął swojej michy, do której piesusiowy pańciunio wdrobił pachnący salcesonik, na który nota bene, sam miał wyraźną ochotę, zaczęłam się martwić. Na wieczornym spacerze Białas obgryzał tylko trawę, kępka za kępką, po powrocie popił wody, ale jeść nie chciał.
Dziś rano kupiłam więc specjalnie mielone mięso, które psiur uwielbia, wymieszałam z kawałkami bułki, wbiłam jajko i postawiłam przed czarnym nochem. Powąchał, liznął od niechcenia i… nie zjadł.
A to do labradora niepodobne.
Po południu apetyt mu cudownie wrócił.
A ja, podczas otwierania okna balkonowego, znalazłam za sierściuchowym legowiskiem powód psiej niestrawności. Bez wątpienia wyrzygany, bo cały mokry i owinięty źdźbłami na wpół przeżutej trawy.
Zresztą wolę nie dociekać, którym otworem, wlotowym, czy wylotowym to „coś” opuściło naszego Białego Dupka. To najłagodniejsze określenie, jakie cisnęło mi się na usta. Dam Nobla i jednego głupiego psa temu, kto zgadnie, co to było.
 Było czarne. W białe paseczki.
Dla ułatwienia dodam, że zostało ukradzione z kosza z brudną bielizną.

Moje stringi
W całości.
Nawet nie pogryzione.
 Co najciekawsze, po obraniu z trawy, wypraniu i wysuszeniu nadal nadają się do noszenia…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz