sobota, 31 października 2009

TO JA, TYP NIEPOKORNY...


Ręce i nogi opadają. Uszy więdną. Na szczęście nie moje, tylko psie. Na nieszczęście – nie na długo. Tak na jakieś piętnaście minut, w porywach do trzydziestu. Zazwyczaj jest to akurat pół godziny po moim powrocie do domu, kiedy próbuję utrzymać nerwy na wodzy i nie sprać sierściucha na kwaśne jabłko.
Jest niereformowalny. Prawie codziennie, w tych samych okolicznościach przyrody prowadzimy te same męczące dialogi. Wracam do domu, otwieram drzwi i kiedy zamiast psa radosno – cieszącego się wita mnie kundel łasząco – przepraszający, już wiem: znowu coś rozwalił. Z duszą na ramieniu wchodzę dalej, robię obchód mieszkania i szacuję straty. Wracam pod drzwi, gdzie czeka na mnie kupka skruszonej, białej psiny i zaczynam swój monolog:
Travis, ile razy mam Ci powtarzać?!!!. Nie wolno grzebać w śmieciach! Nie wolno myszkować w koszu z brudną bielizną! Nie wolno wykradać butów z szafy! Nie wolno przynosić ich na kanapę w celach konsumpcyjnych! Nie wolno ich gryźć!!! Nie wolno wyjmować książek z regału!!! Nie wolno gryźć moich lektur! Zrozumiałeś? (Dla wywarcia lepszego efektu zwykle podtykam aktualnie poszarpany egzemplarz pod psi nos). Zrozumiałeś, ty kretynie!!!!??? Zrozumiałeś? To dlaczego znowu to zrobiłeś??? Ile razy mam Ci powtarzać??? Nie wolno! Nie wolno! NIE WOLNO!!!!
Biały Dupek po takim wykładzie staje się synonimem słowa „PRZEPRASZAM…” – ogon wciska w tyłek, uszy w łeb, przykleja się do podłogi, a kiedy jestem bardzo zła i długo krzyczę – przekręca się na grzbiet i gmera łapami w powietrzu, jakby się poddawał i mówił:
Naprawdę przepraszam. Nie chciałem. Wybacz... Nie gniewaj się na mnie. To było silniejsze ode mnie. Obiecuję, że to ostatni raz. Przepraszam. Zobacz, jak Ci ładnie merdam ogonem, jak się łaszę, przyrzekam, że już więcej tego nie zrobię…. Tylko już nie krzycz na mnie, uśmiechnij się chociaż raz, wtedy będę wiedział, że Ci przeszło…”
I zwykle tak to się kończy – ja się uśmiecham, bo pies w swojej obłudnej pokorze jest tak rozbrajający, że nie umiem długo utrzymać powagi, on rusza w szalony, radosny pęd po pokoju, bo wie, że już się nie gniewam. Zawieramy więc pakt o wzajemnej nieagresji. Obowiązuje zwykle… do następnego razu, kiedy wracam i załącza się ta sama, zdarta płyta:
Travis, ile razy mam Ci powtarzać?!!! Nie wolno grzebać w śmieciach! Nie wolno myszkować w koszu z brudną bielizną! Nie wolno wykradać butów z szafy! Nie wolno….
I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Ręce i nogi opadają. Ten pies jest niereformowalny. Jest impregnowany na subordynację, nie wiem czym, ale ktoś powinien to opatentować, to najskuteczniejszy środek świata. Jest wiedzoodporny i posłuchoodporny. Jakiś szczególny egzemplarz nam się trafił – no typ niepokorny!!!
Kiedy wracałam dziś ze swojej nowej pracy, zobaczyłam młodą kobietę prowadzącą wózek z małym dzieckiem. Do raczki spacerówki przyczepiła smycz, na której szedł spokojnie piękny golden retriever. Tak, prowadziła JEDNOCZEŚNIE wózek i psa. Jak na mój gust - szczyt nieodpowiedzialności i braku wyobraźni. Dramatyzmu całej sytuacji dodał fakt, że po drugiej stronie ulicy niespodzianie pojawił się inny pies, czarny labrador. Golden zerknął raz, drugi, mi włosy zjeżyły się na głowie, kiedy wyobraziłam sobie, co się za chwilę stanie… Golden odwrócił głowę, zerknął trzeci raz… i potruchtał spokojnie dalej obok wózka.
Byłam w szoku. Bo gdyby to był MÓJ pies, to zamiast opisanej sytuacji, miałby miejsce przyśpieszony kurs latania przeznaczony dla skromnego grona trzech niechętnych uczestników: dziecka, wózka i mnie… W roli naziemnej siły napędowej wystąpiłby Travis – bankowo. Na sto procent. Nawet na dwieście. Nawet na trzysta procent. Nie mam się co prawda czym martwić, bo ani wózka, ani potomstwa nie posiadam i nie wyglądana to, żeby się cokolwiek  miało zmienić w tej kwestii, ale jak już mam latać, to wolałabym z własnej, nieprzymuszonej woli.
Pies ma na ten temat jednak zupełnie inne zdanie. Kiedy nabierze na coś ochoty, jest mu absolutnie obojętne, czy jestem akurat przyczepiona do drugiego końca smyczy. Nie mam nad nim ponad dwukrotnej przewagi masy, tak jak ma jego Pan, niestety ważę niewiele więcej niż Biała Dupa. Słowem – po prostu mam pecha, kiedy piesuś zauważy coś interesującego.
 Dziś zobaczył tequilę. I nabrał na nią ochoty.
Nieopanowanej. Nieodpartej. Nieposkromionej.
Nie, nie mam psa – alkoholika, Tequila to piękna bokserka, którą namierzył na spacerze. Z miejsca zapał do niej sympatią. Ja także z miejsca, ale pofrunęłam. Za psem. W biegu na sto metrów pobiłabym pewnie aktualny rekord świata, gdyby nie to, że mój własny bark zaczął mnie wyprzedzać… Puściłam smycz i kundla. Moje nerwy też puściły...
Dość, powiedziałam sobie i mężykowi, kiedy wrócił z pracy. Mam dość latania za kundlem. Mam dość ciągania po trawnikach, szarpania i holowania. Mam do wyboru: dać sobie urwać rękę, albo zainwestować mądrze kilkadziesiąt złotych w metale nieszlachetne. Słowem: jutro kupuję kolczatkę. Postanowione. Zobaczymy, kto kogo przeciągnie. I opowiadam mężykowi o tym, jak ładnie i mądrze zachowywał się golden retrivera, którego widziałam po południu, jaki był zdyscyplinowany i posłuszny. Biała Dupa, jakby szukając wsparcia i obrony, wlazł przednimi łapami mojemu ślubnemu na kolana, no komitywa w najlepsze,  ten go podrapał za uchem, poczochrał po grubej sierści i mówi:
Słyszałeś piesku? Pani chce Ci kupić biżuterię.
........(konsternacja)......
Chce, żebyś był jak inne, szkolone tempe chu*je…

Ps. Czy muszę pisać, jak była puenta pańciochowego stwierdzenia?

wtorek, 27 października 2009

DOGOTERAPIA


Taka moja prywatna. Na małą skalę… Mój domowy doktor leży sobie właśnie obok fotela. Jest biały, ale nie nosi fartucha. Remedium na czterech łapach. Leczy samą swoją obecnością. Wystarczy mi, że jest.
Codziennie po południu siada na balkonie i czeka, uważnie i cierpliwie wpatruje się w ludzi idących chodnikiem. Jeszcze zanim zazgrzytam kluczem w zamku, już słyszę za drzwiami szuranie pazurów o podłogę. Zdarzają się dni, kiedy za progiem nikogo nie ma, ale wtedy wita mnie odgłos klepania ogonem w kanapę. Czasem po prostu rozespanemu leniwcowi nie chce się zwlec z niej tyłka. Wtedy ja do niego idę. Witam się i chwilę głaszczę wielki, ciężki łeb, a on mruczy zadowolony. Ale są takie dni, kiedy zostaję na dłużej, kładę się obok niego, przytulam policzek do grubego, gęstego futra i leżę. Dni, kiedy wracam do domu i jest mi smutno - z różnych powodów, występujących pojedynczo lub w kupie, wiadomo, w niej zawsze raźniej. Niestety kumulacje trafiają się nie tylko w totolotku. Ostatnio mam do nich fart. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że powinnam się wybrać do Urzędu Miasta i zmienić adres na krótszy, trzyliterowy: Dół. Nic tylko się w nim zadomowić, jakiś czas już tu w końcu mieszkam, tylko meble wstawić i się urządzić, kredytu za chatę przynajmniej nie trzeba będzie spłacać, jak się okaże, że to lokum na dłużej. Pocieszające.
Trochę bardziej niż to, że jestem ostatnio, ogólnie rzecz biorąc, w emocjonalnej, czarnej dupie (nie mylić z Białą Dupą, dla okazania należnego szacunku, pisaną z wielkich liter). Z przyczyn, jak już wspominałam, rozmaitych. Bo pada. Bo jest niskie ciśnienie. Bo coś się nie udało. Bo sobie nie radzę. Bo serducho zbolałe. Bo czegoś brak. Bo idą święta. Bo nic się nie zmienia. Bo w pracy problem za problemem. Bo przyszły złe wyniki. Bo ktoś mi zrobił przykrość. Bo nie wiem, co dalej. Bo czekanie męczy i odbiera siły bardziej niż działanie. Bo klimat w pracy dobija jeszcze bardziej niż czekanie. Bo jesień, zimno i napiera…la, to jest, przepraszam bardzo... pluje żabami. Bo tak. Bo bez powodu. Bo smutno i już.
Zawsze w takiej sytuacji idę do psa. Na dogoterapię. Sesja trwa kilkanaście minut, czasem dłużej. Przytulam się do białego, traviskowego boku i tak sobie leżymy. Słucham jak regularnie i cicho bije psie serce. Drapię go po brzuchu, a on odwraca się na grzbiet i przeciąga, gmerając w powietrzu uniesionymi łapami. Tak mi dobrze, tak mi rób… Czochram łobuza za uszami, a on liże mnie po nosie, po uszach, po rękach szorstkim, ciepłym jęzorem. Kiedy płaczę, nawet bardzo cicho, przyłazi do mnie z najdalszego kąta mieszkania, wezwany jakimś szóstym zmysłem. Najpierw zagląda do pokoju, jakby sprawdzał, czy nie przeszkadza, robi nieśmiało dwa, trzy kroki. Potem podchodzi bliżej, kładzie mordę tuż przed moją twarzą, trąca mnie nosem i kiwa ogonem, jakby chciał pocieszyć. W końcu włazi na łóżko, zwija się w kłębek i kładzie tuż obok. Przytula się i grzeje. To pomaga. Na smutki i troski. Na zły dzień. Na kiepski nastrój.
Psia przylepa. Kiedy siedzę, lokuje mi się pod stopami i przyjemnie grzeje. Kiedy rozkładam się na pufie, stara się wkleić tuż obok, żeby chociaż rudziejący grzbiet pod rękę podetknąć. Zauważyliśmy jakiś czas temu zasadę, według której pies przemieszcza się po domu: gdzie my – tam i on. Jeśli oglądamy w dużym pokoju telewizję, kładzie się pod oknem albo na kanapie. Jeśli siedzimy w kuchni, śledzi spod stołu łakomym wzrokiem nasze poczynania. Kiedy idziemy się kąpać, lezie za nami do łazienki, zawiesza się przednimi łapami na krawędzi wanny, obsuwa je coraz niżej, niżej i niżej, aż prawie dotykają powierzchni wody, a on patrzy na nas, jakby pytał: „Mogę? No wiecie, dołączyć? W końcu do połowy już wszedłem…” Kiedy przenosimy się do sypialni i gasimy lampkę, nie mija nawet kilka minut, a słychać w ciemności szuranie łap, potem na moment zapada cisza, jakby Travis się zastanawiał…. Wystarczy jeden zgrabny sus i pakuje białą dupę na swoje miejsce w nogach łóżka. Tak więc co noc jedno z nas ma pecha, w zależności od tego, czy pies wybierze miejscówkę po prawej, czy po lewej stronie kanapy. Na czyją stronę padnie, ten śpi w kucki... Zepchnięty kundel, obraża się demonstracyjnie, ale nie na długo… Czeka cierpliwie, aż zaśniemy, potem zakrada się po cichu… i znów budzimy się rano w komplecie, to jest w towarzystwie psa, zwykle w pozycji na trzy łyżeczki: mężyk, ja i Biała Dupa z brzegu
Nie wyganiam go. Nie mam serca.
Mówią, że właściciele czworonogów dzielą się na dwie grypy: tych, którzy pozwalają swoim pupilom spać na łóżkach i tych, którzy się do tego nie przyznają.
Ja nie dość, że pozwalam, to jeszcze się przyznaję. Niedobra Pani, oj niedobra, choć pewnie kundel wcale tak nie myśli. W końcu to tylko pies. Ale nie dla mnie.
  Biała Dupa jest moim lekiem na całe zło. Coraz częściej. Remedium na smutki. Stał się przez te dwa lata pełnoprawnym członkiem naszej małej, niekompletnej rodziny. Ma dla mnie większą wartość niż niektórzy ludzie. Dla niego nie ma żadnego znaczenia, co robię, kim jestem, jakie mam wykształcenie, samochód, mieszkanie i stan konta. Nie interesuje go moja pozycja społeczna, wyznanie, zajmowane stanowisko, poglądy polityczne. Nie obchodzi, czy jestem piękna, czy brzydka, biedna czy bogata. Dla niego ważne jest tylko to, żebym była. Ja i Pan.
Głupi pies, a rozumie, co jest w życiu najcenniejsze: obecność. Tego kogoś, kto kocha i kogo kocha się z wzajemnością. To tylko zwierzę, a wie doskonale, lepiej od ludzi, co w życiu jest ważne – prostota: dobre jedzenie, sen, zabawa, radość, wierność, miłość.
Banalne, ale prawdziwe.

piątek, 23 października 2009

ZASTANAWIAJĄCE



No właśnie. Zastanawiające. W związku z ciągle wzrastającym ciśnieniem w naszej firmie, przeglądałam sobie ostatnio rożne oferty pracy. Znalazłam między innymi ogłoszenie o naborze na stanowisko stewardessy. Najbardziej zastanowił mnie i rozśmieszył wymóg, uwaga!:umiejętności PŁYWANIA Że niby jak się sprawdza podczas rozmowy kwalifikacyjnej posiadanie lub nie przez kandydatkę wymaganej kompetencji??? Kontrolują znajomość teorii, czy praktykę?Potrafię co prawda przepłynąć kilkaset metrów stylem rozpaczliwym, ale jakie to ma w ogóle znaczenie? Kiedy już stewardessa razem z samolotem dupnie z wysokości dziesięciu tysięcy metrów do oceanu, to przecież nawet mistrzostwo świata stylem klasycznym zda się psu na budę. Nie rozumiem. Ale kto powiedział, że wszystko trzeba?Ps. Idę się hałsić. Ruszę się sprzed telepudła dopiero jak porosnę pleśnią :-)

środa, 21 października 2009

DOWODY

Mam charakterek. No mam i już. Nie będę się tu szeroko reklamować, powiem tylko, że wśród rozlicznych zalet posiadam coś, co u ludzi nazywa się silną wolą, u osłów zaś - uporem. Staram się jednak słuchać argumentów i brać zdanie innych osób pod uwagę… Ha, ha, ha, już widzę oczami wyobraźni, jak ten fragment czyta mój mężyk i dostaje ataku śmiechu...
 Ale naprawdę się staram, tylko nie zawsze mi wychodzi. Dlatego uważam dzisiejsze stwierdzenie mojego ślubnego za bezpodstawny atak. Kiedy poszliśmy z psem na spacer i Białas tradycyjnie wypiął cztery litery na nasze wołania, usłyszałam ni z tego, ni z owego wielce niesprawiedliwe hasło: 
Twoja szkoła. Jesteś tak samo nieposłuchana, jak ten Twój pies. 
O nie, co to, to nie…!!! Zagotowałam się. W ciągu trzydziestu sekund. Bardziej więc do mnie, przynajmniej na ten moment, pasowało stwierdzenie, że jestem jak czajnik elektryczny. Ale wróćmy do meritum. Zaprzeczyłam. Gorliwie. Żarliwie. I zażądałam sprawiedliwego sądu:

- O nie, nie ma tak łatwo, mój Drogi!!!! Argumenty proszę! Kiedy Cię ostatnio nie posłuchałam? Przykłady mi proszę podać, natychmiast! Dowody! 
I co słyszę? 
- Jesteś nieposłuchana. Nie to co ja :-)
Osiągnęłam stan wrzenia.
 - Dowody!!!!!!! 
W tym miejscu zmuszona byłam przerwać tę przeuroczą konwersację, bo mi pies zniknął z horyzontu. Na szczęście udało mi się go namierzyć zanim zaczął sparing z przechodzącym akurat biglem, również wstępnie zainteresowanym psią pyskówką. Wzięłam kundla na hol i wróciłam do miejsca, gdzie zostawiłam ślubnego. Ale tam już go nie było. Stał kilka metrów dalej, nie wiedzieć czemu, w środku głębokiej kałuży. Zgłupiałam, bo mu się prawie nalewało do butów, a nadal w niej stał, na dodatek przebierając w miejscu nogami.

- Co ty robisz? Zwariowałeś? Wyłaź z tej kałuży! – huknęłam na niego.
A mój luby, bardzo z siebie zadowolony, nadal taplając się w błocie, oświadczył mi
z szelmowskim uśmiechem:
Przecież mi kazałaś tu wejść… Widzisz? Usłuchałem Cię.
- Że co??????????
- Powiedziałaś: "do wody…"

wtorek, 20 października 2009

UZALEŻNIENIE

Jestem uzależniona.Tak, najwyższa pora się do tego przyznać. Podobno to pierwszy etap skutecznej terapii. A wszystko przez taką jedną, która mnie pchnęła w straszliwe szpony nałogu. Zdziwiona była szczerze, że nigdy nie próbowałam, że nie znam, że nie wiem, jaka to przyjemność. Zachwalała. Polecała. O tym, że to uzależnia, nie wspomniała nawet słowem. Gadzina. Zresztą nie ma jej co oskarżać, bo i tak się wybroni. Jeszcze mi paczuszkę podesłała, tak na spróbowanie, niby od niechcenia, ale założę się, że doskonale wiedziała, co robi. Profesjonalna zagrywka starego dilera. Chciała mnie wpędzić w nałóg. No i jej się udało. Podejrzewam, że pragnęła mieć towarzyszkę w uzależnieniu, bo sama w nim tkwi. Śmiem twierdzić, że po same uszy, czyli głęboko, bo wysoka jest, ma tak z metr osiemdziesiąt… 
 To ona mi to zrobiła.
Wysłała mi płytki z pierwszym sezonem dr. House’a….
Obejrzałam. No i stało się. Przepadłam i wpadłam. Po czubek głowy. Albo i głębiej. Mąż może padać z głodu, ja oglądam. Pająki mnie już prawie wciągnęły za łóżko, ja oglądam. Pies może lać pod drzwiami, ja oglądam. Planuję zakup pampersów dla siebie, bo z sedesu kiepsko widać obraz... Na razie nabyłam sezon drugi i trzeci, zarządzając w sobotę o 20.30 natychmiastowy marszobieg (coby zdążyć przed zamknięciem) do najbliższego Empiku. Głód narkotykowy pokonał nawet moją wrodzoną niechęć do opuszczania ciepłego domu w deszczowe, zimne wieczory. Poszliśmy. Ja, mąż i pies, że niby na spacer, zabraliśmy go dla zachowania pozorów, że to wcale nie głód narkotyczny tak nas goni... Bo niestety ślubny też zaczyna zdradzać pierwsze oznaki uzależnienia. Dotarliśmy do galerii na czas. A tam już czekał na mnie na półce stęskniony doktor, wyciągnęłam po niego drżące dłonie i popędziłam do kasy. I już mogłam spędzić kolejny wieczór, narkotyzując się do woli, a dokładnie do  2.30, kiedy to mąż skonfiskował mi pilota i nagnał do łóżka. Zasnęłam myśląc o Gregory’m...
Uwielbiam go. Za wielowymiarowość. Niejednoznaczność. Ludzkość i nieludzkość. Za ironię, złośliwość i wrodzoną wredotę, bo te cechy są mi, nie wiedzieć czemu, szczególnie bliskie…  Przy nim bohaterowie polski seriali są płascy jak rozjechana ropucha. 
Śnił mi się oczywiście dr House – namiętnie i erotycznie. Już nachylił nade mną swoją twarz z trzydniowym zarostem, już spoglądał mi głęboko i znacząco w oczy… Już się miałam z nim bzyknąć, kiedy nagle Gregory przemówił do mnie… po polsku. Dziwnie znajomym głosem...??????
What’s up???? - zapytałam sama siebie, zdziwiona i zaskoczona, kiedy usłyszałam:

No kochanie, dawaj buziaka, bo idę tyrać….

Otworzyłam jedno oko. Zobaczyłam nad sobą niebieskie ślepia.
Błysnął płomyk nadziei... i zgasł.
 To były
mężowskie ślepia.
Fuck!!!!
Ten to zawsze wie, kiedy mnie obudzić!!!!!

sobota, 17 października 2009

ŁAKOMCZUCH


Labradory najbardziej kochają ludzi, wodę i jedzenie – kolejność dowolna. Ale fakt faktem, nie da się ukryć, że są łasuchami i to okropnymi. Nasz pies nie odbiega niczym od standardów swojej rasy. Na spacerach labradory mogą spokojnie konkurować z Zakładem Oczyszczania Miasta, są lepsze niż najnowocześniejsze śmieciary. Zbierają z chodnika wszystko, co znajdą i co im tylko zapachnie. I zjadają, o ile właściciel nie zdoła w porę interweniować.  Już nie raz wyciągałam psu z pyska papierki po hamburgerach, torebki po chipsach i tego typu zdobycze.
W domu nie jest lepiej – nie można przy labku niczego zjeść spokojnie. Szelest folii, nawet najcichszy, podrywa go na równe łapy, bo świadczy o tym, że ktoś tam w głębi mieszkania właśnie rozpakował ciastko/wafelka/batonik z papierka i być może się podzieli. Dźwięk otwieranej lodówki budzi go z najgłębszego snu i przyciąga jak magnes. Pies natychmiast kieruje się w stronę jego źródła, licząc na czułe serce właściciela. Siada i zachowuje się jakby nic nie jadł od co najmniej dwóch tygodni: daje łapę, merda ogonem, żałośnie patrzy w oczy, trąca nosem i ślini się na potęgę. Żebrak nie pies.
Kiedy więc wczoraj Białasek nie zareagował na rozerwanie szeleszczącej paczki delicji, nie przybiegł do kuchni po otwarciu lodówki, nie łasił się i nie prosił przez cały dzień o jedzenie, zdziwiłam się. Kiedy nawet nie tknął swojej michy, do której piesusiowy pańciunio wdrobił pachnący salcesonik, na który nota bene, sam miał wyraźną ochotę, zaczęłam się martwić. Na wieczornym spacerze Białas obgryzał tylko trawę, kępka za kępką, po powrocie popił wody, ale jeść nie chciał.
Dziś rano kupiłam więc specjalnie mielone mięso, które psiur uwielbia, wymieszałam z kawałkami bułki, wbiłam jajko i postawiłam przed czarnym nochem. Powąchał, liznął od niechcenia i… nie zjadł.
A to do labradora niepodobne.
Po południu apetyt mu cudownie wrócił.
A ja, podczas otwierania okna balkonowego, znalazłam za sierściuchowym legowiskiem powód psiej niestrawności. Bez wątpienia wyrzygany, bo cały mokry i owinięty źdźbłami na wpół przeżutej trawy.
Zresztą wolę nie dociekać, którym otworem, wlotowym, czy wylotowym to „coś” opuściło naszego Białego Dupka. To najłagodniejsze określenie, jakie cisnęło mi się na usta. Dam Nobla i jednego głupiego psa temu, kto zgadnie, co to było.
 Było czarne. W białe paseczki.
Dla ułatwienia dodam, że zostało ukradzione z kosza z brudną bielizną.

Moje stringi
W całości.
Nawet nie pogryzione.
 Co najciekawsze, po obraniu z trawy, wypraniu i wysuszeniu nadal nadają się do noszenia…

środa, 14 października 2009

JAK OKRADA SIĘ GOŚCI W RESTAURACJI?



Łatwo. Bardzo łatwo.
Zwłaszcza teraz, jesienią, kiedy na zewnątrz plucha, zimno i pada. Wieczorami ciepłe, przytulne wnętrze restauracji zapełnia się tłumem gości. Zwłaszcza w weekendy jest bardzo tłoczno. Ludzie wpadają na dobre jedzenie, kawę, herbatę, grzane wino. Ze znajomymi, przyjaciółmi lub po prostu parami. Kelnerstwo dwoi się i troi, na sali ciasno jak w puszcze sardynek, stoliki ustawione jeden przy drugim, łączone, przesuwane, dostawiane krzesełka, zamieszanie i ogólna bieganina, czyli idealne okoliczności przyrody dla złodzieja... któremu klienci swoje portfele podają niemalże na tacy.
Z płaszcza.
Powieszonego na oparciu krzesła, bo to przecież dla niego idealne miejsce. Propozycje zabrania odzieży wierzchniej do szatni zwykle są lekceważone, żeby nie powiedzieć, że olewane z góry cienkim sikiem. Kurteczkę personel musiałby wydrzeć gościowi siłą, uprzednio zapierając się porządnie nogą o ścianę, żeby ją skutecznie wydobyć z rąk właściciela. Płaszczyk należałoby oblać zaraz na wejściu kieliszkiem czerwonego wina, tak dla przykładu, żeby unaocznić, czym grozi pozostawienie go na krześle obok stolika – i żeby tylko tym... Mówi się, że odzież wierzchnia jest jak druga skóra, może dlatego ludzie zachowują się, jakbyśmy chcieli ich z niej obedrzeć, kiedy proponujemy zabranie jej do szatni, bezpłatnej, nota bene. Restauracja odpowiada za pozostawioną w niej odzież, za rzeczy umieszczone przy lub na stoliku – już niestety nie. Goście najwyraźniej tak kochają swoje płaszczyki, tak tęsknią za swoimi kurteczkami, że nie mogą się z nimi rozstać nawet na godzinę, bo im pęknie serce z rozpaczy. Ciekawe, czy potem nie nie pęka z żalu za własnym portfelem i jego zawartością...
Najlepszy cel do odstrzału to zakochane pary, idealna zwierzyna łowna, naiwna, niepłocha i nieco otumaniona obecnością tej drugiej połowy. On chce się pokazać, zaprosił ją na kolację i drinka, więc ma przy sobie pieniądze, żeby za to zapłacić.Czasem bardzo dużo pieniędzy. Jest skupiony na niej, stara się ją oczarować, więc wybiera celowo najmniejszy stoliczek w najciaśniejszym miejscu, żeby być bliżej i swobodnie trzymać ją za rękę. A żeby patrzeć w jej zakochane oczęta zajmuje zwykle miejsce naprzeciwko. Zdejmuje kurtkę i wiesza ją na oparciu krzesła. Portfel zostawia w jej kieszeni.
Baran. Na dodatek gotowy do strzyżenia.
Ona też niemądrzejsza.
Baranica. Następna w kolejce do golenia.
Robi dokładnie to samo, dokładając do kolekcji torebkę. Można im obojgu jedynie pogratulować, tylko nie wiem czego. Głupoty? Braku wyobraźni? Naiwności? Ewentualnie złożyć kondolencje, bo na lamenty i żale zwykle nie trzeba długo czekać. Dobrze jeśli kończy się na podeptaniu płaszcza przez przechodzących obok stolika gości. Tak jest najczęściej. Ale nie zawsze.
Złodzieje nie rzucają się w oczy, zazwyczaj przychodzą we dwóch, obaj elegancko ubrani, garnitury, białe koszule, nesesery. Często udają obcokrajowców lub rzeczywiście nimi są. Siadają tuż za plecami zakochanej pary, nierzadko przesuwają stolik pod pretekstem zbyt małej ilości miejsca, niemal wbijając sąsiadom oparcia swoich krzeseł w plecy. Kiedy jest tłok, nikogo to nie dziwi, a już na pewno nie zapatrzoną w siebie parkę. Złodzieje tak jak inni goście wieszają swoje marynarki za plecami. Zamawiają zwykle niewiele: espresso, wodę lub sok, od razu płacą, żeby móc szybko wyjść, nie czekając na rachunek. Rozsiadają się wygodnie, sączą kawę, prowadzą pseudobiznesową rozmowę, jeden obserwuje, a drugi.., korzysta z okazji i sięga po to, co podano mu na tacy... z cudzego płaszcza.
Dyskretnie wyjmuje portfel z kieszeni kurtki sąsiada, następnie wychodzi do toalety, opróżnia go i co najciekawsze – odkłada z powrotem na miejsce. Bo jeśli nawet okradany zorientuje się, że coś jest zgrane, to znajoma wypukłość wymacana naprędce przez kieszeń, uspokaja go. Brak pieniędzy wychodzi na jaw dopiero przy płaceniu rachunku, który zwykle musi uregulować niezbyt tym faktem uradowana partnerka oskubanego. O ile w międzyczasie z jej torebki umieszczonej na oparciu krzesła nie zniknęła portmonetka.
Golono, strzyżono... Pewnie w niejednej restauracji.
Do nas przychodzą bardzo rzadko, raz na pół roku, na rok, mamy stały personel, kojarzymy twarze. Osobiście mam takiego jednego „ulubieńca”, na którego „Dzień dobry” odpowiadam z miejsca uprzejmym „Do widzenia”. Jeśli akurat cierpi na chwilowy zanik pamięci, przypominam mu, że jest gościem u nas nieobsługiwanym i proszę go o opuszczenie lokalu. Jeśli idzie w zaparte i twierdzi, że go z kimś mylę, wzywam ochronę.
Bo tak. Bo uważam, że złodziejstwo należy tępić jak wszawicę, zwłaszcza jeśli jest dla kogoś sposobem na życie.
Niestety ludzkiej, bezdennej naiwności i głupoty wytępić się nie da. Dlatego nie będę pisać o zostawianiu na stolikach bez opieki telefonów komórkowych, laptopów, kluczyków do auta, dokumentów, bo o takich drobiazgach nie warto już nawet wspominać.
Bo gdyby głupota ludzka mogła latać, lewitacja byłaby zjawiskiem powszechnym.

wtorek, 13 października 2009

POSTY NIENAPISANE PRZEZ TYDZIEŃ - SKRÓT NIEKONIECZNIE TELEGRAFICZNY

Chcę zostać krową. Świętą. Taką indyjską. Chcę się uwalić, leżeć martwym bykiem i nic nie robić. No, mogłabym sobie pomachać ewentualnie ogonem, ale z braku rzeczonego zostaje mi jedynie leżenie i nicnierobienie. I chcę jeszcze, żeby nikt nie mógł mi nic zrobić, kazać, poganiać mnie, mieć do mnie pretensji, głupich uwag, ani żalów. Tak, chcę być indyjską, świętą krową!
Mam nadzieje, że to stwierdzenie nie kwalifikuje mnie jeszcze do leczenia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Choć w sumie nie jestem pewna, jeśli dodać, tak po cichu, że widzę rzeczy, których nie ma...
Jadę sobie ostatnio do mojego nowego miejsca pracy, zadowolona z siebie jak mało kiedy, bo dopięłam umowę, meble na zamówienie się robią, wchodzę do jednego z pomieszczeń, oczami wyobraźni widząc już piękne blaty ze stali nierdzewnej i... stop, stop, stop... Przecież tu miał stać stół. A co ja widzę? Rurę. Wielką, szarą rurę od podłogi do sufitu. Przecieram zaspane oczęta, patrzę – nadal stoi. Macam – no rura jak... rura, żeby się brzydko nie wyrazić. Nie oszalałam. Tylko co robi w moim blacie? Biorę plany – nie, nie oszalałam, nie ma ma na nim rury. Wołam kierownika budowy na bardzo inteligentną rozmowę:
Panie Pawle, co tu robi rura?
Stoi.
No fakt, głupie pytanie, głupia odpowiedź, pomyślałam sobie i drażę temat dalej:
Ale ja tu mam blat!
A ja mam rurę.
Ale jej nie ma na planie!
Już jest ...
Ale jakim cudem???
Dorysowaliśmy...
I weź tu człowieku nie weź od razu taksówki z kursem do wariatkowa. Te ostatnie ratują mi życie, bo za notoryczne spóźnienia już parę osób miało ochotę mnie zaszlachtować tępym, rzeźnickim nożem. Ale nic na to nie poradzę, przemieszczenie się w godzinach szczytu z punktu A do punktu B przez zakorkowane miasto bez spóźnienia się, jest możliwe tylko dzięki teleportacji. Pracuję nad opanowaniem tej sztuki. I nad tym, żeby mi wyrosła trzecia ręka, najlepiej tuż koło ucha, do trzymania telefonu. Jego dźwięk budzi we mnie nieodparte pragnienie rozdeptania jego źródła, czyli aparatu. A nogą do policzka nie dosięgnę, marne szanse, chociaż trochę szkoda. Może wtedy udałoby mi się pospać dłużej niż do siódmej rano?
Pobudki w środku nocy nigdy nie nastrajały mnie pozytywnie do nadchodzącego dnia. Ostatnio, żeby wstać, muszę niemalże dokonać gwałtu na samej sobie, wywlec siłą moje niechętne, rozpaczliwie rozespane ciało spod ciepłej kołdry i przetransportować je do łazienki. Wygrzane miejsce na łóżku natychmiast zajmuje pies, zwijając się w kłębek obok pana i patrzy na mnie jak na nienormalną, no bo kto przy zdrowych zmysłach i przy takiej pogodzie, dobrowolnie opuszczałby takie fajne miejsce do spania? No wariatka tylko.
Ja tymczasem zbieram swoje papiery, na szczęście jeszcze nie żółte i wlokę się do pracy, gdzie ledwie widząc na oczy, macam łapką po blacie w poszukiwaniu ekspresu do kawy... Dopiero jej aromatyczny zapach i smak stawiają mnie na nogi. Ósma. Dzień w wariatkowie czas zacząć. Telefon. Mail. Spotkanie. Znów telefon, telefon. Szef. Awantura. Do urzędu po papiery. Telefon. Biegiem do firmy. Spotkanie. Telefon. Wysłać zamówienie. Telefon, telefon. Pretensje. Sprawdzić godziny. Pojechać. Telefon. Wysłać fax. Telefon.
 Tak wygląda przykładowa godzina mojej pracy z minionego tygodnia. A było ich bardzo, bardzo wiele...
Jakby mało tego wszystkiego było, tej całej bieganiny, musiałam jeszcze kupić kreację na wesele przyjaciela. W zielonej, typowo letniej, nie mogłam się już wybrać, no chyba że z przybocznym dentystą tachającym składany fotel i podręczne narzędzia, bo szczękając z zimna zębami, pewnie wytłukłabym sobie z połowę. A głupio tak iść na imprezę z bramą wjazdową na przodzie.
Więc zaczęłam szukać – czegoś dłuższego, bardziej jesiennego. Po przedreptaniu całego miasta wzdłuż i w poprzek doszłam do zaskakujących wniosków: Romowie, jako mniejszość narodowa w Polsce wcale nie są dyskryminowani!!! Wręcz przeciwnie, śmiem twierdzić, że jako grupa etniczna są nawet faworyzowani, przynajmniej w kwestiach odzieżowych.
Gdybym chciała się ubrać jak Cyganka, miałabym milion możliwości do wyboru: tafty, cekiny, drapowania, marszczenia, koronki, dżety i gadżety, nic tylko wetknąć sobie jeszcze złote strusie pióra w dupę i gotowe.
Po dwóch dniach poszukiwań wpadłam w czarną rozpacz. I na pewien pomysł: uszycia kiecki. Takiej, że padnę na kolana, zacznę bić pokłony, krzycząc w ekstazie, że to ta, właśnie ta. I do tego jeszcze zapłaczę ze szczęścia (i zapłacę) – szybko okazało się, że te słowa, to niemalże synonimy. Znalazłam. Uszyłam. Włożyłam. I poszłam. Tym razem z tyłkiem na wierzchu. Niemalże. Na upartego można było uznać go za wersję ekstremalnie przedłużonych pleców.
Bawiliśmy się rewelacyjnie, mimo dość makabrycznego incydentu podczas mszy, kiedy ksiądz postanowił się pomodlić za wszystkich zmarłych i zaraz po tym stwierdzeniu wymienił imiona nowożeńców...Bez przecinka... Ci jednak nie tylko przeżyli to hasło, ale i całą imprezę w dobrym zdrowiu, które i nam, o dziwo, dopisało rankiem po weselisku, które zakończyło się zadziwiającym zakładem mojej przyjaciółki z panem młodym. Założyli się o to, czy uda się jej otworzyć kapslowaną butelkę pepsi przy użyciu... otwieracza. Zadziwiające, ale dokonała tego i nawet otrzymała nagrodę!!! I ja też – pocieszenia!!! Po tym incydencie stwierdziliśmy, że najwyższa pora iść spać...
No właśnie - spać. To jedyne czego ostatnio pragnę. Bo nic mi się nie chce. Tylko spać. Potwornie. Przez ostatni tydzień wychodziłam z domu o siódmej, rzadko wracając przed dwudziestą drugą, a często grubo po północy. Śpię po cztery godziny dziennie, prawie jak Napoleon. Dobrze, że „prawie” robi różnice, mam nadzieję, że nie skończę jak on.
Zdecydowanie wolałabym zostać świętą krową. Uwalę się tam, gdzie mnie dopadnie zmęczenie i zasnę, ta wersja jest coraz bardziej prawdopodobna, chodzi mi tylko o to, żeby mi nikt nie przeszkadzał.
Albo borsukiem. No, chciałabym zostać. Albo chociaż niedźwiedziem brunatnym. Mam ochotę  zapaść w sen zimowy i obudzić się na wiosnę. Mój mąż doskonale rozumie moje potrzeby – popatrzył ostatnio na moją smutną, zmęczoną i zaspana mordkę, przytulił i powiedział:
Tak, tak, najwyższa pora liści sobie naznosić i gawrę wymościć...”

piątek, 9 października 2009

BARDZO NIEDOBRA PANI...



Biała Dupa często jeździ z moim mężem do teściów, gdzie na ogrodzonym terenie bryka do woli razem z podwórkowym wilczurem. Korzysta ze swobody, bawi się, kąpie w stawie i sprawdza stan fundamentów – razem z kolegą kopie przy ścianie domu gigantyczne doły, czym doprowadza do szału moją teściową. Nie wiem, czego obydwa tam szukają, w każdym bądź razie jeszcze tego nie znalazły.
Pies po każdej takiej wyprawie po prostu pada na pysk, ostatkiem sił wdrapuje się na kanapę i śpi jak zabity kilkanaście godzin. Z przerwami... na czochranie. Niestety.
Z każdego takiego wyjazdu przywozi sobie małą „kuleżanę”, na którą potem cierpliwie poluje, przeczesując zębami lub pazurami tylnej łapy swoje białe, gęste futro. Zwykle eksmituje nowe, dzikie lokatorki bardzo szybko, wygryzając je w ciągu kilku godzin.
Z ostatniej wyprawy najwyraźniej przywiózł jednak „kuleżankę z kuleżankami” - od niedzieli czochra się jak opętany. Już na sam ten widok mam ochotę się podrapać... Siła sugestii. Nie zamierzam z pchłami wchodzić w bliższy kontakt, więc nasiadłam na mężusia, żeby czym prędzej zakupił jakiś środek anty, najlepiej w aerozolu. Mężyk, psie oparcie i ratunek, znowu pogłaskał pupila po głowie, przytulił obronnym gestem i mówi:

Biedny piesek, biedny, Pani chce Ci zagazować koleżanki... Pani chce Ci urządzić pchełkowy holocaust. Niedobra Pani, niedobra... Ona to sobie siedzi w domu w towarzystwie piesusia, a chce, żeby piesek ostawał w mieszkaniu zupełnie sam...

piątek, 2 października 2009

PRZEPUSTKA ZA 10 ZŁ


Ładnych kilka lat temu pracowałam jako kelnerka w bardzo eleganckiej i drogiej restauracji, powiedziałbym nawet – ekskluzywnej. W owym czasie był to najlepszy lokal w mieście, w związku z czym posiadał dość szerokie grono stałych gości. Personel znał ich doskonale, wiedział, kto zamawia befsztyk krwisty, ale przypieczony, kto carpaccio z łososia na przystawkę, kto piwo ze sprite'm w proporcji jeden do trzech.
Do tej grupy należał też starszy, szpakowaty pan pod wąsem, który przychodził w każdy czwartek około południa. W garniturze, w meloniku, z laseczką, bardzo elegancki – typ angielskiego gentlemana. Zawsze zajmował to samo miejsce, przy małym stoliku numer sześć, tuż obok witryny i zamawiał espresso. Z nikim nie rozmawiał. Siedział tak czasem godzinę, czasem dwie, pił kawę małymi łyczkami, patrzył w okno i obserwował w milczeniu przechodniów. Za każdym razem po pewnym czasie prosił o podanie wrzątku, dolewał go do niedopitej kawy, jakby chciał przedłużyć przyjemność delektowania się nią. Nigdy nie prosił o rachunek, zostawiał skrupulatnie odliczoną kwotę dziesięciu złotych na stoliku i wychodził, burkając pod nosem niewyraźne „Do widzenia”. Tydzień w tydzień wracał, zamawiał espresso, pił, patrzył w okno, prosił o wrzątek, płacił i wychodził.
Pewnego dnia nie pojawił się. Nie przyszedł już nigdy więcej.
Okazało się, że jest złomiarzem. Jedna z kelnerek spotkała go na swoim osiedlu. Zobaczyła go, jak wyciąga starą lodówkę ze śmietnika i pakuje na wózek, wypełniony już po brzegi zardzewiałym żelastwem. Ubrany w jakąś starą, podartą kapotę i przybrudzone spodnie, niczym nie przypominał eleganckiego pana z restauracji. Kiedy ją zobaczył i zorientował się, że go rozpoznała, zostawił wózek i... uciekł.
Dziewczyny długo śmiały się z historii starego dziada, który zapragnął odrobiny luksusu. A mi było go żal. Zastanawiam się, jak jak bardzo chciał być kimś innym i jak bardzo wstydził się tego, kim jest. Jak bardzo chciał należeć do niedostępnej dla niego sfery, do tego świata luksusu i bogactwa. Chociaż przez moment, chociaż przez chwilę.
Tak bardzo, że raz w tygodniu kupował sobie do niego przepustkę za dziesięć złotych.
Ile musiał pracować, żeby je zarobić? Może pół dnia, może cały, może dwa dni? Nie wiem. Ale rozumiem, dlaczego przychodził. To małe, horrendalnie drogie espresso pozwalało mu pobyć kimś innym. Przez godzinę. A z dolewką z wrzątku – nawet przez dwie.

czwartek, 1 października 2009

TEMPY


    Nasz psiur, jak już kiedyś pisałam, na pewne polecenia był głuchy jak pień. Na przykład w sytuacji, kiedy ktoś biegł za nim i wołał „wróć”, nie słyszał absolutnie nic. Pies wtedy też biegł, zwykle o wiele szybciej od goniącej go osoby, do tego z odwróconym do tyłu łbem, żeby zachować prawidłowy dystans i uniknąć bliższego kontaktu ze ścigającym...
Ale ostatnio ze zdziwieniem zauważyłam, że jakoś się ogarnął, kiedy słyszy „Traaavvviiissss”, zaczyna kręcić białą dupą, oglądać się niespokojnie, jakby się zastanawiał, czy to na pewno do niego. Ale kiedy mój mąż dokłada do tego tajemniczo brzmiące słówko „Tempy...” wypowiedziane z intonacją grożącą, pies o dziwo, choćby nie wiem, jak ciekawe rzeczy miał do obwąchania, zwija swoje manatki i przychodzi do nogi. Zatacza jedno kółko, drugie, merda opuszczonym ogonem, jakby mu było wstyd i przychodzi...
Zadziwiające i zastanawiające...
Kilka razy pytałam męża, dlaczego tak brzydko woła na naszego piesusia, ale nie chciał mi powiedzieć. Potargał Białasa za uchem, zapytał go „Jak tam Tempicha, będziesz słuchał?”, pies potakująco kiwnął kitą, a ja niczego się nie dowiedziałam, bo tajemnica została pomiędzy panem i kundellem. Byłam zła i nic nie rozumiałam, no bo Biała Dupka wcale nie jest głupia, wręcz przeciwnie, należy do dość inteligentnych stworzeń, dużo rozumie, sporo potrafi. Ograniczony intelektualnie na pewno nie jest, a tępy to już wcale.
Sprawa wyjaśniła się pewnego wieczoru, kiedy towarzycho poszło na spacer, a ja z balkonu podsłuchałam, jak mój mąż woła swojego pupila:
Travisku, piesku, chodź tu, no chodź tu!!!
Sierściuch tylko zastrzygł uchem w odpowiedzi, jakby chciał powiedzieć: „Dobra, dobra, słyszę, ale musisz chwilę zaczekać, teraz mi przeszkadzasz, nie widzisz?”. I nawet się nie odwrócił, zbyt zajęty obwąchiwaniem jakiegoś kundla z sąsiedztwa, żeby zareagować na wołanie.
Travis!!! Chodź tu!!!
Uuups, to już zabrzmiało groźnie, po tonie głosu Pana można było poznać, że to nie przelewki... Pies obejrzał się, nawet przez moment wyglądał, jakby zamierzał usłuchać, ale najwyraźniej uznał, że Pan jest zbyt daleko, żeby wyciągnąć w stosunku do niego bolesne konsekwencje i olał sprawę. I w przenośni, i dosłownie, bo był zbyt zajęty obsikiwaniem kolejnego drzewka, żeby zareagować na wołanie

I wtedy to usłyszałam...:
TRAVIS, TEMPY CHUJ*U, IDZIESZ TU CZY NIE???!!!...... Kundla jakby ktoś w tyłek smagnął, stulił uszy, spuścił nisko ogon, oderwał się natychmiast od swoich pasjonujących psich zajęć, posłusznie, szybciutko i pokornie przydreptał do Pana, kręcąc tyłkiem i kiwając ogonem, jakby mu głupio było... Pokornie łasił się do nogi, wyraźnie zawstydzony, że Pan musiał na niego tak brzydko zawołać...
Ps. Z dwojga złego, to ja już wolę skróconą wersję: Tempy... :-)