piątek, 25 września 2009

WESELISKO


Nie mam poczucia równowagi. No kompletnie. Zawsze muszę przegiąć, albo w jedną, albo w drugą stronę. Ciągnie mnie od święta do ekstremum. Na co dzień łażę w spodniach, do tego bluzki zapięte pod samą szyję, buty na płaskim, nie maluję się zbyt mocno, jestem tak zwana mycha z gatunku szarych. Ale jak przychodzi odpowiednia okazja, to się przepoczwarzam. Zupełnie i kompletnie.
W związku z powyższym, na weselisko kuzynki wystroiłam się jak pies na pierwsze szczepienie. A co sobie miałam żałować! Przywdziałam szatę krótką, zwiewną i powiewną, wściekle zieloną, a jakby to się zbyt mało rzucało w ślepia - z dekoltem po kolana. Pogoda dopisała, a zdradzieckie, wrześniowe słoneczko ujawniło jeszcze jedną cechę mojej sukienki, którą w swej ślepocie przeoczyłam: zaskakującą przejrzystość. Trochę podłamała się moja wrodzona pogoda ducha, kiedy mój mąż stwierdził, zgodnie z prawdą zresztą: „Tyłek ci widać. Cycki też”. Mordka mi się wygięła w podkówkę, ale zapytałam na szczęście, jak według niego wyglądam. Uśmiechnął się i z szelmowską miną oświadczył: „Zajebiście”.
Moją teściową na widok kreacji dosłownie zatkało...Niekoniecznie z wrażenia. Na zgorszonej twarzy miała wypisaną opinię diametralnie inną od mężykowej. Kiedy ujrzała moje wypadające z kiecki atrybuty kobiecości, z trudem powstrzymała się od komentarza, ale bardzo szanuję ją za to, że jej się udało :-) Przyjęła moje „jabłka” na widoku z wyraźną dezaprobatą, w przeciwieństwie do męskiej połowy gości weselnych (oni przyjęli je z niemilczącym zachwytem) Zapytała mnie tylko po dłuższej chwili, jak zamierzam się uczesać... I nie powiedziała nawet słowa więcej, kiedy oświadczyłam jej z uśmiechem zembicznym, że ja już jestem... uczesana...
Bo byłam. A co! Nie widać fryzury – źle, widać coś innego, też źle... No jak by się człowiek nie starał, nie dogodzi wszystkim. Ja to się nawet nie starałam... Moje kudły rozkudłane? Moje! Moje cycki wypadające? Moje! Więc uznałam, miałam akurat taką fantazję, że sobie nimi publicznie pomajtam, wystawię ten widok klasy B i udowodnię, że małe jest piękne. I tak dobrze, że w przypływie rozsądku, nagłym i niekontrolowanym, postanowiłam jednak włożyć stanik. Srebrny, co by mi do butów pasował.. .Bo odkryłam, że przy gwałtowniejszych ruchach wyłaził mi spod kiecki biust, potem już tylko biust(onosz). Po ustaleniu tego faktu stwierdziłam, że jak już wyłazi, to niech spełnia jakąś rolę – na przykład dekoracyjną.
Jestem chyba jedyną osobą, która używa bielizny osobistej w roli biżuterii... i dobiera jej kolor do obuwia. W kościele zawoalowałam się szalem, mama mi kazała, żeby ksiądz z ambony nie spadł z wrażenia. Ale już przy pierwszym daniu moje „walory” zadyndały nad stołem, prezentując się, no może nie w całej okazałości, ale przynajmniej w pięćdziesięcioprocentowej...
Dobra ekspozycja nawet mizernego towaru może zdziałać cuda, o czym świadczyło nagłe zakrztuszenie się mojego kuzyna, co to siedział sobie naprzeciwko. I ubolewał do końca imprezy nad łączącym nas pokrewieństwem, aż opuścił weselisko, nieutulony w żalu, zastanawiając się cały czas, jak byłoby cudownie, gdybyśmy nie byli rodziną... Żona siedząca u boku (bardzo wyrozumiała i z poczuciem humoru) jakoś umknęła jego uwadze, dwójka dzieci także..
Nas za to nie dało się przeoczyć, zieleń mojej kiecki i mężowskiej koszuli biła szacownych gości weselnych po oczach. Nie było takiego, który by się nie obejrzał, okulisty na szczęście nie trzeba było wzywać, obyło się bez ofiar. Weselisko było ogólnie bardzo udane – po obiedzie połowa gości rozjechała się do domów... by wrócić za czas jakiś, ale już bez samochodów. Mój Mężyk podążył ich śladem, oznajmiając mi, że wystarczy na dziś, że się jeden chłop zmarnował... Ja także się marnować nie zamierzałam, więc gorąco poparłam ideę odstawienia autka i zamówienia kierowcy, który nas odstawi rano do domu. Wszystko byłoby ok, gdyby nie siedząca po mojej lewicy mama. Już po pierwszym moim kieliszku oznajmiła ze smutkiem: „A ja myślałam, że będę miała tylko ich dwóch do pilnowania (mojego brata i mężyka), a tu jeszcze muszę Ciebie...”. Cóż, nawet gdyby miała na wyposażeniu uzdę, bat i lejce, nie wiem, czy by się jej udało mnie okiełznać.
Tak zwany „ułan pospolity” załączył mi się już przy obiedzie, najpierw ruszyłam do poidełka, potem do korytka, a kiedy zagrała muzyka... ech, zagrzebałam kopytkiem obutym w srebrny pantofelek, zarzuciłam rozwianą grzywą i ruszyłam kurcgalopem do tańca. W ferworze zabawy przeoczyłam fakt, że podłoga jest z drewnianych desek, a te z kolei mają sęki. A w jednym miejscu, konkretnie jedna, wredna decha, nie ma, tylko miała – została po nim jedynie zgrabna dziurka... I to właśnie w niej, akurat w tej jednej, jedynej, utkwił niespodziewanie mój obcas. Buty miałam z rodzaju „oszczędzamy na materiałach, ile się da, wykroimy tylko piętę i pasek na palce, a babom się wmówi, że to piękne, modne i wygodne”, więc... no cóż, stałam się Kopciuszkiem... Pantofelek został, a ja tańczyłam dalej, jak Twardowski na kogucie (no bo w jednym bucie), ku uciesze gawiedzi... I mężyka, który nie tylko obserwował moje wybryki, ale także brał w nich czynny udział, zachowując trzeźwość może nie ciała, ale umysłu na pewno. Obserwował moją wirującą kieckę, uśmiechnął się w którymś momencie i oświadczył mi z poczuciem wyższości i jadowitą satysfakcją:
Jak ja się zwalę pod stół, to mi przynajmniej tyłka nie będzie widać...”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz