piątek, 4 września 2009

PROFANACJA

Uwielbiam dobre, czerwone, wytrawne wino. Szczególnym sentymentem darzę trunki pochodzące z Hiszpanii. Kocham ten rubinowy kolor, cierpki smak i zapach, przywołujący piękne wspomnienia. Mężyk z kolei preferuje napoje złociste i z pianką, za którymi ja specjalnie nie przepadam. Ani to smaczne, ani komfortowe w spożywaniu, chyba że człowiek od razu podczas degustacji zasiądzie na sedesie. A jak nie, to biega: pije i sika, pije i sika, pije i sika...
Tak więc, żeby zalkoholizować się razem, przy użyciu tego samego trunku, musieliśmy wypracować kompromis - jak na zgodne małżeńskie stadło przystało.
Pewnego razu, kiedy wypolerowane szkło czekało już na stoliku obok obiecująco pełnej butelki, mężyk postanowił zostawić w spokoju (a dokładnie w lodówce) zwierzę, które wieczorem podchodzi bardziej, choć stawia się czasem. Odważnie złapał za przygotowaną butlę i napełnił dwa kieliszki czerwonym, wytrawnym winem. Byłam pełna podziwu dla jego poświęcenia, bo ślubny z gatunku, któremu słodzić należy bez opamiętania. Misie tak mają, lubią cukier i inne łakocie... Mój jakby o tym zapomniał na moment i dzielnie chwycił za kieliszek dość cierpkiego caberneta. Wypił łyk, skrzywił się niemiłosiernie, wypił drugi, trzeci, skrzywił się jeszcze bardziej, popatrzył, pomyślał chwilę, pokombinował, w końcu wstał i poczłapał do kuchni. Sięgnął do szuflady ze sztućcami, coś z niej wyciągnął, następnie wyjął z szafki cukierniczkę, uśmiechnął się szelmowsko... i wsypał do kieliszka z winem trzy czubate łyżki cukru!!!!
I zamieszał, jakby tego było mało!!!! Spróbował, cmoknął z uznaniem, bardzo zadowolony z własnego pomysłu i powiedział:
„No, teraz to jest dobre!”
Ja obserwowałam całą sytuację ze zgrozą, mowę mi odebrało z oburzenia, nie byłam w stanie wykrztusić z siebie żadnego słowa... Poza jednym:
PROFANACJA!!!!!!!!!!!!!!!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz