sobota, 26 września 2009

NIE ZA ŻARCIE

Jest takie żartobliwe powiedzenie, którym określa się czasem stosunki małżeńskie - ja Cię kocham za - wzięcie, a ty mnie za - żarcie. Nie wiem, jak to jest u nas i za co kocha mnie mój mąż, mam nadzieję, że za całokształt, bo na pewno nie za umiejętności kulinarne...

Z przysłowiową kurą domową łączy mnie niewiele, poza tym, że bazgrzę jak wspomniany ptak pazurem. Ale już jajek nieznoszę, gotowania także. Nie powinnam się przyznawać, w końcu pracuję w restauracji...  Ale na szczęście (dla gości) przyrządzanie dań nie należy do zakresu moich obowiązków :-) No co dzień miejsce mojego zatrudnienia nawet się przydaje, zawsze można się podratować, mężyka zaprosić, żeby zajrzał do żonki na obiad, wybrać coś z menu i zapchać mu brzuszysko wiecznie głodne. No ale z kolacją już jest problem. Po raz kolejny objawił się wczoraj, kiedy znowu zabrakło ochotnika do przygotowania strawy nieduchowej. Zamiast wdawać się w dyskusję, do której już się szykowałam, mój tyran domesticus zdusił ją w zarodku i polecił mi autorytarnie:
- Zrób kolację
- Ale dlaczego ja? - zbuntowałam się natychmiast
- No bo pies nie zrobi.

Co fakt, to fakt. Trzeba by go najpierw jakoś przyuczyć, cy cuś w tym stylu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz