niedziela, 6 września 2009

NIE LUBIĘ JESIENI

Mam dzisiaj dzień lenia. Wegetuję od rana w domu, nie wykazując żadnych oznak życia, owinięta w koc jak w kokon. Czasem tylko odnóże wsuwam, żeby z kubka gorącej herbaty siorbnąć i stronę w książce przewrócić. Nurzyzna, brak akcji i postępujące otępienie. Chyba zaczynam zapadać w sen zimowy. Progresywna hibernacja w wyniku nagłego spadku temperatury. Dziesięć stopni? Słucham??? To chyba jakiś żart??? Klasy B, jak film, w którym bohaterka rzuca się ukochanemu na szyję, błagając "Proszę Cię, nie odchodź..." Mam ochotę to samo zrobić mijającej właśnie porze roku, po głowie chodzi mi piosenka "Żegnaj lato na rok"... Nie wiem, jak ja przeżyję tę jesień i to, co po niej, już mi tak zimno, że najchętniej założyłabym majtki z golfem. Ta pogoda za oknem to jakiś kiepski dowcip, wcale mnie nie śmieszy. Zaprotestowałabym, ale mi się nie chce.
Tydzień temu też padało, ale przy pomocy męża udało mi się zatłuc wewnętrznego leniwca, zebraliśmy się do kupy i pojechaliśmy na wycieczkę do Mirowa i Bobolic. Przez całą drogę buroszare niebo wydalało wodę we wszystkich możliwych formach: mżyło, siąpiło, kapało, rosiło, popadywało. Było smętnie i ponuro, więc w ramach terapii antydepresyjnej, podczas tankowania mężyk zlecił mi zakup „czegoś słodkiego”. Wróciłam z olbrzymią paką chipsów paprykowych, ślubny z politowaniem pokiwał głową i powiedział do mnie:
I ty się dziwisz, że pies buty gryzie. Też mu mówisz, że nie wolno… Przecież Ci mówiłem, kup coś słodkiego !!!”
Chmury nad naszym związkiem rozwiała paczka delicji, którą sprytnie ukryłam w torbie. Nad ruinami zamku jeszcze wisiały, tworząc atmosferę rodem z powieści gotyckiej, brakowało tylko brzęku kajdan i zawodzenia Białej Damy. Tylko pies jakoś nie wczuł się w klimat, znudzony podróżą wystrzelił z auta jak z procy. Odbiło mu totalnie, jak nakręcona zabawka, radośnie poszczekując, zataczał kółko za kółkiem na łące pod zamkiem, żeby w drodze do Bobolic przeistoczyć się w psa – przewodnika. Wybiegał naprzód, wyprzedzając nas o dobrych kilkadziesiąt metrów, po czym po chwili wracał, jakby sprawdzał, czy na pewno za nim idziemy. Albo zatrzymywał się na ścieżce i czekał, aż znów znajdziemy się w zasięgu jego wzroku, upewniał się, że jesteśmy i biegł dalej. Zrobił tak dobrych kilkanaście kilometrów, w przeciwieństwie do nas. Ale my poruszaliśmy się po linii prostej, pies zaś zdecydowanie wolał linię krzywą, a dokładnie – zygzakowatą. Każdy krzaczek, polanka, boczna ścieżka, wystająca skałka, placyk – wszystko było warte zboczenia, obwąchania i …obsikania. Musieliśmy tylko powstrzymywać jego zapędy alpinistyczne, bo kilka razy próbował sobie skrócić trasę wybierając szlaki o średnim kącie nachylenia osiemdziesiąt stopni... I nawet fakt, że ma własną dupę dużo zdecydowanie powyżej łba, wcale go nie zrażał. Latał, jakby szukał wczorajszego dnia i ział, choć było chłodno. Po krótkim spacerze klapnęliśmy sobie na ławce, patrząc jak odbudowuje się zamek w Bobolicach, ciszę przerywało tylko stukanie młotków, akurat kładli dach. Lekko mżyło i pachniało lasem, deszczem i nadchodzącą jesienią. Siedziałam rozanielona, a mężyk zębolował się z mojego zachwytu, twierdząc, że zmieszczuszyłam się na amen, skoro mi las pachnie. Ten już delikatnie pożółkł, jak kartki starych książek, dyskretnie dając do zrozumienia, że lato właśnie się kończy i nadchodzi jesień.
Nie lubię tej pory roku, to dla mnie czas odchodzenia. Słońca, ciepła, zieleni i bliskich ludzi. W drodze powrotnej skręciliśmy na grób kolegi, zginął rok temu wypadku motocyklowym, zapaliliśmy lampkę, postaliśmy chwilę, pomilczeliśmy w ciszy… przerywanej gromkim ujadaniem naszego psa, który postanowił oprotestować fakt zamknięcia i porzucenia go na pięć minut w pustym aucie.
Nawet sierściuch rozumie, czym jest strata i rozpacza, kiedy zostawia go ktoś bliski. Buntuje się, skomli i zawodzi. Tak jak człowiek, kiedy mu odejdzie ktoś bliski.
Nie lubię jesieni. To dla mnie czas pożegnań.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz