środa, 2 września 2009

LUŹNE LEJCE

Nie wyszłabym drugi raz za mąż. Dziwnie to brzmi w ustach szczęśliwej mężatki, którą jestem. I nie zamierzam tego stanu zmieniać. Nikt mnie nie zmuszał do ślubu, wręcz przeciwnie, już jako mała dziewczynka marzyłam o długiej, białej sukni z trenem, kilkumetrowym welonie, bukiecie czerwonych róż i księciu z bajki, któremu drżącym głosem mogłabym przed ołtarzem powiedzieć „tak”, omdlewając ze szczęścia. Ściągałam babci firanki z okna, montowałam prowizoryczne kreacje z prześcieradeł i wyobrażałam sobie, jaki cudowny będzie to dzień. Ja i on, piękni, uśmiechnięci, suknia jak z bajki, słowa przysięgi, kwiaty, rodzina, przyjaciele, znajomi, pierwszy taniec, oczywiście walc, potem przyjęcie i zabawa do białego rana. I tak właśnie było, no prawie tak, a jak powszechnie wiadomo „prawie” robi różnicę. Liczyłam, że ją zobaczę, tę różnicę, między „przed ślubem”, a „po ślubie”.  Jednak wkrótce po zakończeniu całej weselnej zawieruchy, dotarła do mnie brutalna prawda.
 Ślub niczego nie zmienia.
 Poza stanem konta na minus i plus, w zależności oczywiście, do kogo ono należy. Kiedy odjadą ostatni goście, kiedy rodzina na poprawce popraweczki spałaszuje resztki weselnych kotletów, kiedy zwiędną kwiaty upchnięte w wannie, kiedy skończy się miesiąc miodowy w egzotycznym kraju i przeglądanie zdjęć z imprezy, przyjdzie ona. Szara rzeczywistość, pod rękę ze wspomnianą już tutaj brutalną prawdą – że złożenie przysięgi małżeńskiej niczego nie zmienia. Niestety.
Wszystkie zamiecione pod dywan trudne kwestie, zadawnione żale i urazy, wszystkie stare problemy wylezą z powrotem na światło dzienne. A żeby było zabawniej – pojawią się także nowe, często w postaci nabytych wraz z zawarciem aktu małżeństwa dodatkowych członków rodziny – teścia i teściowej. Wszystkie brzydkie kawalerskie nawyki, panieńskie przyzwyczajenia, dotąd skrzętnie ukrywane, ujawnią się w całej swej okazałości. Wraz ze ślubem kończy się narzeczeńska gra, w której każdy trochę oszukuje, a zaczyna normalne życie. Nie da się być z kimś na co dzień i udawać kogoś innego. Małżeństwo to otwarcie na drugą osobę, to twarz bez makijażu, to wielki pokój, który do tej pory miał tylko uchylone drzwi, a teraz stoi otworem. Jego zawartość jest jednak cały czas taka sama.
Jeśli nie masz do kogoś zaufania, to po ślubie nie będzie inaczej, to nie łaska uświęcająca, która spływa na małżonków razem z sakramentem. Jeśli nie masz pewności, to po wypowiedzeniu przysięgi nagle jej w cudowny sposób nie zyskasz. Jeśli się boisz, po ślubie bać się będziesz nadal. Wszystkie obawy i lęki, które nosisz w sobie, będą ci wierne, nie porzucą cię ot tak, po prostu.
Małżeństwo to nie remedium, nie jest żadną gwarancją. Niczego. Przysięga to obietnica, a te ponoć są po to, żeby je łamać... Ślubując komuś miłość, wierność, uczciwość małżeńską oraz że go nie opuścisz, aż do śmierci, nie licz na magiczną funkcję języka. Przysięga to nie zaklęcie, które zmienia szarą rzeczywistość w różowy, bajkowy świat.
 Po ślubie będzie tak, jak było przed nim, jeśli cokolwiek się zmieni, to na gorsze. Jeśli on pije, to będzie pił, nawet więcej, jeśli ona zdradzała, to będzie go zdradzać, jeśli on uderzył ją raz, to będzie ją potem bił – to ekstremalne przypadki, ale miałam niestety okazję je zaobserwować w najbliższym otoczeniu.
Naiwna jest wiara małych dziewczynek, że potem będzie inaczej. Że wszystko się zmieni. Potem, czyli kiedy? A no po ślubie.
Tak naprawdę to tylko data. Jeden dzień, który faktycznie wspominam z sentymentem, ale nic więcej. Żadne przełomy nie nastąpiły, nie zaświeciło jasnym blaskiem słońce w naszym uświęconym już związku, nie zaczęła się sielanka. Wręcz przeciwnie. Dobrze, że nas sąsiedzi nie podali do sądu za znęcanie się nad zwierzętami. Darliśmy z sobą koty, aż miło! Nieludzkie by to było i upiorne, rozszarpywać futrzaki między sobą, dobrze, że to tylko metafora, wystarczająco straszny jest sam proces obdzierania ze złudzeń. Bo nie zawsze potem oni żyją długo i szczęśliwie. Statystyki jakoś tego nie potwierdzają, rozpadające się z hukiem małżeństwa moich przyjaciół i znajomych także nie.
Dlatego nie wyszłabym drugi raz za mąż.
Jeśli kogoś kochasz naprawdę, nie potrzebujesz obietnic, zaklęć i gwarancji. Nie oczekujesz, nie wymagasz, nie żądasz.  Po prostu jesteś – obok, ale na wyciągniecie ręki. Dajesz bliskość, ale i wolność. Ufasz i wierzysz. Rozumiesz i wspierasz. Tolerujesz wady, wybaczasz potknięcia, akceptujesz tę drugą osobę taką, jaką jest. Kochasz i szanujesz. Wierzę, że to wystarczy. Na lata. A nawet na całe życie.
Mój dziadek mawiał, że najmocniej trzymają luźne lejce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz