sobota, 12 września 2009

KILLER TO JA

Niezmierzonym sentymentem darzę wszystkie zwierzaki, no może poza robalami biegającymi, ale nawet dla nich jestem władcą litościwym: nie rozgniatam ich na miazgę... Nie, nie mam aż tak dobrego serca, robię tak głównie dlatego, żeby ich wnętrzności nie rozmazywać na ścianie...  Delikwenta, który próbuje bezprawnie zasiedlić moje królestwo, łapię w szklankę i teleportuję przez balkon. Nie wiem, jak pająki, szczypawki i inne gadziny znoszą lot z drugiego piętra, zakończony lądowaniem na chodniku i szczerze mówiąc mnie to nie interere... Satysfakcjonuje mnie sam fakt, że zniknęły z mojego pola widzenia, być może jestem robalowym zabójcą, trudno. Mogły nie przekraczać granic hacjendy, bo to jest równoznaczne z przekroczeniem granic mojej wytrzymałości psychicznej. No drażni mnie, jak mi cóś takiego łazi po domu i kiwa czułkami. Mam wrażenie, że zaraz zacznie łazić po mnie. I zwykle tak bywa.
W świetle tego co napisałam, zabrzmi to dziwnie, ale gdyby istniał ustawowy zakaz kontaktu z wybranymi gatunkami zwierząt, to w moim przypadku obejmowałby przede wszystkim – nie, wcale nie wspomniane wyżej owady biegające
Miałabym zakaz zbliżania się do rybek.
Moje doświadczenia akwarystyczne to pasmo wstydliwych porażek. Pierwszą poniosłam ładnych kilka lat temu, kiedy postanowiłam mojemu jeszcze nie – mężowi kupić w prezencie gwiazdkowym złotą welonkę. Taką od spełniania życzeń, w kryształowej kuli. Wydawało mi się to bardzo oryginalnym i romantycznym pomysłem, więc niewiele myśląc, zamiar zrealizowałam. Specjalnie dopiero na dzień przed wigilią, żeby przypadkiem nie było lipy hodowlanej, chyba wyczuwałam pismo nosem.... Dlatego co i rusz nerwowo zerkałam w kulę, przeczuwając przyszłość... Wiadomo, jak to wiedźma... Wszystko było pięknie fajnie, prezencik pływał sobie cały wieczór, wachlował płetwami, cieszył oko złotym kolorem. Ale ranek przyniósł nagły i nieuzasadniony niczym zwrot akcji – rybka zaczęła się ... pokładać na boku. Mizerne miałam doświadczenie w hodowli welonek, przez moment pomyślałam nawet, że może jest zmęczona i chce odpocząć, ale niepokój, czy prezent dotrwa do momentu wręczenia, był silniejszy niż naiwna wiara, że rybol przysypia. Zadzwoniłam do kuzynki, która akwarium miała od ładnych kilku lat i pytam:
Ej, jak karasiowaty pływa na boku, to mu się nie ma na życie, czy po prostu odpoczywa?”
Odpowiedź niestety potwierdziła moje najgorsze przeczucia, które wkrótce stały się tragiczną rzeczywistością: tragiczną dla rybki i dla mnie. Ta pierwsza opuściła ziemski padół, przyjmując ostatecznie i nieodwołanie pozycję kółkami do góry. Ta druga, czyli ja, została o godzinie 13.00 w Wigilię bez prezentu dla ukochanego. Poruszyłam niebo i ziemię, wszystkie kontakty, a głównie sumienie mojego brata, dzwoniąc do niego z rykiem, że awaria się stała, bo prezent koła wyłożył. Braciak stanął na wysokości zadania, pognał galopem do sklepu zoologicznego i kupił rybkę numer dwa. Ślady zbrodni zostały dokładnie zatarte, zwłoki wrzucone do sedesu i docelowo ukryte na dnie szamba, a ja nie zamierzałam się przyznawać do hodowlanej kompromitacji. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie język mojej mamy... Za długi język. Prezent został wręczony, pływał sobie spokojnie, budząc lekką konsternację lubego, mocno zdziwionego podarunkiem, kiedy moja rodzicielka weszła do pokoju, popatrzyła na płetfala i ni stąd, ni zowąd oznajmiła:
Ta pierwsza była ładniejsza...
A pode mną rozstąpiła się zamarznięta, grudniowa ziemia... gdybym miała w ręku miotacz ognia, to ze zdrajczyni zostałby kupka popiołu. Bo oczywiście obdarowany wykazał się natychmiast zastraszająca i niepowstrzymaną dociekliwością, zostałam postawiona pod ścianą i wzięta w krzyżowy ogień pytań:
Jaka pierwsza???? To ta jest druga? Była jakaś inna? Kiedy??? Zajeździłaś rybkę w jeden dzień??? To ile ty chciałaś, żeby Ci życzeń spełniła???
Sprawa się wydała, ja jako jednodniowy akwarysta skompromitowałam się zupełnie, zostałam obśmiana i wykpiona, a dusza biednej rybki po dziś dzień ciąży mi na sumieniu. Żeby tylko ona jedna, to nie byłoby jeszcze tak źle...
Kiedy przeprowadziłam się do dużego miasta, rozpaczliwie brakowało mi zwierząt. Psa mieć nie mogłam ze względu na tryb pracy, musiałby sam spędzać kilkanaście godzin w domu. Znowu więc padło na płetwiaki. Co prawda nie da się ich pogłaskać, ale przecież zawsze można postukać w szybkę. Pojawiło się więc po raz kolejny akwarium, a w nim Klaudiusz, gruby, spasiony welonek. Taki smutno łypał wyłupiastym ślepiem, tak smętnie pływał z kąta w kąt, że postanowiłam mu życie urozmaicić. Kupiłam mu rybią żonę – Messalinę.
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia... W akcie zemsty za bezprawny podnajem lokalu Klaudiusz poobgryzał jej płetwy... Rybka zmieniła umaszczenie, dostała brązowych plam i po kilku dniach wyłowiłam ją z wody przy użyciu łyżki do zupy. Ale nie poddałam się, kupiłam Klaudiuszowi żonę numer dwa, w biało - złote łatki. Mój wtedy jeszcze nie - mężyk podsumował wybór krótko: O, tą od razu kupiłaś w ciapki?
Messalina numer dwa okazała się globtroterką – samobójczynią: po tygodniu wyskoczyła z akwarium i zakończyła żywot na parkiecie. Poddałam się się i oddałam – nie, nie w ręce władz, jak należałoby zrobić, będąc potrójnym, rybim mordercą. Klaudiusza i akwarium w dobre ręce.
Albowiem uznałam, że moje łapki z rybami nie powinny więcej mieć nic wspólnego.
No chyba, że chodzi o wyjątkowo delikatne obtoczenie ich w mące i ułożenie na patelni. Ale to naprawdę jedyna dopuszczalna, w moim przypadku, forma kontaktu z tym gatunkiem. Na tym etapie rybiej egzystencji, nie jestem w stanie im już bardziej zaszkodzić.
Chociaż... kto wie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz