środa, 23 września 2009

GÓRA CY...

Poznaliśmysię dokładnie pięć lat temu, w połowie września 2004 roku. Ja byłam wtedy na etapie pakowania się z deszczu pod rynnę, między mną, a moim obecnym mężykiem źle się działo, oj bardzo źle, tylko ruiny i zgliszcza zostały z wieloletniego związku. Wspólny urlop miał go uratować, ale nie doszedł do skutku. Po kolejnej kłótni podjęłam decyzję – koniec. Jadę sama. Do Hiszpanii. W środę kupiłam wycieczkę, w piątek w nocy już wyjeżdżałam. Po wariacku, jak to zwykle u mnie bywa, bo tylko oszołom decyduje się na przejechanie tylu kilometrów autokarem. Dłużąca się podróż sprzyjała jednak zacieśnianiu kontaktów towarzyskich.
Zauważyłam ich już w autokarze: wysoka, bardzo ładna dziewczyna i szczupły chłopak w okularach. Na początku myślałam, że są parą, potem okazało się, że po prostu wybrali się razem na wycieczkę. To głupie, ale nie pamiętam, kiedy dokładnie się poznaliśmy – może już w trakcie drogi, może dopiero przy wspólnym stole w jadalni? Był ośmioosobowy, a siedziało przy nim tylko sześć sztuk człowieków, między innymi: ja, Avionetka i niejaki T., zwany potocznie Kłapouchym vel Osłem. Był to układ niemalże idealny, bo na każde dwie głowy podawali do obiadu i kolacji po butelce wina, a przy naszym stole piła tylko i wyłącznie nasza szacowna trójka. I już na drugi dzień zawiązała koalicję proalkoholową, która zaczęła mało dyskretnie wynosić ze stołówki i gromadzić w pokoju zapas trunków niespożytych przy posiłku. Najpierw jedną butelkę, potem dwie, góra cy... Cel był szczytny:konsumpcja w terminie wieczornym, w o wiele atrakcyjniejszych warunkach, to jest na plaży. W związku z powyższym, wstyd się przyznać, ale niemalże nie trzeźwieliśmy przez cały wyjazd – może dlatego ten wypad uważam za najlepszy, najfajniejszy ze wszystkich, a Hiszpanię za najcudowniejszy kraj pod słońcem?
Kiedy przeglądam zdjęcia, wracają wspomnienia: wspólnego plażowania, rozmów o wszystkim i niczym, tego śmiechu do zdarcia gardeł... Dywagacji przy śniadaniu, kiedy to dzielnie przeżuwaliśmy kalmary – jednego, dwa, góra cy..., zastanawiając się jednocześnie co jemy i ogólnie nad wyglądems pożywanych produktów. Pamiętam jak Osioł, po dokładnych oględzinach, stwierdził: Sadząc po jajku, kura nie była zbyt urodziwa, na co błyskawicznie usłyszał avionetkową ripostę: A może to geny tatusia.?
O wiele ładniejsze i kształtniejsze, choć niejadalne były te na dachu muzeum z „jajami” Salvadora Dali w Figueres. Tam też dotarliśmy, ale z tej wycieczki pamiętam niewiele. Więcej zostało mi w pamięci z wypadu do Barcelony: tańczące fontanny, dziwna arabska dzielnica, przez którą przeleźliśmy z duszą na ramieniu w poszukiwaniu tych ostatnich ,rezydent, który zdał z nas po 10 euro za podwiezienie do Canet de Mar. W pamięci został mi też kościół ze stadem białych gęsi na dziedzińcu, pyszna paella w małej knajpce na uboczu i i jeszcze pyszniejszy dzban wina. I ludzie – pomniki przy La Rambla – jeden dwa, góra cy...  Żywe kraby i inne gadziny machające odnóżami na targu  wprost oszałamiającym feerią barw i różnorodnością wystawionych na sprzedaż owoców. Życzliwi, mili i uśmiechnięci ludzie, którym się nigdzie nie śpieszy, bo wszystko można załatwić przecież maniana. Rejs statkiem wzdłuż wybrzeża Costa Brava i powrót do Blanes na gapę, no bo bilety sprawdzali tylko przy wsiadaniu, przy opuszczaniu statku już nie – więc sobie popłynęliśmy dalej... Oceanarium w Barcelonie. Słońce, nieziemsko czysta woda, w której kotłowały się ryby i plaja, plaja, i jeszcze raz plaja – jedna, dwie, góra cy... Dochodziło się do niej drogą przez przejście podziemne pod torami, którą potem skracaliśmy sobie „per a toros”. Termin ten wymyśliłam, kiedy o mało nie rozjechała nas kolejka podczas jednego z takich skrótów. Zdążyłam zleźć z nasypu, lekceważąco stwierdzić, że tu pewnie jeździ jeden pociąg na dzień, kiedy tuż za plecami usłyszałam gwizd lokomotywy... Jeden, dwa, góra cy... Niczego nas to nie nauczyło, hiszpańskie lenistwo rozpanoszyło się w nas na dobre: dalej łaziliśmy per a toros. Wodząc na pokuszenie Avionetkę, która łasym okiem spoglądała codziennie na habazie – długie, dekoracyjne trawy, które na szczęście (dla biednej roślinki, która zostałaby niechybnie ogołocona), rosły sobie spokojnie w cudzym ogródku. I pewnie zostały tam po dziś dzień, tak jak nam zostały wspomnienia:
Wspomnienia smaku wina pitego prosto z butelki nad brzegiem morza. Szumu fal i kąpieli nago. To Kłapouchy rzucił ten pomysł, próbował nas namówić, ale byłyśmy oporne vel nie dość pijane, w końcu niewiele myśląc ściągnął gacie i poleciał do wody. Nam trochę było głupio, w końcu znaliśmy się raptem kilka dni, ale pokusa była silniejsza. Na poczekaniu uknułyśmy niecny plan. Pod pretekstem pilnej konieczności uzupełnienia winnych zapasów, wysłałyśmy Kłapouchego po wino, które zostało w hotelowym pokoju. Zgodził się pobiec w zamian za solenną obietnicę, że jak je przyniesie, to się wykąpiemy tak, jak nas Matka Natura stworzyła. Zagrzebał z radości kopytkiem w piasku i poleciał, aż się kurzyło. A my w tym czasie pobiegłyśmy do morza. Cudowne uczucie – woda niosła, było kompletnie ciemno, słychać było tylko nasz śmiech i szum wody. Zorientowałam się, że jestem kompletnie pijana, kiedy nakryła mnie fala – jedna, dwie, góra cy... A nakryła razem z głową i wtedy ze zdziwieniem odkryłam, że weszłam do wody w okularach i właśnie w nich nurkuję...
Na drugi dzień mieliśmy bladym świtem jechać na wycieczkę do Barcelony... Zamawiało się na takie eskapady obiad na wynos...  około dwunastej w południe obsługa hotelowa jeszcze nas szukała, bo nie odebraliśmy swojego „pikniku”. Jakoś jednak udało nam się zwlec swoje zwłoki i dojechać do tego pięknego miasta. Kolejka podmiejską, która wije sięj ak pijana żmija tuż nad samym morzem, w której, ku naszemu niebotycznemu zdziwieniu usłyszeliśmy muzykę... Chopina. Jedną melodię, dwie, góra cy...
I znów to samo - z tego wypadu zostały mi tylko migawki wspomnień: domyp rojektu Gaudiego, jego park ze słynną ławeczka i jaszczurem, gdzie zastanawialiśmy się, jak zrobić atrakcyjne zdjęcie Kłapouchemu. Po namyśle doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie, jak wyskoczy przez murek, uśmiechnie się w locie i pomacha do nas ręką. A jak fotka nie wyjdzie to się powtórzy :-)
Pamiętam kościół z gęsiami i olśniewającą La Sagrada Familia, pod którą wręczyliśmy avionetkowy aparat jakiemuś turyście, żeby nam zrobił zdjęcie. Staliśmy w trójkę na murku, objęci, uśmiechaliśmy się i przez wyszczerzone zęby dywagowaliśmy sobie – Ucieknie czy nie ucieknie z aparatem? Odsunął się o kolejne dwa kroki – ucieknie – eee, stary jest, dogonimy... Nie uciekł. Zdjęcie wyszło, nie tylko to jedno. Przeglądam je czasem i wspomnienia wracają: siatkówki plażowej, w którą graliśmy cały dzień, hotelowej dyskoteki, której motywem przewodnim była piosenka pod bardzo frapującym tytułem: „Bania u Cygana”. It ych rozmów, rozmów po świt i o jedną godzinę dłużej, o dwie, góra cy...  Tego magicznego porozumienia, tego pokrewieństwa dusz, tej cudownej więzi, którą się nazywa przyjaźnią, a która narodziła się właśnie wtedy i tam – na Costa Brava, w miasteczku Canet de Mare.

I trwa do dziś, chociaż nie miała prawa przetrwać. Takie znajomościkończą się zaraz po wyjeździe. Zostaje po nich pamięć wspólnie spędzonych dni i nic więcej, kontakt zwykle się urywa bardzo szybko. Zwłaszcza, kiedy ludzi dzieli odległość, tak jak nas. Mieszkamy w innych miastach, widujemy się rzadko, raz, dwa, góra cy razy na rok.
Ale przetrwała: łącza nas kartki, listy, maile, smsy, telefony, wspólne wyjazdy, odwiedziny, od niedawna blogi – najpierw był jeden, potem dwa, może będą góra cy?
Tyle się zmieniło przez te pięć lat, Avionetka wyszła za mąż, ja też, Osiołjuż za dwa tygodnie będzie przyrzekał miłość i wierność swojej wybrance. Właśnie w związku z zaproszeniem na tę uroczystość udało nam się znowu zobaczyć. Dwa tygodnie temu, po blisko roku od naszego ostatniego spotkania. Znów lało się wino, jedna butelka, dwie, góra cy, no dobra, w sumie to pięć, były rozmowy po świt o rzeczach ważnych i nieważnych, były łzy i śmiech. I było to genialne poczucie, które mi – i mam nadzieję, że nie tylko mnie – towarzyszy od pięciu lat. Że mam gdzieś tam cudownych przyjaciół, daleko, a jednak blisko.
Avionetka, Kłapouchy i ja – jeden, dwa, góra cy...
Bo „góra cy”, to nasze hasło – zaklęcie, przywołujące wszystkie wspaniałe wspomnienia związane z tym wyjazdem. Leżeliśmy sobie pewnego dnia na plaży w zatoczce, żarliśmy zielone jabłka i opowiadaliśmy dowcipy. Jeden z nich był o tym, jak to baca podawał turyście recepturę na drink o nazwie „góra cy”
Ano bierecie panocku wielki gorcek i lejecie do niego śpirytusu: jedną śkloneckę, dwie, góra cy... Dolewocie do tego wódecke – jednom śklonecke, dwie, góra cy. Potem bierecie panocku bimberek i wlewocie do gorczka – jedną śkloneckę, dwie, góra cy... Sięgocie po wino i tyż wlewocie do gorczka – jedną śkloneckę, dwie, góra cy. Następnie sięgocie panocku po whisky i lejecie znowu do gorczka: jedną śkloneckę, dwie, góra cy... Jak wlejecie, sięgocie po piwo i znów lejecie – jedną śkloneckę, dwie góra cy... A potem to wszystko mieszocie: jedyn raz ,dwa, góra cy, wstawiacie na ogiń, podgrzewocie – godzinkę, dwie, nogóra cy. I gotowe
I co dalej Baco?
Ano pijecie panocku – jedna skloneckę, dwie, góra cy...
I co dalej Baco?
Potem wstojecie i robicie: jedyn krocek, dwa, góra cy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz