sobota, 19 września 2009

GARNIAK

Jutro szał ciał i uprzęży, czyli weselisko. W związku z powyższym trzeba w coś grzbiet przyodziać, zwłaszcza mężowski. Stary garnitur ślubnego stał się już niestety zbyt groźny dla otoczenia. Musieliśmy nabyć nowy, gdyż stopień naprężenia guzików w poprzednim groził potencjalnym, niekontrolowanym wystrzałem…Obleźliśmy kilka sklepów i okazało się, że to wcale nie jest takie proste, kiedy kolejna z rzędu sprzedawczyni bezradnie rozłożyła ręce, mówiąc: nie ma takiego rozmiaru. A jeśli już nawet był, to z kolei wybór kolorów i modeli mizerny. Już mieliśmy się poddać, w sumie jak rybie rower, tak ślubnemu garniak potrzebny, idealny byłby dla niego taki jednoczęściowy, składający się ze spodni, najlepiej krótkich. Koszula już niekoniecznie, no chyba, że mus nie rada, niech zostanie.
Mój mężyk co prawda nigdy nie rozbiera się do rosołu, ale po jego zjedzeniu – a i owszem, najpierw z grzbietu zsuwa mu się niepostrzeżenie marynarka, wszystko przez te śliskie podszewki, potem krawat niczym żmija spełza z jego szyi i chowa się gdzieś w czeluściach mojej torebki. Kamizelka, wbrew stereotypom literackim, wyhodowanym przez Bolesława Prusa, robi się coraz ciaśniejsza, ciaśniejsza i ciaśniejsza… Zanim puszczą szwy, mężykowi puszczają nerwy i następna część garniaka ląduje na krześle.
Dziś kolejne trafiały z powrotem na wieszak, a my odkryliśmy, że w branży tekstylnej obowiązuje bezustannie sezon na leszcza. Taka, no może nie gruba, ale …duża, solidna ryba jak mój mąż, ma spore problemy z kupnem przyzwoitego łacha w odpowiednim rozmiarze. Ryba znacznie większa niż kiedyś, co bezlitośnie wypunktowałam, zaraz po pierwszej przymiarce oświadczając:
 Utyłeś!!
 Nieprawda
– Prawda
 Nieutyłem.
 Utyłeś.
 Nie utyłem... Ja urosłem :-)
Definicja ma czasem zasadnicze znacznie, jak widać na załączonym przykładzie. By ustalić stan faktyczny, warto czasem jednak sięgnąć do źródeł i przyczyn, które dziś kształtowały się następująco: po godzinnym łażeniu mój mąż oświadczył, że jest głodny i musi natychmiast cokolwiek zjeść. Wykorzystując chwilę nieuwagi, podprowadził mi portfel z torby i nieświadomą jego braku, wysłał jeszcze po krawat. Przelazłam pół miasta, wybrałam i … poświeciłam przed panią oczami, kiedy okazało się, że nie mam czym zapłacić. Diabli, którzy mnie ponieśli do tego sklepu, przynieśli mnie z powrotem trzy razy szybciej, byłam wściekła i zziajana jak pies. A mój luby siedzi sobie na skwerku, żre kebaba – giganta  i oblizuje mordę z sosu czosnkowego.  No trzymajcie mnie, albo aplikujcie bez pytania surowicę… Wyprułam paszczę na kradzieja – pasibrzucha:
- Wysłałaś mnie bez pieniędzy, bo musiałeś zeżreć kebaba? Czym ty myślisz? Żołądkiem?
- No. I dlatego mnie nigdy głowa nie boli.
Ja go kiedyś zatłukę. Miałam nieodpartą ochotę zrobić to dziś wieczorem. Naszykowałam draniowi knedelki ze śliwkami, słodka śmietana już się chłodziła w lodówce, a smakowite, miękkie kule, skwierczały obiecująco na patelni. Właśnie przekręciłam je na drugą stronę, kiedy gadzina wróciła z pracy, podeszła po kuchenki, zajrzała mi przez ramie i zapytała:
- Kochanie, a co to za asfalty???
Nie ugotuję mu nic więcej!!! Bo nie!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz