sobota, 26 września 2009

NIE ZA ŻARCIE

Jest takie żartobliwe powiedzenie, którym określa się czasem stosunki małżeńskie - ja Cię kocham za - wzięcie, a ty mnie za - żarcie. Nie wiem, jak to jest u nas i za co kocha mnie mój mąż, mam nadzieję, że za całokształt, bo na pewno nie za umiejętności kulinarne...

Z przysłowiową kurą domową łączy mnie niewiele, poza tym, że bazgrzę jak wspomniany ptak pazurem. Ale już jajek nieznoszę, gotowania także. Nie powinnam się przyznawać, w końcu pracuję w restauracji...  Ale na szczęście (dla gości) przyrządzanie dań nie należy do zakresu moich obowiązków :-) No co dzień miejsce mojego zatrudnienia nawet się przydaje, zawsze można się podratować, mężyka zaprosić, żeby zajrzał do żonki na obiad, wybrać coś z menu i zapchać mu brzuszysko wiecznie głodne. No ale z kolacją już jest problem. Po raz kolejny objawił się wczoraj, kiedy znowu zabrakło ochotnika do przygotowania strawy nieduchowej. Zamiast wdawać się w dyskusję, do której już się szykowałam, mój tyran domesticus zdusił ją w zarodku i polecił mi autorytarnie:
- Zrób kolację
- Ale dlaczego ja? - zbuntowałam się natychmiast
- No bo pies nie zrobi.

Co fakt, to fakt. Trzeba by go najpierw jakoś przyuczyć, cy cuś w tym stylu...

piątek, 25 września 2009

WESELISKO


Nie mam poczucia równowagi. No kompletnie. Zawsze muszę przegiąć, albo w jedną, albo w drugą stronę. Ciągnie mnie od święta do ekstremum. Na co dzień łażę w spodniach, do tego bluzki zapięte pod samą szyję, buty na płaskim, nie maluję się zbyt mocno, jestem tak zwana mycha z gatunku szarych. Ale jak przychodzi odpowiednia okazja, to się przepoczwarzam. Zupełnie i kompletnie.
W związku z powyższym, na weselisko kuzynki wystroiłam się jak pies na pierwsze szczepienie. A co sobie miałam żałować! Przywdziałam szatę krótką, zwiewną i powiewną, wściekle zieloną, a jakby to się zbyt mało rzucało w ślepia - z dekoltem po kolana. Pogoda dopisała, a zdradzieckie, wrześniowe słoneczko ujawniło jeszcze jedną cechę mojej sukienki, którą w swej ślepocie przeoczyłam: zaskakującą przejrzystość. Trochę podłamała się moja wrodzona pogoda ducha, kiedy mój mąż stwierdził, zgodnie z prawdą zresztą: „Tyłek ci widać. Cycki też”. Mordka mi się wygięła w podkówkę, ale zapytałam na szczęście, jak według niego wyglądam. Uśmiechnął się i z szelmowską miną oświadczył: „Zajebiście”.
Moją teściową na widok kreacji dosłownie zatkało...Niekoniecznie z wrażenia. Na zgorszonej twarzy miała wypisaną opinię diametralnie inną od mężykowej. Kiedy ujrzała moje wypadające z kiecki atrybuty kobiecości, z trudem powstrzymała się od komentarza, ale bardzo szanuję ją za to, że jej się udało :-) Przyjęła moje „jabłka” na widoku z wyraźną dezaprobatą, w przeciwieństwie do męskiej połowy gości weselnych (oni przyjęli je z niemilczącym zachwytem) Zapytała mnie tylko po dłuższej chwili, jak zamierzam się uczesać... I nie powiedziała nawet słowa więcej, kiedy oświadczyłam jej z uśmiechem zembicznym, że ja już jestem... uczesana...
Bo byłam. A co! Nie widać fryzury – źle, widać coś innego, też źle... No jak by się człowiek nie starał, nie dogodzi wszystkim. Ja to się nawet nie starałam... Moje kudły rozkudłane? Moje! Moje cycki wypadające? Moje! Więc uznałam, miałam akurat taką fantazję, że sobie nimi publicznie pomajtam, wystawię ten widok klasy B i udowodnię, że małe jest piękne. I tak dobrze, że w przypływie rozsądku, nagłym i niekontrolowanym, postanowiłam jednak włożyć stanik. Srebrny, co by mi do butów pasował.. .Bo odkryłam, że przy gwałtowniejszych ruchach wyłaził mi spod kiecki biust, potem już tylko biust(onosz). Po ustaleniu tego faktu stwierdziłam, że jak już wyłazi, to niech spełnia jakąś rolę – na przykład dekoracyjną.
Jestem chyba jedyną osobą, która używa bielizny osobistej w roli biżuterii... i dobiera jej kolor do obuwia. W kościele zawoalowałam się szalem, mama mi kazała, żeby ksiądz z ambony nie spadł z wrażenia. Ale już przy pierwszym daniu moje „walory” zadyndały nad stołem, prezentując się, no może nie w całej okazałości, ale przynajmniej w pięćdziesięcioprocentowej...
Dobra ekspozycja nawet mizernego towaru może zdziałać cuda, o czym świadczyło nagłe zakrztuszenie się mojego kuzyna, co to siedział sobie naprzeciwko. I ubolewał do końca imprezy nad łączącym nas pokrewieństwem, aż opuścił weselisko, nieutulony w żalu, zastanawiając się cały czas, jak byłoby cudownie, gdybyśmy nie byli rodziną... Żona siedząca u boku (bardzo wyrozumiała i z poczuciem humoru) jakoś umknęła jego uwadze, dwójka dzieci także..
Nas za to nie dało się przeoczyć, zieleń mojej kiecki i mężowskiej koszuli biła szacownych gości weselnych po oczach. Nie było takiego, który by się nie obejrzał, okulisty na szczęście nie trzeba było wzywać, obyło się bez ofiar. Weselisko było ogólnie bardzo udane – po obiedzie połowa gości rozjechała się do domów... by wrócić za czas jakiś, ale już bez samochodów. Mój Mężyk podążył ich śladem, oznajmiając mi, że wystarczy na dziś, że się jeden chłop zmarnował... Ja także się marnować nie zamierzałam, więc gorąco poparłam ideę odstawienia autka i zamówienia kierowcy, który nas odstawi rano do domu. Wszystko byłoby ok, gdyby nie siedząca po mojej lewicy mama. Już po pierwszym moim kieliszku oznajmiła ze smutkiem: „A ja myślałam, że będę miała tylko ich dwóch do pilnowania (mojego brata i mężyka), a tu jeszcze muszę Ciebie...”. Cóż, nawet gdyby miała na wyposażeniu uzdę, bat i lejce, nie wiem, czy by się jej udało mnie okiełznać.
Tak zwany „ułan pospolity” załączył mi się już przy obiedzie, najpierw ruszyłam do poidełka, potem do korytka, a kiedy zagrała muzyka... ech, zagrzebałam kopytkiem obutym w srebrny pantofelek, zarzuciłam rozwianą grzywą i ruszyłam kurcgalopem do tańca. W ferworze zabawy przeoczyłam fakt, że podłoga jest z drewnianych desek, a te z kolei mają sęki. A w jednym miejscu, konkretnie jedna, wredna decha, nie ma, tylko miała – została po nim jedynie zgrabna dziurka... I to właśnie w niej, akurat w tej jednej, jedynej, utkwił niespodziewanie mój obcas. Buty miałam z rodzaju „oszczędzamy na materiałach, ile się da, wykroimy tylko piętę i pasek na palce, a babom się wmówi, że to piękne, modne i wygodne”, więc... no cóż, stałam się Kopciuszkiem... Pantofelek został, a ja tańczyłam dalej, jak Twardowski na kogucie (no bo w jednym bucie), ku uciesze gawiedzi... I mężyka, który nie tylko obserwował moje wybryki, ale także brał w nich czynny udział, zachowując trzeźwość może nie ciała, ale umysłu na pewno. Obserwował moją wirującą kieckę, uśmiechnął się w którymś momencie i oświadczył mi z poczuciem wyższości i jadowitą satysfakcją:
Jak ja się zwalę pod stół, to mi przynajmniej tyłka nie będzie widać...”

środa, 23 września 2009

GÓRA CY...

Poznaliśmysię dokładnie pięć lat temu, w połowie września 2004 roku. Ja byłam wtedy na etapie pakowania się z deszczu pod rynnę, między mną, a moim obecnym mężykiem źle się działo, oj bardzo źle, tylko ruiny i zgliszcza zostały z wieloletniego związku. Wspólny urlop miał go uratować, ale nie doszedł do skutku. Po kolejnej kłótni podjęłam decyzję – koniec. Jadę sama. Do Hiszpanii. W środę kupiłam wycieczkę, w piątek w nocy już wyjeżdżałam. Po wariacku, jak to zwykle u mnie bywa, bo tylko oszołom decyduje się na przejechanie tylu kilometrów autokarem. Dłużąca się podróż sprzyjała jednak zacieśnianiu kontaktów towarzyskich.
Zauważyłam ich już w autokarze: wysoka, bardzo ładna dziewczyna i szczupły chłopak w okularach. Na początku myślałam, że są parą, potem okazało się, że po prostu wybrali się razem na wycieczkę. To głupie, ale nie pamiętam, kiedy dokładnie się poznaliśmy – może już w trakcie drogi, może dopiero przy wspólnym stole w jadalni? Był ośmioosobowy, a siedziało przy nim tylko sześć sztuk człowieków, między innymi: ja, Avionetka i niejaki T., zwany potocznie Kłapouchym vel Osłem. Był to układ niemalże idealny, bo na każde dwie głowy podawali do obiadu i kolacji po butelce wina, a przy naszym stole piła tylko i wyłącznie nasza szacowna trójka. I już na drugi dzień zawiązała koalicję proalkoholową, która zaczęła mało dyskretnie wynosić ze stołówki i gromadzić w pokoju zapas trunków niespożytych przy posiłku. Najpierw jedną butelkę, potem dwie, góra cy... Cel był szczytny:konsumpcja w terminie wieczornym, w o wiele atrakcyjniejszych warunkach, to jest na plaży. W związku z powyższym, wstyd się przyznać, ale niemalże nie trzeźwieliśmy przez cały wyjazd – może dlatego ten wypad uważam za najlepszy, najfajniejszy ze wszystkich, a Hiszpanię za najcudowniejszy kraj pod słońcem?
Kiedy przeglądam zdjęcia, wracają wspomnienia: wspólnego plażowania, rozmów o wszystkim i niczym, tego śmiechu do zdarcia gardeł... Dywagacji przy śniadaniu, kiedy to dzielnie przeżuwaliśmy kalmary – jednego, dwa, góra cy..., zastanawiając się jednocześnie co jemy i ogólnie nad wyglądems pożywanych produktów. Pamiętam jak Osioł, po dokładnych oględzinach, stwierdził: Sadząc po jajku, kura nie była zbyt urodziwa, na co błyskawicznie usłyszał avionetkową ripostę: A może to geny tatusia.?
O wiele ładniejsze i kształtniejsze, choć niejadalne były te na dachu muzeum z „jajami” Salvadora Dali w Figueres. Tam też dotarliśmy, ale z tej wycieczki pamiętam niewiele. Więcej zostało mi w pamięci z wypadu do Barcelony: tańczące fontanny, dziwna arabska dzielnica, przez którą przeleźliśmy z duszą na ramieniu w poszukiwaniu tych ostatnich ,rezydent, który zdał z nas po 10 euro za podwiezienie do Canet de Mar. W pamięci został mi też kościół ze stadem białych gęsi na dziedzińcu, pyszna paella w małej knajpce na uboczu i i jeszcze pyszniejszy dzban wina. I ludzie – pomniki przy La Rambla – jeden dwa, góra cy...  Żywe kraby i inne gadziny machające odnóżami na targu  wprost oszałamiającym feerią barw i różnorodnością wystawionych na sprzedaż owoców. Życzliwi, mili i uśmiechnięci ludzie, którym się nigdzie nie śpieszy, bo wszystko można załatwić przecież maniana. Rejs statkiem wzdłuż wybrzeża Costa Brava i powrót do Blanes na gapę, no bo bilety sprawdzali tylko przy wsiadaniu, przy opuszczaniu statku już nie – więc sobie popłynęliśmy dalej... Oceanarium w Barcelonie. Słońce, nieziemsko czysta woda, w której kotłowały się ryby i plaja, plaja, i jeszcze raz plaja – jedna, dwie, góra cy... Dochodziło się do niej drogą przez przejście podziemne pod torami, którą potem skracaliśmy sobie „per a toros”. Termin ten wymyśliłam, kiedy o mało nie rozjechała nas kolejka podczas jednego z takich skrótów. Zdążyłam zleźć z nasypu, lekceważąco stwierdzić, że tu pewnie jeździ jeden pociąg na dzień, kiedy tuż za plecami usłyszałam gwizd lokomotywy... Jeden, dwa, góra cy... Niczego nas to nie nauczyło, hiszpańskie lenistwo rozpanoszyło się w nas na dobre: dalej łaziliśmy per a toros. Wodząc na pokuszenie Avionetkę, która łasym okiem spoglądała codziennie na habazie – długie, dekoracyjne trawy, które na szczęście (dla biednej roślinki, która zostałaby niechybnie ogołocona), rosły sobie spokojnie w cudzym ogródku. I pewnie zostały tam po dziś dzień, tak jak nam zostały wspomnienia:
Wspomnienia smaku wina pitego prosto z butelki nad brzegiem morza. Szumu fal i kąpieli nago. To Kłapouchy rzucił ten pomysł, próbował nas namówić, ale byłyśmy oporne vel nie dość pijane, w końcu niewiele myśląc ściągnął gacie i poleciał do wody. Nam trochę było głupio, w końcu znaliśmy się raptem kilka dni, ale pokusa była silniejsza. Na poczekaniu uknułyśmy niecny plan. Pod pretekstem pilnej konieczności uzupełnienia winnych zapasów, wysłałyśmy Kłapouchego po wino, które zostało w hotelowym pokoju. Zgodził się pobiec w zamian za solenną obietnicę, że jak je przyniesie, to się wykąpiemy tak, jak nas Matka Natura stworzyła. Zagrzebał z radości kopytkiem w piasku i poleciał, aż się kurzyło. A my w tym czasie pobiegłyśmy do morza. Cudowne uczucie – woda niosła, było kompletnie ciemno, słychać było tylko nasz śmiech i szum wody. Zorientowałam się, że jestem kompletnie pijana, kiedy nakryła mnie fala – jedna, dwie, góra cy... A nakryła razem z głową i wtedy ze zdziwieniem odkryłam, że weszłam do wody w okularach i właśnie w nich nurkuję...
Na drugi dzień mieliśmy bladym świtem jechać na wycieczkę do Barcelony... Zamawiało się na takie eskapady obiad na wynos...  około dwunastej w południe obsługa hotelowa jeszcze nas szukała, bo nie odebraliśmy swojego „pikniku”. Jakoś jednak udało nam się zwlec swoje zwłoki i dojechać do tego pięknego miasta. Kolejka podmiejską, która wije sięj ak pijana żmija tuż nad samym morzem, w której, ku naszemu niebotycznemu zdziwieniu usłyszeliśmy muzykę... Chopina. Jedną melodię, dwie, góra cy...
I znów to samo - z tego wypadu zostały mi tylko migawki wspomnień: domyp rojektu Gaudiego, jego park ze słynną ławeczka i jaszczurem, gdzie zastanawialiśmy się, jak zrobić atrakcyjne zdjęcie Kłapouchemu. Po namyśle doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie, jak wyskoczy przez murek, uśmiechnie się w locie i pomacha do nas ręką. A jak fotka nie wyjdzie to się powtórzy :-)
Pamiętam kościół z gęsiami i olśniewającą La Sagrada Familia, pod którą wręczyliśmy avionetkowy aparat jakiemuś turyście, żeby nam zrobił zdjęcie. Staliśmy w trójkę na murku, objęci, uśmiechaliśmy się i przez wyszczerzone zęby dywagowaliśmy sobie – Ucieknie czy nie ucieknie z aparatem? Odsunął się o kolejne dwa kroki – ucieknie – eee, stary jest, dogonimy... Nie uciekł. Zdjęcie wyszło, nie tylko to jedno. Przeglądam je czasem i wspomnienia wracają: siatkówki plażowej, w którą graliśmy cały dzień, hotelowej dyskoteki, której motywem przewodnim była piosenka pod bardzo frapującym tytułem: „Bania u Cygana”. It ych rozmów, rozmów po świt i o jedną godzinę dłużej, o dwie, góra cy...  Tego magicznego porozumienia, tego pokrewieństwa dusz, tej cudownej więzi, którą się nazywa przyjaźnią, a która narodziła się właśnie wtedy i tam – na Costa Brava, w miasteczku Canet de Mare.

I trwa do dziś, chociaż nie miała prawa przetrwać. Takie znajomościkończą się zaraz po wyjeździe. Zostaje po nich pamięć wspólnie spędzonych dni i nic więcej, kontakt zwykle się urywa bardzo szybko. Zwłaszcza, kiedy ludzi dzieli odległość, tak jak nas. Mieszkamy w innych miastach, widujemy się rzadko, raz, dwa, góra cy razy na rok.
Ale przetrwała: łącza nas kartki, listy, maile, smsy, telefony, wspólne wyjazdy, odwiedziny, od niedawna blogi – najpierw był jeden, potem dwa, może będą góra cy?
Tyle się zmieniło przez te pięć lat, Avionetka wyszła za mąż, ja też, Osiołjuż za dwa tygodnie będzie przyrzekał miłość i wierność swojej wybrance. Właśnie w związku z zaproszeniem na tę uroczystość udało nam się znowu zobaczyć. Dwa tygodnie temu, po blisko roku od naszego ostatniego spotkania. Znów lało się wino, jedna butelka, dwie, góra cy, no dobra, w sumie to pięć, były rozmowy po świt o rzeczach ważnych i nieważnych, były łzy i śmiech. I było to genialne poczucie, które mi – i mam nadzieję, że nie tylko mnie – towarzyszy od pięciu lat. Że mam gdzieś tam cudownych przyjaciół, daleko, a jednak blisko.
Avionetka, Kłapouchy i ja – jeden, dwa, góra cy...
Bo „góra cy”, to nasze hasło – zaklęcie, przywołujące wszystkie wspaniałe wspomnienia związane z tym wyjazdem. Leżeliśmy sobie pewnego dnia na plaży w zatoczce, żarliśmy zielone jabłka i opowiadaliśmy dowcipy. Jeden z nich był o tym, jak to baca podawał turyście recepturę na drink o nazwie „góra cy”
Ano bierecie panocku wielki gorcek i lejecie do niego śpirytusu: jedną śkloneckę, dwie, góra cy... Dolewocie do tego wódecke – jednom śklonecke, dwie, góra cy. Potem bierecie panocku bimberek i wlewocie do gorczka – jedną śkloneckę, dwie, góra cy... Sięgocie po wino i tyż wlewocie do gorczka – jedną śkloneckę, dwie, góra cy. Następnie sięgocie panocku po whisky i lejecie znowu do gorczka: jedną śkloneckę, dwie, góra cy... Jak wlejecie, sięgocie po piwo i znów lejecie – jedną śkloneckę, dwie góra cy... A potem to wszystko mieszocie: jedyn raz ,dwa, góra cy, wstawiacie na ogiń, podgrzewocie – godzinkę, dwie, nogóra cy. I gotowe
I co dalej Baco?
Ano pijecie panocku – jedna skloneckę, dwie, góra cy...
I co dalej Baco?
Potem wstojecie i robicie: jedyn krocek, dwa, góra cy...

poniedziałek, 21 września 2009

ZNOWU NIEDOBRA PANI, NIEDOBRA...

Białas podczas spaceru zahaczył o zbiornik wodny w parku, zgodnie ze swoim starym, labowym zwyczajem. Dziś akurat napatoczyła mu się fontanna, więc do niej wlazł. Takiej okazji, żeby zmoczyć biały tyłek przecież nie można było zmarnować… Popływać się co prawda nie dało,ale pobrodzić można było, panu rzuconą butelkę poprzynosić – o oddawaniu nie było nic mowy, o tym, żeby się na panią nie wytrzepywać także… Ale w domu moje stanowisko zostało określone jasno, dosadnie i głośno:
- NIE WOLNO WCHODZIĆ NA ŁÓŻKO,SŁYSZAŁEŚ?? NIE WOLNO, JESTEŚ MOKRY!!!
Bo psinka już się przymierzała, już trzymała brudne łapsko na łóżku w sypialni. Po mojej kategorycznej komendzie zrezygnowała z wyraźnym smutkiem i rozczarowaniem, ale nadal merdała pytająco ogonem. Nie będę wskazywać palcem sabotażysty, bo dowodów nie mam, ale chyba pojawiło się ciche przyzwolenie na twarzy ślubnego, bo kiedy wróciłam z kuchni z herbatą, psiur już leżał zwinięty w kłębek na kapie. MOKRY psiur. Na MOIM łóżku. Po kolejnej interwencji głosowej, zwiększonej o kilka decybeli, nie czując poparcia ze strony pana, który najwyraźniej nie odważył się go udzielić pupilowi w mojej obecności, Biała Dupa zlazła z obrażoną miną na podłogę. Stała i patrzyła na mnie z wyrzutem, bezgłośnie protestując przeciwko tak jawnej niesprawiedliwości, a mężyk głaskał go po łbie i pocieszał:
Tak piesku, biedny jesteś, biedny, taki mokry, chciałeś sobie pospać, a Pani nied ała. Piesek się specjalnie dla Pani wypluskał, bo chciał być czyściutki. Niedobra Pani, niedobra… Nie pozwoliła piesusiowi wejść na łóżeczko, a sama jak się wykapie, to się na nim kładzie…
I znowu robiło mi się głupio... (?)

sobota, 19 września 2009

GARNIAK

Jutro szał ciał i uprzęży, czyli weselisko. W związku z powyższym trzeba w coś grzbiet przyodziać, zwłaszcza mężowski. Stary garnitur ślubnego stał się już niestety zbyt groźny dla otoczenia. Musieliśmy nabyć nowy, gdyż stopień naprężenia guzików w poprzednim groził potencjalnym, niekontrolowanym wystrzałem…Obleźliśmy kilka sklepów i okazało się, że to wcale nie jest takie proste, kiedy kolejna z rzędu sprzedawczyni bezradnie rozłożyła ręce, mówiąc: nie ma takiego rozmiaru. A jeśli już nawet był, to z kolei wybór kolorów i modeli mizerny. Już mieliśmy się poddać, w sumie jak rybie rower, tak ślubnemu garniak potrzebny, idealny byłby dla niego taki jednoczęściowy, składający się ze spodni, najlepiej krótkich. Koszula już niekoniecznie, no chyba, że mus nie rada, niech zostanie.
Mój mężyk co prawda nigdy nie rozbiera się do rosołu, ale po jego zjedzeniu – a i owszem, najpierw z grzbietu zsuwa mu się niepostrzeżenie marynarka, wszystko przez te śliskie podszewki, potem krawat niczym żmija spełza z jego szyi i chowa się gdzieś w czeluściach mojej torebki. Kamizelka, wbrew stereotypom literackim, wyhodowanym przez Bolesława Prusa, robi się coraz ciaśniejsza, ciaśniejsza i ciaśniejsza… Zanim puszczą szwy, mężykowi puszczają nerwy i następna część garniaka ląduje na krześle.
Dziś kolejne trafiały z powrotem na wieszak, a my odkryliśmy, że w branży tekstylnej obowiązuje bezustannie sezon na leszcza. Taka, no może nie gruba, ale …duża, solidna ryba jak mój mąż, ma spore problemy z kupnem przyzwoitego łacha w odpowiednim rozmiarze. Ryba znacznie większa niż kiedyś, co bezlitośnie wypunktowałam, zaraz po pierwszej przymiarce oświadczając:
 Utyłeś!!
 Nieprawda
– Prawda
 Nieutyłem.
 Utyłeś.
 Nie utyłem... Ja urosłem :-)
Definicja ma czasem zasadnicze znacznie, jak widać na załączonym przykładzie. By ustalić stan faktyczny, warto czasem jednak sięgnąć do źródeł i przyczyn, które dziś kształtowały się następująco: po godzinnym łażeniu mój mąż oświadczył, że jest głodny i musi natychmiast cokolwiek zjeść. Wykorzystując chwilę nieuwagi, podprowadził mi portfel z torby i nieświadomą jego braku, wysłał jeszcze po krawat. Przelazłam pół miasta, wybrałam i … poświeciłam przed panią oczami, kiedy okazało się, że nie mam czym zapłacić. Diabli, którzy mnie ponieśli do tego sklepu, przynieśli mnie z powrotem trzy razy szybciej, byłam wściekła i zziajana jak pies. A mój luby siedzi sobie na skwerku, żre kebaba – giganta  i oblizuje mordę z sosu czosnkowego.  No trzymajcie mnie, albo aplikujcie bez pytania surowicę… Wyprułam paszczę na kradzieja – pasibrzucha:
- Wysłałaś mnie bez pieniędzy, bo musiałeś zeżreć kebaba? Czym ty myślisz? Żołądkiem?
- No. I dlatego mnie nigdy głowa nie boli.
Ja go kiedyś zatłukę. Miałam nieodpartą ochotę zrobić to dziś wieczorem. Naszykowałam draniowi knedelki ze śliwkami, słodka śmietana już się chłodziła w lodówce, a smakowite, miękkie kule, skwierczały obiecująco na patelni. Właśnie przekręciłam je na drugą stronę, kiedy gadzina wróciła z pracy, podeszła po kuchenki, zajrzała mi przez ramie i zapytała:
- Kochanie, a co to za asfalty???
Nie ugotuję mu nic więcej!!! Bo nie!!!

środa, 16 września 2009

ZEMSTA BIAŁEJ DUPY



Biała Dupka urosła. Ma już ponad dwa i pół roku. Przez ten czas stała się wielką, ważącą ponad czterdzieści pięć kilogramów, potężną, Białą Dupą, coraz bardziej świadomą swojej masy i siły. Skutkuje to ostatnio ciągłymi awanturami, które kundel wszczyna na trawniku pod domem niemal na każdym spacerze.
Z nazwy„Biała Dupa” aktualny jest obecnie tylko kolor...
Bo skończyły się czasy, kiedy bezkarnie obszczekiwały go wszystkie okoliczne psy, a on tylko im merdał przyjacielsko ogonem w odpowiedzi, jak na ostatnią pierdolę przystało.Od kilku dobrych tygodni wygląda to zupełnie inaczej – Travis oczywiście nadal zasuwa pędem do każdego namierzonego sierściucha, potem go sobie niby pokojowo i niby absolutnie bezinteresownie obwąchuje, ale zamiast zaprosić kumpla do zabawy jak kiedyś – zaczyna... awanturę. Łapy mu sztywnieją, stawia irokeza na grzbiecie, warczy... i pyskówka gotowa.
Lecz w stosunku do ludzi nadal jest łagodny jak baranek. Więc kiedy mój mężyk zadzwonił dziś po południu i powiedział mi, że nasz pies pogryzł trzech panów – zdrętwiałam. I dopytuję się przerażona o szczegóły:
- Ale jak to, przecież on jest taki łagodny, co się stało, dlaczego ich pogryzł?
- Wkurzył się
- Ale dlaczego???
- No bo go nie policzyli
- Ale jak to????? ... nic nie rozumiałam przez moment.

A potem przypomniałam sobie, jaką książkę zostawiłam na nocnym stoliku:
 Jerome K. Jerome:
„Trzech panów w łódce (nie licząc psa)”

wtorek, 15 września 2009

CO I DLA KOGO?

 Czasem zatrzymuję się na moment i zaczynam się poważnie zastanawiać, jaki jest dzień tygodnia? Poniedziałek, czy wtorek? Patrzę w kalendarz – czwartek... Jak to, jakim prawem? Kiedy on przyszedł, przecież dopiero była niedziela!!! Wrzesień? Dlaczego już jest wrzesień? I to piętnasty, połowa miesiąca, zaraz będzie październik... Gdzie, kiedy? Ja protestuję...

 Dni wolne od pracy zlewają mi się z dniami pracującymi, każdy rozpoczynam od sprawdzenia na telefonie ilości nieodebranych połączeń... Wszystko ostatnio robię w biegu, przychodzę do firmy rano z frustrującym poczuciem, że i tak nie zdążę pozałatwiać wszystkich spraw, które czekają na załatwienie; gorzej - wiem, że w ciągu tych kilku godzin cudownie narodzą się kolejne, a te obecne rozrosną się i rozmnożą przez pączkowanie. Dobija mnie to już na starcie, czuję się jak Syzyf, który wie doskonale, że nigdy nie wtoczy swojego kamienia na górę. Niezależnie od tego, jak bardzo się staram, zawsze zostaje mi coś do zrobienia... Potwornie mnie to demotywuje. Do tego dochodzi stres związany z faktem, że większość rzeczy mam załatwić na wczoraj, a najlepiej - na przedwczoraj... I tak ganiam ostatnio w poszukiwaniu minionego dnia, tygodnia, miesiąca i nosem się podpieram. Latam jak kot z pęcherzem, ze spotkania na spotkanie, a w związku z tym, że nie opanowałam jeszcze sztuki teleportacji, na każde się spóźniam. Nie pamiętam, kiedy ugotowałam coś w domu, karmię moich chłopów półproduktami, chińskim żarciem i pizzą. Smutną i jednocześnie śmieszną stroną tej całej sytuacji jest fakt, że mój mąż zaczął sam sobie z głodu... gotować.

W niedzielę wstałam, a na stole już czekał karczek pieczony z sosem musztardowym, z talarkami ziemniaków, z koperkiem - pyszności, palce lizać, aż pachniało w całym domu. Dumna z niego jestem. Zjedliśmy szybko i pojechaliśmy do Brochowa, na rekonstrukcję bitwy nad Bzurą. Nie padało tylko dlatego, że przed wyjazdem poszłam po rozum do głowy i ściągnęłam z tyłka cholerne „zaklinacze deszczu” - jak zawsze skuteczne, już zaczynało kropić. Ale kiedy schowałam je do szafy – przestało, bliższy kontakt z wodą zaliczył jedynie pies, który na miejscu, natychmiast po spuszczeniu ze smyczy, zapewnił go sobie we własnym zakresie, jak na kundla spuszczonego z łańcucha (czy tam smyczy) przystało. Kiedy tylko zorientował się, że nic go za kark nie trzyma, obrał jedyny słuszny kierunek i ruszył pędem do rzeki, do starego, nieczynnego już koryta Bzury, żeby się wykąpać. Kiedy wylazł, wyglądał jak auto solidnego kierowcy przed zimą – podwozie miał bardzo dokładnie zaimpregnowane... błotem i mułem, tak mniej więcej do połowy brzucha był czarny jak smoła. Barwy maskujące nic mu nie pomogły, został namierzony i pojmany w niewolę. Trochę się nie podobały naszemu „jeńcowi” wybuchy i odgłosy strzałów dochodzące z „pola bitwy”, nie dziwię się, dość realistycznie to wszystko wyglądało, motocykle, czołgi, płonące domy, eksplozje, serie z karabinu maszynowego - stwierdziliśmy z mężykiem, że wycofamy się na z góry upatrzone pozycje, jeśli ludzie w pierwszych rzędach zaczną padać...

Na szczęście ta bitwa obyła się bez ofiar, choć kolejna, że tak powiem „lokalna” już nie. Znajomi, których spotkaliśmy w Brochowie, zaprosili nas do siebie na ciastko i kawę. Ta, jak się okazało na miejscu, cudownie się przemieniła w wyśmienitą śliwówką własnej roboty, a ciacho – w pachnącą kiełbasą z grilla. Mężyk na ten widok przybrał postawę łasząco – żebrzącą i pełnym nadziei głosem zapytał „Pokierujesz?”... No trafiło mu się jak ślepej kurze ziarno...

 Siedzieliśmy w altanie, panowie popijali (jeden poległ), rozmawialiśmy, było spokojnie i miło, choć ciągnęło już jesiennym chłodem. A ja patrzyłam na Mirka i jego żonę i myślałam: taka sympatyczna para, fantastyczni ludzie, starsi od nas, osiem lat po ślubie, a piękny, duży dom wciąż czeka na małego lokatora. Oni już chyba nie czekają, nie wiem, nie znamy się aż tak dobrze, żeby poruszyć tą kwestię. Zresztą – na takie tematy się nie rozmawia. Przez pierwsze dwa, trzy lata po ślubie wszyscy: rodzina, przyjaciele i znajomi w kółko zadają to samo pytanie: „A wy kiedy?” Im więcej lat mija od wesela, tym rzadziej się je słyszy. Ludzie domyślają się i zaczynają omijać temat dziecka jak psią kupę na trawniku.

Ja też powoli zaczynam. Jednocześnie przestaję czekać. Wykonuję kolejne badania bez większej wiary, że to coś zmieni. Może to taka reakcja obronna organizmu, żeby się nie rozczarować, żeby oczy mi się nie robiły mokre na widok każdego niemowlaka. Coraz częściej mam wrażanie, że cały świat się ewoluuje, wszystko idzie do przodu, zmienia się, rosną dzieci znajomych, pojawiają się nowe, a tylko ja stoję w miejscu i ani drgnę. Coraz częściej staram się odpychać od siebie marzenie o dziecku, którego nie ma i być może nigdy nie będzie, ale kiepsko mi idzie.

 Dotarło to do mnie ostatnio, kiedy przed pracą pojechałam do kliniki, czekałam przed zabiegowym na pobranie krwi i nagle usłyszałam płacz malucha zza drzwi gabinetu. Pomyślałam, że to taki piękny dźwięk... Głupie. Wiem. Pragnienie posiadania małego, prywatnego wrzaskuna zaczyna odbierać mi rozum... Bo kto normalny by tak zareagował na dźwięk, który wierci dziurę w czaszce?
Wróciłam do pracy, rzuciłam się wir obowiązków. To pozwala nie myśleć, nie czuć, nie zastanawiać się. Wtedy brak mniej boli. Dlatego pracuję coraz więcej, żyję coraz szybciej. Przeraża mnie tylko jedno: chwilami zapominam, co jest naprawdę ważne. I dla kogo.

sobota, 12 września 2009

KILLER TO JA

Niezmierzonym sentymentem darzę wszystkie zwierzaki, no może poza robalami biegającymi, ale nawet dla nich jestem władcą litościwym: nie rozgniatam ich na miazgę... Nie, nie mam aż tak dobrego serca, robię tak głównie dlatego, żeby ich wnętrzności nie rozmazywać na ścianie...  Delikwenta, który próbuje bezprawnie zasiedlić moje królestwo, łapię w szklankę i teleportuję przez balkon. Nie wiem, jak pająki, szczypawki i inne gadziny znoszą lot z drugiego piętra, zakończony lądowaniem na chodniku i szczerze mówiąc mnie to nie interere... Satysfakcjonuje mnie sam fakt, że zniknęły z mojego pola widzenia, być może jestem robalowym zabójcą, trudno. Mogły nie przekraczać granic hacjendy, bo to jest równoznaczne z przekroczeniem granic mojej wytrzymałości psychicznej. No drażni mnie, jak mi cóś takiego łazi po domu i kiwa czułkami. Mam wrażenie, że zaraz zacznie łazić po mnie. I zwykle tak bywa.
W świetle tego co napisałam, zabrzmi to dziwnie, ale gdyby istniał ustawowy zakaz kontaktu z wybranymi gatunkami zwierząt, to w moim przypadku obejmowałby przede wszystkim – nie, wcale nie wspomniane wyżej owady biegające
Miałabym zakaz zbliżania się do rybek.
Moje doświadczenia akwarystyczne to pasmo wstydliwych porażek. Pierwszą poniosłam ładnych kilka lat temu, kiedy postanowiłam mojemu jeszcze nie – mężowi kupić w prezencie gwiazdkowym złotą welonkę. Taką od spełniania życzeń, w kryształowej kuli. Wydawało mi się to bardzo oryginalnym i romantycznym pomysłem, więc niewiele myśląc, zamiar zrealizowałam. Specjalnie dopiero na dzień przed wigilią, żeby przypadkiem nie było lipy hodowlanej, chyba wyczuwałam pismo nosem.... Dlatego co i rusz nerwowo zerkałam w kulę, przeczuwając przyszłość... Wiadomo, jak to wiedźma... Wszystko było pięknie fajnie, prezencik pływał sobie cały wieczór, wachlował płetwami, cieszył oko złotym kolorem. Ale ranek przyniósł nagły i nieuzasadniony niczym zwrot akcji – rybka zaczęła się ... pokładać na boku. Mizerne miałam doświadczenie w hodowli welonek, przez moment pomyślałam nawet, że może jest zmęczona i chce odpocząć, ale niepokój, czy prezent dotrwa do momentu wręczenia, był silniejszy niż naiwna wiara, że rybol przysypia. Zadzwoniłam do kuzynki, która akwarium miała od ładnych kilku lat i pytam:
Ej, jak karasiowaty pływa na boku, to mu się nie ma na życie, czy po prostu odpoczywa?”
Odpowiedź niestety potwierdziła moje najgorsze przeczucia, które wkrótce stały się tragiczną rzeczywistością: tragiczną dla rybki i dla mnie. Ta pierwsza opuściła ziemski padół, przyjmując ostatecznie i nieodwołanie pozycję kółkami do góry. Ta druga, czyli ja, została o godzinie 13.00 w Wigilię bez prezentu dla ukochanego. Poruszyłam niebo i ziemię, wszystkie kontakty, a głównie sumienie mojego brata, dzwoniąc do niego z rykiem, że awaria się stała, bo prezent koła wyłożył. Braciak stanął na wysokości zadania, pognał galopem do sklepu zoologicznego i kupił rybkę numer dwa. Ślady zbrodni zostały dokładnie zatarte, zwłoki wrzucone do sedesu i docelowo ukryte na dnie szamba, a ja nie zamierzałam się przyznawać do hodowlanej kompromitacji. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie język mojej mamy... Za długi język. Prezent został wręczony, pływał sobie spokojnie, budząc lekką konsternację lubego, mocno zdziwionego podarunkiem, kiedy moja rodzicielka weszła do pokoju, popatrzyła na płetfala i ni stąd, ni zowąd oznajmiła:
Ta pierwsza była ładniejsza...
A pode mną rozstąpiła się zamarznięta, grudniowa ziemia... gdybym miała w ręku miotacz ognia, to ze zdrajczyni zostałby kupka popiołu. Bo oczywiście obdarowany wykazał się natychmiast zastraszająca i niepowstrzymaną dociekliwością, zostałam postawiona pod ścianą i wzięta w krzyżowy ogień pytań:
Jaka pierwsza???? To ta jest druga? Była jakaś inna? Kiedy??? Zajeździłaś rybkę w jeden dzień??? To ile ty chciałaś, żeby Ci życzeń spełniła???
Sprawa się wydała, ja jako jednodniowy akwarysta skompromitowałam się zupełnie, zostałam obśmiana i wykpiona, a dusza biednej rybki po dziś dzień ciąży mi na sumieniu. Żeby tylko ona jedna, to nie byłoby jeszcze tak źle...
Kiedy przeprowadziłam się do dużego miasta, rozpaczliwie brakowało mi zwierząt. Psa mieć nie mogłam ze względu na tryb pracy, musiałby sam spędzać kilkanaście godzin w domu. Znowu więc padło na płetwiaki. Co prawda nie da się ich pogłaskać, ale przecież zawsze można postukać w szybkę. Pojawiło się więc po raz kolejny akwarium, a w nim Klaudiusz, gruby, spasiony welonek. Taki smutno łypał wyłupiastym ślepiem, tak smętnie pływał z kąta w kąt, że postanowiłam mu życie urozmaicić. Kupiłam mu rybią żonę – Messalinę.
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia... W akcie zemsty za bezprawny podnajem lokalu Klaudiusz poobgryzał jej płetwy... Rybka zmieniła umaszczenie, dostała brązowych plam i po kilku dniach wyłowiłam ją z wody przy użyciu łyżki do zupy. Ale nie poddałam się, kupiłam Klaudiuszowi żonę numer dwa, w biało - złote łatki. Mój wtedy jeszcze nie - mężyk podsumował wybór krótko: O, tą od razu kupiłaś w ciapki?
Messalina numer dwa okazała się globtroterką – samobójczynią: po tygodniu wyskoczyła z akwarium i zakończyła żywot na parkiecie. Poddałam się się i oddałam – nie, nie w ręce władz, jak należałoby zrobić, będąc potrójnym, rybim mordercą. Klaudiusza i akwarium w dobre ręce.
Albowiem uznałam, że moje łapki z rybami nie powinny więcej mieć nic wspólnego.
No chyba, że chodzi o wyjątkowo delikatne obtoczenie ich w mące i ułożenie na patelni. Ale to naprawdę jedyna dopuszczalna, w moim przypadku, forma kontaktu z tym gatunkiem. Na tym etapie rybiej egzystencji, nie jestem w stanie im już bardziej zaszkodzić.
Chociaż... kto wie?

piątek, 11 września 2009

ZDOLA BESTIA

Prawdą już objawioną jest fakt, że mój - nie mój pies do stworzeń entelygentnych należy. Co też ostatnio potwierdził, radząc sobie koncertowo z orzeszkiem ziemnym .Ten ostatni upadł mi na podłogę w kuchni i zanim zdążyłam wykazać się refleksem, wykazał się nim pies. Porwał smakołyk do paszczy i nie chciał wypluć, niesłusznie podejrzewając, że już go nie odzyska. Chciałam mu go zabrać tylko po to, żeby obrać z łupiny, bo bałam się, że zeżre go w całości. Widząc jednak twardo zaciśniętą mordę i determinację w brązowych ślepiach, które mówiły: "Nie oddam!!", zrezygnowałam, zastanawiając się jednocześnie, jak sierściach rozegra tą sytuację.  Niesłusznie jednak wątpiłam w poziom intelektualny kundella - po kilkunastu sekundach orzeszek został elegancko rozgryziony, smakowita zawartość skonsumowana, a łuskwiny wylądowały na panelach... No właśnie, byłoby idealnie, gdyby nie to.  Żeby tak jeszcze je posprzątał po sobie.... Chociaż,  tak z drugiej strony - nie wymagajmy za dużo, w końcu to facet. Psi, ale facet :-)

czwartek, 10 września 2009

...

Uwaga, strzykam jadem. Nie podchodzić za blisko, bo jak trafię, to oko wypalę. Warczę, szczekam i gryzę, także rękę, która karmi, a konkretnie jej przedłużenie, w postaci Felka Gnidy, który przybył szkolić tępaków, pozbawionych wiedzy i doświadczenia (czyli nas, kierownictwo).
Zgrzytnęło już przy pierwszym telefonie od niego – numer nieznany, odbieram, witam się,  grzecznie przedstawiam, informując dzwoniącego, z kim rozmawia i do jakiej firmy się dodzwonił… I co słyszę?… Ani be, ani me, ani pocałuj mnie w cztery litery, nie to, żebym miała ochotę na pieszczoty w pracy od rana, w końcu to miejsce publiczne, ale  „Dzień dobry”  fajnie byłoby od rozmówcy usłyszeć… Zamiast tego pada ni z gruchy, niż pietruchy pytanie „Skąd macie szkło?”. Jedyną słuszną odpowiedź, która powinna brzmieć „ Z dupy”, podsunęła mi dziś moja współpracowniczka, sugerując, że dobrze byłoby się także rozłączyć zaraz po jej udzieleniu. Ale ja człek dociekliwy, kurturarny (podobno), więc uprzejmie drążę temat: „Przepraszam Pana bardzo, z kim mam przyjemność rozmawiać ?” - wątpliwą zresztą, ale nie czepiajmy się szczegółów. Gnida. Felek Gnida  – no normalne iluminacji dostałam, już wiem wszystko, tyle mi to mówi, co Nowak Nowakowski. Więc wracamy do meritum – czy ja raczę udzielić Panu żądanej informacji? Ależ oczywiście!!!  - ...że nie, bo nadal nie wiem,
z kim mam do czynienia. Przedstawienie się, poinformowanie rozmówcy, z jakiej firmy się dzwoni, z czyjego polecenia, oraz w jakim celu próbuje się uzyskać dane firmy ogólnie uznawane za poufne, to przecież taki brzydki, wstydliwy nawyk, prawie jak drapanie po jajkach…
A tydzień później ten sam koleś tłumaczy mi, jak istotna dla prawidłowej komunikacji między sprzedawcą a klientem jest standardowa formuła powitalna… Może gdyby sam sobie nie zaprzeczał w co drugim zdaniu, jakoś bym się ogarnęła i postawiła do pionu. Pomilczała, potraktowała Felka jako dobro niekonieczne, ale posłuchała. Może bym się uśmiechnęła, ale
i tak by nie było widać, bo po tej akcji z telefonem najpierw musiałabym mordę w kubeł schować, żeby nie kłapać paszczą.
Dobry pomysł. Idę jutro na szkolenie z wiadrem na łbie, nie będzie przynajmniej widać, co
o prowadzącym myślę. Bo mam na czole wypisane wołami, gorzej, ja mam na czole zainstalowany mentalny neon z krótką, przesyconą  wulgaryzmami opinią na jego temat.
I tego, co mówi. Migający na czerwono neon z zestawem głośnomówiącym…
Przepraszam, ale kiedy słyszę mądrości typu: satysfakcjonująca, dobrze wykonywana praca jest jak stosunek zakończony orgazmem, to zaczynam zastanawiać się nad kompetencjami
i orientacją prowadzącego. Bo nie wiem, z kim on sypia, żeby tak twierdzić…
Tak szczerze??? Gdybym potrzebowała pieprze…nia, to wolałabym je w innej wersji.

środa, 9 września 2009

NIEDOBRA, PANI, NIEDOBRA...

W drodze do Mirowa o mało nie wylądowaliśmy w rowie. Dwa razy, żeby było śmieszniej. Kiedy jechaliśmy w tamtą stronę, mężyk przegapił zjazd, próbował skręcić, ale było za późno, więc żeby uniknąć bliskiego kontaktu trzeciego stopnia z drogowskazem, wcisnął hamulec i… wylądowaliśmy na przeciwległym pasie ruchu. Na szczęście nic nie jechało.  Mało zawału nie dostałam, a mój mąż swój wyczyn podsumował krótko:
 „No to już wiemy, że jest ślisko”...
 i zaprezentował mi całe swoje uzębienie w radosnym uśmiechu. Z kolei w drodze powrotnej mało nie dostał zawału on – przeze mnie. Jechaliśmy sobie spokojnie, kiedy śpiący spokojnie na tylnym siedzeniu pies obudził się i postanowił wetknąć łeb pomiędzy nas. Chciałam go pogłaskać, spojrzałam na niego, zobaczyłam mały, czarny punkcik przymierzający się do "tankowania" na mordzie Białej Dupy i wrzasnęłam znienacka na cały głos:
 „Aaaaaaa!!!!!, zatrzymaj się, ona ma kleszcza na głowie, złap go, proszę Cię, szybko, wyrzuć go natychmiast, aaaa!!!”
  I tą metodą znów wylądowaliśmy na przeciwległym pasie ruchu. Na szczęście nic nie jechało... Ślubny się nieco zasapał ze zdenerwowania, ale złowił bohatersko obrzydliwego pajęczaka gołą ręką i wyrzucił przez okno bez słowa komentarza. I dobrze, bo kiedyś w analogicznej sytuacji , kiedy to zażądałam usunięcia w trybie natychmiastowym kleszcza, który przerobił nos naszego psa na spacerniak, usłyszałam:
„Tak piesku, biedny jesteś, tak, a Pani jest niedobra, ona ma swoje zwierzątko, swojego sierściuszka, a Tobie nie pozwala, Travisek też chciał mieć swoje zwierzątko, tak je hodować, karmić, kochać, tulić, pieścić i całować… a Pani kazała je złapać i wyrzucić. Piesek jest smutny z tego powodu. Niedobra Pani, niedobra… 
Nie wiedzieć czemu, ale zrobiło mi się głupio…(?)

niedziela, 6 września 2009

NIE LUBIĘ JESIENI

Mam dzisiaj dzień lenia. Wegetuję od rana w domu, nie wykazując żadnych oznak życia, owinięta w koc jak w kokon. Czasem tylko odnóże wsuwam, żeby z kubka gorącej herbaty siorbnąć i stronę w książce przewrócić. Nurzyzna, brak akcji i postępujące otępienie. Chyba zaczynam zapadać w sen zimowy. Progresywna hibernacja w wyniku nagłego spadku temperatury. Dziesięć stopni? Słucham??? To chyba jakiś żart??? Klasy B, jak film, w którym bohaterka rzuca się ukochanemu na szyję, błagając "Proszę Cię, nie odchodź..." Mam ochotę to samo zrobić mijającej właśnie porze roku, po głowie chodzi mi piosenka "Żegnaj lato na rok"... Nie wiem, jak ja przeżyję tę jesień i to, co po niej, już mi tak zimno, że najchętniej założyłabym majtki z golfem. Ta pogoda za oknem to jakiś kiepski dowcip, wcale mnie nie śmieszy. Zaprotestowałabym, ale mi się nie chce.
Tydzień temu też padało, ale przy pomocy męża udało mi się zatłuc wewnętrznego leniwca, zebraliśmy się do kupy i pojechaliśmy na wycieczkę do Mirowa i Bobolic. Przez całą drogę buroszare niebo wydalało wodę we wszystkich możliwych formach: mżyło, siąpiło, kapało, rosiło, popadywało. Było smętnie i ponuro, więc w ramach terapii antydepresyjnej, podczas tankowania mężyk zlecił mi zakup „czegoś słodkiego”. Wróciłam z olbrzymią paką chipsów paprykowych, ślubny z politowaniem pokiwał głową i powiedział do mnie:
I ty się dziwisz, że pies buty gryzie. Też mu mówisz, że nie wolno… Przecież Ci mówiłem, kup coś słodkiego !!!”
Chmury nad naszym związkiem rozwiała paczka delicji, którą sprytnie ukryłam w torbie. Nad ruinami zamku jeszcze wisiały, tworząc atmosferę rodem z powieści gotyckiej, brakowało tylko brzęku kajdan i zawodzenia Białej Damy. Tylko pies jakoś nie wczuł się w klimat, znudzony podróżą wystrzelił z auta jak z procy. Odbiło mu totalnie, jak nakręcona zabawka, radośnie poszczekując, zataczał kółko za kółkiem na łące pod zamkiem, żeby w drodze do Bobolic przeistoczyć się w psa – przewodnika. Wybiegał naprzód, wyprzedzając nas o dobrych kilkadziesiąt metrów, po czym po chwili wracał, jakby sprawdzał, czy na pewno za nim idziemy. Albo zatrzymywał się na ścieżce i czekał, aż znów znajdziemy się w zasięgu jego wzroku, upewniał się, że jesteśmy i biegł dalej. Zrobił tak dobrych kilkanaście kilometrów, w przeciwieństwie do nas. Ale my poruszaliśmy się po linii prostej, pies zaś zdecydowanie wolał linię krzywą, a dokładnie – zygzakowatą. Każdy krzaczek, polanka, boczna ścieżka, wystająca skałka, placyk – wszystko było warte zboczenia, obwąchania i …obsikania. Musieliśmy tylko powstrzymywać jego zapędy alpinistyczne, bo kilka razy próbował sobie skrócić trasę wybierając szlaki o średnim kącie nachylenia osiemdziesiąt stopni... I nawet fakt, że ma własną dupę dużo zdecydowanie powyżej łba, wcale go nie zrażał. Latał, jakby szukał wczorajszego dnia i ział, choć było chłodno. Po krótkim spacerze klapnęliśmy sobie na ławce, patrząc jak odbudowuje się zamek w Bobolicach, ciszę przerywało tylko stukanie młotków, akurat kładli dach. Lekko mżyło i pachniało lasem, deszczem i nadchodzącą jesienią. Siedziałam rozanielona, a mężyk zębolował się z mojego zachwytu, twierdząc, że zmieszczuszyłam się na amen, skoro mi las pachnie. Ten już delikatnie pożółkł, jak kartki starych książek, dyskretnie dając do zrozumienia, że lato właśnie się kończy i nadchodzi jesień.
Nie lubię tej pory roku, to dla mnie czas odchodzenia. Słońca, ciepła, zieleni i bliskich ludzi. W drodze powrotnej skręciliśmy na grób kolegi, zginął rok temu wypadku motocyklowym, zapaliliśmy lampkę, postaliśmy chwilę, pomilczeliśmy w ciszy… przerywanej gromkim ujadaniem naszego psa, który postanowił oprotestować fakt zamknięcia i porzucenia go na pięć minut w pustym aucie.
Nawet sierściuch rozumie, czym jest strata i rozpacza, kiedy zostawia go ktoś bliski. Buntuje się, skomli i zawodzi. Tak jak człowiek, kiedy mu odejdzie ktoś bliski.
Nie lubię jesieni. To dla mnie czas pożegnań.

piątek, 4 września 2009

PROFANACJA

Uwielbiam dobre, czerwone, wytrawne wino. Szczególnym sentymentem darzę trunki pochodzące z Hiszpanii. Kocham ten rubinowy kolor, cierpki smak i zapach, przywołujący piękne wspomnienia. Mężyk z kolei preferuje napoje złociste i z pianką, za którymi ja specjalnie nie przepadam. Ani to smaczne, ani komfortowe w spożywaniu, chyba że człowiek od razu podczas degustacji zasiądzie na sedesie. A jak nie, to biega: pije i sika, pije i sika, pije i sika...
Tak więc, żeby zalkoholizować się razem, przy użyciu tego samego trunku, musieliśmy wypracować kompromis - jak na zgodne małżeńskie stadło przystało.
Pewnego razu, kiedy wypolerowane szkło czekało już na stoliku obok obiecująco pełnej butelki, mężyk postanowił zostawić w spokoju (a dokładnie w lodówce) zwierzę, które wieczorem podchodzi bardziej, choć stawia się czasem. Odważnie złapał za przygotowaną butlę i napełnił dwa kieliszki czerwonym, wytrawnym winem. Byłam pełna podziwu dla jego poświęcenia, bo ślubny z gatunku, któremu słodzić należy bez opamiętania. Misie tak mają, lubią cukier i inne łakocie... Mój jakby o tym zapomniał na moment i dzielnie chwycił za kieliszek dość cierpkiego caberneta. Wypił łyk, skrzywił się niemiłosiernie, wypił drugi, trzeci, skrzywił się jeszcze bardziej, popatrzył, pomyślał chwilę, pokombinował, w końcu wstał i poczłapał do kuchni. Sięgnął do szuflady ze sztućcami, coś z niej wyciągnął, następnie wyjął z szafki cukierniczkę, uśmiechnął się szelmowsko... i wsypał do kieliszka z winem trzy czubate łyżki cukru!!!!
I zamieszał, jakby tego było mało!!!! Spróbował, cmoknął z uznaniem, bardzo zadowolony z własnego pomysłu i powiedział:
„No, teraz to jest dobre!”
Ja obserwowałam całą sytuację ze zgrozą, mowę mi odebrało z oburzenia, nie byłam w stanie wykrztusić z siebie żadnego słowa... Poza jednym:
PROFANACJA!!!!!!!!!!!!!!!!!

środa, 2 września 2009

LUŹNE LEJCE

Nie wyszłabym drugi raz za mąż. Dziwnie to brzmi w ustach szczęśliwej mężatki, którą jestem. I nie zamierzam tego stanu zmieniać. Nikt mnie nie zmuszał do ślubu, wręcz przeciwnie, już jako mała dziewczynka marzyłam o długiej, białej sukni z trenem, kilkumetrowym welonie, bukiecie czerwonych róż i księciu z bajki, któremu drżącym głosem mogłabym przed ołtarzem powiedzieć „tak”, omdlewając ze szczęścia. Ściągałam babci firanki z okna, montowałam prowizoryczne kreacje z prześcieradeł i wyobrażałam sobie, jaki cudowny będzie to dzień. Ja i on, piękni, uśmiechnięci, suknia jak z bajki, słowa przysięgi, kwiaty, rodzina, przyjaciele, znajomi, pierwszy taniec, oczywiście walc, potem przyjęcie i zabawa do białego rana. I tak właśnie było, no prawie tak, a jak powszechnie wiadomo „prawie” robi różnicę. Liczyłam, że ją zobaczę, tę różnicę, między „przed ślubem”, a „po ślubie”.  Jednak wkrótce po zakończeniu całej weselnej zawieruchy, dotarła do mnie brutalna prawda.
 Ślub niczego nie zmienia.
 Poza stanem konta na minus i plus, w zależności oczywiście, do kogo ono należy. Kiedy odjadą ostatni goście, kiedy rodzina na poprawce popraweczki spałaszuje resztki weselnych kotletów, kiedy zwiędną kwiaty upchnięte w wannie, kiedy skończy się miesiąc miodowy w egzotycznym kraju i przeglądanie zdjęć z imprezy, przyjdzie ona. Szara rzeczywistość, pod rękę ze wspomnianą już tutaj brutalną prawdą – że złożenie przysięgi małżeńskiej niczego nie zmienia. Niestety.
Wszystkie zamiecione pod dywan trudne kwestie, zadawnione żale i urazy, wszystkie stare problemy wylezą z powrotem na światło dzienne. A żeby było zabawniej – pojawią się także nowe, często w postaci nabytych wraz z zawarciem aktu małżeństwa dodatkowych członków rodziny – teścia i teściowej. Wszystkie brzydkie kawalerskie nawyki, panieńskie przyzwyczajenia, dotąd skrzętnie ukrywane, ujawnią się w całej swej okazałości. Wraz ze ślubem kończy się narzeczeńska gra, w której każdy trochę oszukuje, a zaczyna normalne życie. Nie da się być z kimś na co dzień i udawać kogoś innego. Małżeństwo to otwarcie na drugą osobę, to twarz bez makijażu, to wielki pokój, który do tej pory miał tylko uchylone drzwi, a teraz stoi otworem. Jego zawartość jest jednak cały czas taka sama.
Jeśli nie masz do kogoś zaufania, to po ślubie nie będzie inaczej, to nie łaska uświęcająca, która spływa na małżonków razem z sakramentem. Jeśli nie masz pewności, to po wypowiedzeniu przysięgi nagle jej w cudowny sposób nie zyskasz. Jeśli się boisz, po ślubie bać się będziesz nadal. Wszystkie obawy i lęki, które nosisz w sobie, będą ci wierne, nie porzucą cię ot tak, po prostu.
Małżeństwo to nie remedium, nie jest żadną gwarancją. Niczego. Przysięga to obietnica, a te ponoć są po to, żeby je łamać... Ślubując komuś miłość, wierność, uczciwość małżeńską oraz że go nie opuścisz, aż do śmierci, nie licz na magiczną funkcję języka. Przysięga to nie zaklęcie, które zmienia szarą rzeczywistość w różowy, bajkowy świat.
 Po ślubie będzie tak, jak było przed nim, jeśli cokolwiek się zmieni, to na gorsze. Jeśli on pije, to będzie pił, nawet więcej, jeśli ona zdradzała, to będzie go zdradzać, jeśli on uderzył ją raz, to będzie ją potem bił – to ekstremalne przypadki, ale miałam niestety okazję je zaobserwować w najbliższym otoczeniu.
Naiwna jest wiara małych dziewczynek, że potem będzie inaczej. Że wszystko się zmieni. Potem, czyli kiedy? A no po ślubie.
Tak naprawdę to tylko data. Jeden dzień, który faktycznie wspominam z sentymentem, ale nic więcej. Żadne przełomy nie nastąpiły, nie zaświeciło jasnym blaskiem słońce w naszym uświęconym już związku, nie zaczęła się sielanka. Wręcz przeciwnie. Dobrze, że nas sąsiedzi nie podali do sądu za znęcanie się nad zwierzętami. Darliśmy z sobą koty, aż miło! Nieludzkie by to było i upiorne, rozszarpywać futrzaki między sobą, dobrze, że to tylko metafora, wystarczająco straszny jest sam proces obdzierania ze złudzeń. Bo nie zawsze potem oni żyją długo i szczęśliwie. Statystyki jakoś tego nie potwierdzają, rozpadające się z hukiem małżeństwa moich przyjaciół i znajomych także nie.
Dlatego nie wyszłabym drugi raz za mąż.
Jeśli kogoś kochasz naprawdę, nie potrzebujesz obietnic, zaklęć i gwarancji. Nie oczekujesz, nie wymagasz, nie żądasz.  Po prostu jesteś – obok, ale na wyciągniecie ręki. Dajesz bliskość, ale i wolność. Ufasz i wierzysz. Rozumiesz i wspierasz. Tolerujesz wady, wybaczasz potknięcia, akceptujesz tę drugą osobę taką, jaką jest. Kochasz i szanujesz. Wierzę, że to wystarczy. Na lata. A nawet na całe życie.
Mój dziadek mawiał, że najmocniej trzymają luźne lejce.