środa, 5 sierpnia 2009

ZDOLNIACHA


Mężyk jest leniwcem. Kiedy nie chce mu się włazić na górę, dzwoni do mnie i żąda dostarczenia potrzebnej mu rzeczy na dół w sposób nieco niekonwencjonalny - to jest - wyrzucenia przez balkon. Sam stoi pod blokiem i łapie: plecak, portfel, smycz, czapkę, bluzę, portfel, telefon, zależy czego tam akurat zapomniał. Dobrze, że nie żąda dostarczenia psa tą metodą...
Dziś zażyczył sobie, żeby mu machnąć wiadomym sposobem kluczyki do auta. Pod blokiem mamy co prawda dość szeroki trawnik, ale graniczący jednak z wąziutkim chodnikiem, więc zostałam dokładnie poinstruowana, jak mam rzucać. Celować w to zielone. Bo ostatnio, jak teleportowałam klucze od mieszkania na beton, to jeden ukruszył się tak skutecznie, że nie dało się go nawet włożyć do zamka. O czym dowiedziałam się nieoczekiwanie w środku nocy, stojąc pod zamkniętymi na cztery spusty drzwiami i próbując dostać się do domu. Musiałabym warować na wycieraczce do rana, gdyby nie mój łaskawy mąż, który jakoś zdołał się obudzić po czterdziestym końskim rżeniu (mamy taki fajny dzwonek, ja co prawda upierałam się przy oślim ryku, ale stanęło na odgłosie paszczą), wstał i wpuścił swojego małego psuja, czyli mnie :-)
Wycelowałam, rzuciłam, i... trafiłam w dziesięciocentymetrowy, betonowy krawężnik. Mężyk tylko pokręcił z niedowierzaniem głową, zabrał narzędzia z auta i wlazł na górę, gdzie popatrzył na mnie badawczo i zapytał:
- Niuniu, nie myślałaś nigdy o tym programie???
- Jakim programie? - pytam, bo nie mam pojęcia, o co mu chodzi
- Mam talent...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz