czwartek, 13 sierpnia 2009

WENY BRAK

Poraz pierwszy od bardzo długiego czasu nie mam ochoty na pisanie. A posiadałam takową zawsze, odkąd tylko pamiętam. Notowałam sobie myśli na czym popadnie, ostatnio była to druga strona faktury, która potem nieopatrznie oddałam do księgowości. Pani Ewa się uśmiała, a mi było łyso, nawet z moją burzą włosów na głowie, bo tekst traktował o tym „Jak szukałam sobie męża”. To było w poniedziałek, zanim odkryłam, że na głównej stronie onetu pojawiła się barwna relacją z podróży po Tunezji, której temat wraca do mnie jak przeklęty bumerang. Bo pod spodem zamieszczono link do mojego tekstu…
 Jessssssu, teraz to już nienawidzę tego kraju z całego serca i w osiem wołów nikt mnie tam nie zaciągnie. Zwłaszcza, że woły nie pływają na takich dystansach. Byliśmy tam kilka lat temu, dawno pogrzebałam niemiłe wrażenia, tylko na potrzeby posta ekshumowałam trochę wspomnień. Ale w najczarniejszych wizjach nie sądziłam, że tak się ta wycieczka na mnie zemści. Normalnie dosięgła mnie zza grobu karząca ręka Tunezji, trzeba się było zastanowić zanim napisałam „Nigdy więcej”, tyle się mówi o sile arabskich wpływów w Europie, trzeba było słuchać Oriany Fallaci. Opiewać uroki, zamiast pisać, że brudno i śmierdzi. Wysmażyć peany pochwalne, zamiast zjadliwej satyry. Nie mam zamiaru po raz kolejny się tłumaczyć z tego tekstu, czemu ma taką, a nie inną formę, czemu powiela stereotypy, czemu jest prześmieszny i ironiczny. Bo tak. I już. Tak mi się chciało go napisać.
 Dzięki temu mogłam odkryć nowe pokłady wiedzy o samej sobie, istnienia których nawet nie podejrzewałam: że jestem głupia, że jestem lalunią, cytryną z psm, snobką, rozkapryszoną blondynką i tak dalej. Że moja inteligencja jest na poziomie psa autorki takowego jednego komentarza. Swoją drogą, mądrą ma bestię w domu, pewnie mądrzejszą od właścicielki. Bo jaki komentarz, taki komentujący. I jeśli ktoś podpisuje się „frajerstwo jak ta lala”, „co za poziom”, czy też mniej opisowo, ale bardziej malowniczo „prusak”, to przykro mi, ale uznaję taki nick za charakterystykę danej osoby. Najbardziej „wypasione” uwagi pokasowałam, z częścią wdałam się w dyskusje, chyba niepotrzebne, bo tylko podniosły mi ciśnienie. Ale z drugiej strony, przy tak niskim jak moje, zdrowsze to niż kolejna kawa...
Remedium w końcu podsunęła mi oona, pisząc, że „Nie hańba to głupiemu wydawać się głupią”, przy okazji trafnie charakteryzując siebie, no bo skoro za głupią uznała mnie… I tego się będę trzymać. Co zalecić innym komentującym, którzy przez pryzmat paru linijek tekstu „zobaczyły”, jaką jestem osobą, nie wiem, może pilną wizytę u okulisty? Polska służba zdrowia działa jak działa, na szybką diagnozę nie ma co liczyć, stąd też pewnie taki wysyp  złośliwych, obraźliwych komentarzy. Najprościej bowiem podleczyć się w necie - swoje frustracje i problemy, wyładować agresję. Ja też tak robię - pisząc ten tekst...
Bo jestem smutna i zniechęcona, moja wena na pisanie wypięła się na mnie i poszła sobie w siną dal. I nie tylko na pisanie. Na uśmiechanie się. Nachodzenie z głową uniesioną do góry. Na wierzenie. Na hurraoptymizm.
 Tak to już bywa, że problemy chodzą parami, a kłopoty biegają stadami…
Na dzień dzisiejszy mam tylko jeden pomysł na to, co się dzieje.
Zostanę pastuchem. Tego stada. Pies mi się przynajmniej przyda do zaganiania
Ps. Zapomniałam dodać - nigdy więcej, przenigdy do Tunezji!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz