piątek, 14 sierpnia 2009

W CZYM MOGĘ POMÓC - AUTENTYCZNE HISTORIE RESTAURACYJNE

Wszyscy nas katują tym pytaniem. Wszędzie, gdzie człowiek nie wejdzie, do banku, do sklepu, do urzędu, już na dzień dobry, a często zamiast, słyszy znienawidzone „W czym mogę Pani pomóc?”. Zawsze wtedy się zastanawiam, czy wyglądam jak osoba, która wymaga udzielenia pilnego wsparcia...
Ale żeby nie odstawać od ogólnie przyjętych standardów, w restauracji naszych gości także dręczymy tym zwrotem... Trudno bowiem znaleźć adekwatny odpowiednik tej bardzo popularnej kalki angielskiego „May I help you?”, o wiele trudniej, niż na to pytanie odpowiedzieć. Zazwyczaj ludzie proszą o wskazanie stolika, o rezerwację, o polecenie czegoś smacznego. Ale czasem goście potrafią zaskoczyć. Kiedyś wchodzi sympatyczny, straszy pan, atakuję go więc z przyzwyczajenia znienawidzonym:
- W czym mogę Panu pomóc? - i słyszę w odpowiedzi: Szukam żony.
Zbaraniałam w pierwszej chwili, zaczęłam gorączkowo myśleć, dlaczego akurat tutaj, no dobra, ładne kelnerki, rozumiem, może mu którąś nieparzystą podesłać, ale za młode dla niego, jakiś amator niedojrzałych jabłek, czy co? Moją rozbuchaną dedukcję powstrzymał po dłuższej chwili tenże pan, który widząc moją strapioną minę, pośpieszył mi z pomocą i wyjaśnieniem:  Swojej żony :-)
Bardzo rzadko nie wiem, co powiedzieć, tak jak wtedy, ale raz mi się zdarzyło zapomnieć zupełnie, że język posiadam. Przechodzę obok stolika, starsi państwo, dobrze po sześćdziesiątce, bardzo mili i sympatyczni – zabieram puste filiżanki po kawie, akurat miałam po drodze. Przy okazji standardowo pytam, czy w czymś im jeszcze mogę pomóc, może coś podać? I co słyszę w odpowiedzi?
Pan.: Ja poproszę milion dolarów w używanych banknotach. A pani: A ja żwawego osiemnastolatka...
Jedyna logiczna odpowiedź, jak mi wtedy przyszła do głowy, to stwierdzenie, że niestety nie mamy tego w naszej ofercie...
Co też po dłuższej chwili powiedziałam, więc goście ze smutkiem poprosili o rachunek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz