wtorek, 25 sierpnia 2009

POPYT I PODAŻ

Nowy zakup mojego męża wzbudził w szczęśliwym nabywcy żar uczuć: wdzięczności, radości i tym podobnych. A ja sobie przy nim planuję upiec swoją własną pieczeń, jak się da, to nawet niejedną… Coś za coś. W końcu pieniądze na zakup nowej zabawki zostały wyasygnowane ze wspólnego konta. Bardzo mądra zasada, a skoro życie podsuwa okazję, to czemu nie skorzystać? Nawet w drobnych sprawach.
Na pierwszy ogień poszła herbata. Taka zwykła, czarna, której zaparzenie wymaga wykonania szeregu skomplikowanych czynności:zwleczenia czterech liter z kanapy, nalania wody do czajnika, zapalenia gazu, zagotowania wody, zalania nią torebki, wyciągnięcia szczura za ogon w odpowiednim momencie i dostarczenia tak przygotowanego naparu osobnikowi, który go zapragnął. A byłam nim ostatnio ja. Wróciliśmy akurat z banku, ja jako konwojent z kasą w torebce, mężyk jako moja ochrona. Skala odpowiedzialności finansowej sprawiła, że dostałam nagłego ataku cienizny, choć równie dobrze przyczyną mogło być nygusosis bumelantos, że tak z łacińska się zdiagnozuję. Więc klapnęłam na fotel i zakomenderowałam ślubnemu:
- Zrób mi herbaty
 - Sama sobie zrób leniwcu - czarna niewdzięczność. Ale ja sobie poradzę...
- Tak? A chcesz siedem tysięcy? –  to mówiąc, pomachałam kopertką mężykowi przed nosem, udaremniając, dzięki wrodzonemu refleksowi, próbę jej przejęcia w locie
-Chcę
- To zrób 
-...a może Ci zrobić dwie? 
Prawo popytu i podaży. Wystarczy je dostrzec, by stać się ekonomistą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz