piątek, 21 sierpnia 2009

O PIOTRUSIACH SŁÓW KILKA



Są takie historie, które opuszczają strony książek i zaczynają żyć własnym życiem, kształtować rzeczywistość. Tak było z bajką J. Barriego, której bohater, Piotruś Pan, przeżywa szalone przygody na Wyspie Nibylandii razem z grupą Zaginionych Chłopców. Dziś niejedna kobieta mogłaby opowiedzieć niejedną historię z życia wziętą, ale o grupie "Zaginionych Mężczyzn". Czasem szuka się takiego ze świecą bardzo długo i nie znajduje. Bo coraz więcej wokół nas takich Piotrusiów, którzy nie chcą dorosnąć. Wolą sobie "polatać' - z kwiatka na kwiatek, z imprezy na imprezę, od jednej do drugiej. Tak łatwiej, wygodniej przyjemniej, to niezły patent na życie - nie dorastać. Co ten Barrie najlepszego narobił, taki model rozpropagować i rozpowszechnić. Wzorzec drugi winny, mógł nie upadać, tyle lat się trzymał dzielnie, żeby teraz zaliczyć przysłowiową glebę i co się porobiło... Skutki upadku patriarchalnego "Wzorca" rodziny nawet ślepy by zauważył, prawdziwi mężczyźni, a co za tym idzie - także ojcowie, to dziś gatunek na wymarciu. Dlatego rosną stada Piotrusiów, wiecznych chłopców - maminsynków, dla których najważniejszym punktem odniesienia jest fartuch rodzicielki. Bardzo trudno ich od niego odczepić, coś wiem na ten temat, nie raz zastałam ślubnego stojącego nad stertą brudnych koszulek ze strapioną miną, która robiła się jeszcze bardziej zafrasowana na hasło "Co, Bozia rączek nie dała?". Brakowało tylko, żeby mi do częstochowskiego rymu odpowiedział: "Bo mamusia to mi prała"... Duma mu nie pozwoliła, ale na czole miał to wypisane wołami. Bo tak to z tymi mamusiami jest: mamusia pogłaszcze po główce syneczka, przytuli, gatki upierze, koszule uprasuje, śniadanko zrobi, obiadek ugotuje, poda, pozmywa. Bo synek taki zmęczony, całą noc balował, niech sobie pośpi do południa, po co ma to wszystko robić, jeszcze się spoci. Znam rodzinę, gdzie matka przez kilkadziesiąt lat gotowała i podawała najpierw mężowi, potem także dwóm dorosłym koniom trzy posiłki dziennie, w tym śniadanie do łóżka. Potem zmywała po całej ferajnie. Kiedy musiała wyjechać w tygodniową delegację, panom zajrzała w oczy kostucha, śmierć głodowa była tuż tuż... Wychudli, ale przetrwali, wyciągając z kredensu wszystkie talerze i szklanki, ostatniego dnia nieobecności matki - karmicielki herbatę robili sobie w kieliszkach do wina. Obecnie żona starszego konia, nota bene Piotr mu na imię, kontynuuje tradycje rodzinne - pod jej nieobecność nie ma co liczyć nawet na kawę, z prostej przyczyny: pan domu nie ma pojęcia, gdzie ona się znajduje. Nie jestem pewna, czy wie, skąd się bierze woda w czajniku. Połowica drugiego poszła po rozum do głowy, wdrożyła program naprawczy i nawet w pilnej potrzebie ogranicza się jedynie do wskazania ślubnemu żłobu, czyli lodówki. W niektórych Piotrusiach dopiero małżeństwo budzi wojownika i głód, niekoniecznie miłości. Kiedy gary zaświecą pustkami, wybierze się w końcu taki na polowanie, choćby i do supermarketu, gdzie coś złowi, czasem nawet sprawi, przyprawi i ugotuje. O ile uda mu się w ogóle wyfrunąć z rodzinnego gniazda. Matka, która kocha tak bardzo, wie przecież najlepiej, co dla synka jest dobre, wie, jak go wychować. Tak, żeby mu przypadkiem skrzydła nie urosły, jeszcze odleci, za daleko lub w ogóle. Albo do innej, co to mu przecież nigdy nie dogodzi tak jak rodzicielka, albo nie daj Boże - zmusi jej małego chłopczyka, żeby dorósł, a przecież na to nie można pozwolić!!! Bo to długa, trudna i bolesna droga, zwłaszcza dla mamusi. Dla żony Piotrusia także, bo próbując go zmienić, w niejeden dołek wykopany przez teściową wpadnie, jeśli nie po szyje, to jedną lub drugą nogą, albo tylko butem. Ja wdepnęłam ostatnio pantoflem, mężowskim, a nawet dwoma. Stanęły mi w drzwiach i zalśniły na stopach ślubnego niebywałym blaskiem. Ich wysoki połysk mnie oślepił, więc buchnęłam mu na powitanie radosnym "Ooooooo, Misiuniu, wyczyściłeś sobie buty!" i przeoczyłam przez to fakt, że mężyk wraca od swoich rodziców. Jasność myślenia i kojarzenia faktów przywróciła mi dopiero jego podejrzanie radosna mina i stwierdzenie: "Nie, mamusia mi wyczyściła"... Bez komentarza. Resocjalizacja trwa. Dużo smutniejsza od powyższej sytuacji jest prawda, że dla "dobrze" wychowanego Piotrusia, matka zawsze będzie najwyższym autorytetem, mentalnym i emocjonalnym punktem odniesienia. Dlatego też w bajce bohater wybiera Wendy, a w życiu nie szuka partnerki, tylko drugiej mamy. I zwykle znajduje. Wielu z nas przyjdzie lub przyszło pełnić ich rolę, bo co gorsze - same Piotrusiów nie tylko wychowujemy, ale i tworzymy. Dogadzamy, dbamy, dopieszczamy, ale i wymagamy. Tylko czego? Facet ma być silny, ale i delikatny, męski, ale czuły, odpowiedzialny, ale z fantazją, twardy, ale wrażliwy. No to jaki w końcu?Albo rybki, albo akwarium. Nie da się być jednocześnie jednym i drugim. Dziś mężczyźni nie wiedzą, kim mają być, więc na wszelki wypadek wolą nie dorastać. Lepiej, łatwiej i przyjemniej jak najdłużej pozostać chłopcem - młodym, beztroskim, intrygującym, zabawnym, budzić zachwyt i aplauz kobiet. Niewiele z nich potrafi się oprzeć temu spontanicznemu, dziecięcemu urokowi. Zwłaszcza że Piotruś potrafi dla ukochanej skoczyć ze spadochronem i z bukietem róż w zębach, zajechać pod balkon wybranki z cygańską kapelą, porwać na kolacje na dachu wieżowca. Ale już jej ugotowanie, obranie prozaicznych ziemniaków, czy zmywanie, to czynności nie dla niego. Kiedy kończy się zabawa, a z nią jego występ, kiedy zaczyna się proza życia, odpowiedzialność, obowiązki, słowem - same nudne rzeczy, Piotruś ucieka. Biegnie szukać nowej publiczności, nowej dziewczyny, kochanki, żony, która zachwyci się jego urokiem, dowcipami i szalonymi pomysłami. Albo do kolegów, co zabiorą na piwo, na mecz, na wspinaczkę po skałkach. Świat ma teraz tyle Piotrusiom do zaoferowania: sporty ekstremalne, szybkie auta, gry komputerowe, coraz to fajniejsze zabawki. Dlatego Piotrusiów można znaleźć wszędzie, także na najwyższych stanowiskach kierowniczych, gdzie błyszczą, gwiazdorzą, podbijają serca publiczności i ... zarabiają. Najlepsze telefony, konsole do gier, najnowsze gadżety sporo kosztują. Ale i tak najwyższą cenę za życie z Piotrusiami płacą kobiety, które ich pokochały - oraz ich dzieci, zwłaszcza synowie. Wychowywani przez matki, babcie, wynajęte opiekunki, często przed ekranem telewizora, gdzie fika sobie naczelny Piotruś Pan Rzeczypospolitej, Kuba Wojewódzki, pokazując jak fajnie być wiecznym chłopcem. Kółko się zamyka, a "piotrusiowatość" ogarnia coraz szersze kręgi mężczyzn. Choć nie każdy facet nim jest, to jednak każdy ma coś w sobie z małego chłopca. Kolega z pracy co weekend jeździ na paintball, pakuje swoje zabawki, kilka setek kolorowych kulek i leci z innymi chłopcami pobawić się w wojnę na niby. Mąż koleżanki skleja modele statków, wycina, docina, składa i maluje. Znajomy szaleje na punkcie wspinaczki skałkowej, cały wolny czas przeznacza na wyjazdy, a pieniądze na sprzęt. Każdy facet ma jakiegoś bzika. Mój też ma - morda mu się śmieje od ucha do ucha, kiedy bierze garnek do łapy i idzie sobie "polatać" z kolegami. A mi zawsze wtedy przypomina się bajka o Piotrusiu. Mężczyźni nigdy nie dorastają. Tylko ich zabawki robią się coraz droższe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz