niedziela, 23 sierpnia 2009

MĘŻYKOWE HOBBY

Nie byłam pierwszą miłością mojego męża. Ba, nadal nią nie jestem! Ja to ta trzecia, zaraz po dwóch kółkach i psie :-). Chociaż ślubny twierdzi uparcie, że od zawsze zajmuję w jego sercu, najwyższe, honorowe miejsce na podium. Ale fakt jest faktem, pierwszą ukochaną była „Blue Horneta”, na której do mnie przyjechał ładnych kilkanaście lat temu, żeby zostać na dłużej...
Ma tę swoją błękitną MZ – tkę do dziś, wierny jest skubaniec, zwłaszcza swoim pasjom. Bardzo go za to szanuję i cenię. Choć z tym moim pierwszeństwem jest trochę tak, jak z honorowym obywatelstwem stolicy dla Dalajlamy. Taki z niego warszawiak, jak z Jarosława koszykarz, a ze mnie - największa mężowska miłość... Od zawsze, nawet w mojej obecności, leciało mu jakoś tak przypadkiem oko do brunetek. Jeśli jeszcze miały dwa kołka, niekoniecznie w uszach, był wniebowzięty. Kilka lat temu nabył sobie takową, a mnie zaczął podgryzać „zielony potwór” i kąsa po dziś dzień. Zwłaszcza kiedy widzę, jak tę swoją „czarnulę” dopieszcza - myje, wyciera, kocykiem w garażu nakrywa. A mi to się kołdrę spod tyłka wyciąga w nocy... I marznę. Jest mi zimno także podczas jazdy, dlatego nie podzielam fascynacji mojego męża. Zwykle podróżuję jako tak zwany „plecaczek”, z łepkiem w garnku, z widokiem na plecy ślubnego, pięknym, aczkolwiek nieco monotonnym i nudzę się na dłuższych trasach jak mops. Interkomu się jeszcze nie dorobiliśmy, więc pogadać się nie da, chyba że na migi. W temacie też nie jestem za bardzo zorientowana, umiem po przejażdżce powiedzieć, co miałam między nogami, ale jakoś mnie to szczególnie nie kręci.
Pewnie dlatego przegapiłam pojawiające się ciągu ostatnich miesięcy pierwsze sygnały ostrzegawcze. Ani codzienny przegląd „nowości z życia gwiazd” na moto allegro, ani walające się po domu, wydrukowane ogłoszenia z krzyczącymi nagłówkami „sprzedam” nie wzbudziły moich podejrzeń. Totalne zaćmienie. Trochę więc byłam zaskoczona, kiedy tydzień temu Mężyk wyłożył kawę na ławę, a raczej na restauracyjny stolik, bo siedzieliśmy akurat u mnie w pracy – że jest sprawucha... i ma dwa fajne kółka, w dobrym stanie, lux oferta w atrakcyjnej cenie, chociaż nad tym ostatnim byłabym skłonna podyskutować. Negocjacje trwały dość długo, chociaż bardziej adekwatną nazwą byłoby „łaszenie”... się do mnie i przymilanie, bo przecież jestem najlepszą i najfajniejszą żoną na świecie. Taaaa...
Może i jestem, kiedyś będę dla odmiany najgorszą matką świata. Nie miałam serca odmówić dzieciuchowi. Mina mi trochę zrzedła, kiedy zapytałam, czy zamierza sprzedać „brunetę” i usłyszałam: „No, nie wiem”. Jak powszechnie wiadomo i można zauważyć w poprzednim zdaniu, stwierdzenie „nie wiem” zaczyna się od słowa „nie”... Podobno ten sezon ma być testowy, z nowym się zobaczy, który rumak wybywa ze stajni, co się trochę przyciasna zrobiła. Się zobaczy, mam nadzieję, że z wiosną konie mechaniczne nie rozmnożą się po raz kolejny...
Rasistką nie jestem, nie mam nic przeciwko „czarnuchowi”, sama darzę go sporym sentymentem, ale to już nie jest hobby! To się nawet nie kwalifikuje do pasji!!! Chyba, że chodzi o doprowadzenie mnie do szewskiej...
To zaczyna zakrawać na kolekcjonerstwo!!! .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz