niedziela, 30 sierpnia 2009

DINUŚ



Rodzina nam się powiększyła. Nowy domownik jest pomarańczowy, ma długą szyję i przy każdym naciśnięciu wydaje straszliwy dźwięk, coś na kształt ryku zarzynanego osła. Zauroczył mnie tym, nie mogłam się oprzeć, więc tak oto kupiliśmy DINUSIA.
A raczej mogłam się oprzeć – sile mojego męża, który próbował wypchnąć mnie z alejki pełnej psich zabawek. Tak jak Biała Dupa uwielbia wszelkie piszczące gadżety, tak mój mąż ich nienawidzi.
Odkąd mamy psa, sprowadzałam je więc do domu po kryjomu, mimochodem, ale ku wielkiej radości sierściucha. Pierwszy był gumowy prosiak, ale długo z nami nie pomieszkał, bo Białas wygryzł mu ryja. Nabyłam więc prosiaka numer dwa, którego piski w tydzień doprowadziły mojego męża na skraj załamania nerwowego, więc w akcie desperacji... wydłubał mu z tyłka piszczałkę. Przez kilka ładnych tygodni nosił ją przy sobie, od czasu do czasu wtykał między zęby i znienacka popierdywał jak rasowa, lateksowa świnia. Zemsta jest słodka... Biedny, zdezorientowany pies ruszał w rajd po mieszkaniu szukając źródła dźwięku i swojej zabawki, nie rozumiejąc kompletnie, że to już nie jest jedno i to samo. Żeby z kolei kundel nie dostał załamania nerwowego, nabyłam w sklepie zoologicznym stworka z gwizdkiem, którego nie dało się wymontować. Zaginął zaskakująco szybko, może dlatego, że pewnej nocy o trzeciej nad ranem Białej Dupie przypomniało się o gumowym przyjacielu. Najpierw w całkowitej, nocnej ciszy rozległo przeraźliwe, wiercące dziurę w mózgu „Piiiiiii...pppppp”, a zaraz potem przemówił spomiędzy poduszek wściekły, zaspany ślubny:
Niuniu...zabierz mu tego jebanego pokemona, bo jak nie...”
Zarekwirowałam zanim zdążył skończyć, ale i tak piszczący stworek zniknął szybko i w tajemniczych okolicznościach. Psu pozostały do dyspozycji pluszowe szczury z Ikea i to, co sobie akurat znajdzie ciekawego w mieszkaniu. A było tego ostatnio sporo, kilka dni temu wykonał malowniczy ekslibris na pożyczonym egzemplarzu „Stulecia detektywów”. O najnowszym dokonaniu Białasa zawiadomił mnie telefonicznie Mężyk, pytając przy okazji, czy mi się stópka nie skurczyła. Prawa konkretnie. Niczego podobnego nie zaobserwowałam, więc tajemniczy fakt, że mi noga wystaje z japonka można tłumaczyć tylko tym, że ktoś wygryzł w nim piętę... Ktoś... Recydywista nie pies!!! To już druga para w tym sezonie, nie mógł dla odmiany zeżreć lewego? Musiał dwa prawe, co za prawy kundel... Mąż co prawda zaproponował mi natychmiast przełożenie sznureczków na lewą stronę, ale nie skorzystałam.
Po krótkiej rozmowie doszliśmy oboje do wniosku, że niszczycielskie zapędy naszego psa trzeba jakoś poskromić. Dedukcja była prosta: rozwala nam chatę, bo się nudzi pod naszą nieobecność, więc trzeba mu jakąś rozrywkę zapewnić. Padło na zakup nowej zabawki, czyli Dinusia. Piszczącej zabawki :-) W ten oto sposób pies zaczął znowu demolować, ale psychikę mojego męża. Już w aucie, kiedy tylko namierzył nowego kumpla ukrytego w torbie pod moimi nogami, próbował wejść z nim w bliższy kontakt. W tym celu przelazł na siedzenie pasażera, ignorując zupełnie fakt, że ja na nim siedzę i zanurkował pod fotel... Dupa mu została na moich kolanach, łapy trzymał na wycieraczce, a mordą gmerał w okolicach moich stóp, usiłując wygrzebać schowaną zabawkę. W tej dziwnej konfiguracji, z zadkiem sierściucha na wysokości twarzy, przebyłam całą drogę do domu. Kiedy weszliśmy na górę, pies dostał amoku. Latał po całym mieszkaniu, bardzo z siebie zadowolony i pierdział dinozaurem. Po godzinie, kiedy Mężyk miał już nerwy w strzępach, zaczęły się dialogi pańsko – psie:
Białas,zostaw, nie wolno! Słyszałeś? Liczę do pięciu!
...iiiii...aaaaa!!!! - zatrąbił pies Dinusiem
Cztery...
iiii....aaaa!!!!!
Trzy... zastanów się lepiej, zanim znów to robisz!!!
  iiii...aaaa!!!!
Dwa – ostatnie ostrzeżenie!!!
iii...aaaa!!!!
No to teraz przesadziłeś!!!!

Dinuś został wydarty z psiej mordy i powędrował na półkę. Pies natychmiast powędrował pod półkę. Usiadł i obrzucił mojego męża spojrzeniem mówiącym: „Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera...” W piekle psich jęków i skarg, trzeba dodać, bo rozżalony Białas natychmiast zaczął koncert. Od żałosnych popiskiwań, które zostały zignorowane, przez smutne skomlenie, a zakończony tubalnym „Wow, wow!!!” (o pierwszej w nocy), co w wolnym tłumaczeniu brzmiało „Jesteście podli!!! Oddawajcie!!!”  i przyniosło zamierzony skutek. Oddaliśmy. Nie mamy serc z kamienia. Ale nerwy już mamy z frędzelków...
Bo od tygodnia pies chodzi i pierdzi Dinusiem o każdej porze dnia i nocy. Przeszczęśliwy. Nadzieje mojego męża, że mu szybko odgryzie piszczący łeb, okazują się coraz bardziej płonne. Najwyraźniej Biała Dupa i Dinuś zawarli tajemny pakt o nieagresji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz