poniedziałek, 31 sierpnia 2009

DZIĘKUJĘ


Niecierpię butów z czubkiem, słodzonej herbaty, dźwięku budzika, sweterków z golfem, czerwonego barszczyku, prusaków, karaluchów i innych robali biegających, chodzić do lekarza, Tunezji, opryszczki, nakładania tapety co rano, prasowania, chorować, szpinaku, jak mnie ktoś klepie w tyłek... Lista jest długa. A to tylko czubek góry lodowej, bo niecierpię także wszelkich świat, swoich imienin, nie lubię Wigilii, nieznoszę Dnia Dziecka, Dnia Matki, Dzień Ojca jest mi na szczęście tylko obojętny, ale niecierpię także poniedziałku, choć to żadne święto. Co do Dnia Bloga nie zdążyłam się jeszcze określić, bo właśnie dowiedziałam się, że coś takiego jest. Ale poranny plaskacz, którego strzeliła mi z zaskoczenia pewna Niecnota przywołał mnie do porządku, obudziłam się, ogarnęłam się i doinformowałam. Ustosunkować to ja się mogę, ale do własnego męża wieczorem, klepanie po dupie sobie wypraszam, ale skoro już dostałam, to oddam, a co!
Niniejszym obrywa się:
Nice http://www.le-monde-est-beau.blog.onet.pl – baranicy kędzierzawej, właścicielce najpiękniejszej Czarnej Dupy oraz niezmierzonych pokładów optymizmu, ciepła i radości życia – za całokształt.
Avionetce http://www.ninka-dziewczynka.blog.onet.pl – bo jest fajna, fajnie pisze, ma fajne dziecko i nie tylko, ja takie też chcę, ale ona nie chce ani oddać, ani pożyczyć, dobrze, że chociaż poczytać o nim pozwala  - za inspirację
Clio http://www.niecnota.blog.onet.pl –  złośliwej i wrednej gadzinie, co mnie doprowadza do płaczu (ze śmiechu) – bo zołza zołzę wyczuje z daleka
Yours whttp://www.yours.blog.pl - za piotrusiowe mądrości i za to, co potrafi wyprawiać z językiem (literackim) – bo cudne i niezwykłe to rzeczy
Iw whttp://www.iw-kobieta-wspolczesna.blog.onet.pl – za męskie podejście do kobiecych spraw i pobudzanie do myślenia/dyskusji, bo...
Tych ostatnich mi zabrakło, dlatego zaczęłam blogować – tu po raz pierwszy i ostatni publicznie się użalę: piszę, bo taki jeden Osioł już do mnie nie pisze, a Avionetka blog uznała to za niezłą terapię i mnie na niego namówiła. Nie mogła widać patrzeć, jak mi się ulewa. Pieluszka tetrowa by się przydała. Nie, nie wróciłam do czasów radosnego bobaska, ale emocji, zachwytów, smutków, wrażeń, myśli, skojarzeń, anegdot, wspomnień i historii mam w sobie czasem za dużo, nie mieszczą się. Bo życie mnie zachwyca, niezmiennie tak wkurza, jak cieszy, tak fascynuje, jak złości – gdzieś to trzeba upchnąć. Osioł został zaanektowany przez śliczną ośliczkę i chwała jej za to. Więc zaprzyjaźniłam się z blogiem, choć z żalem stwierdzam, że nie da się z nim wina napić, tak jak z Koniowatym. Tak więc od momentu założenia pamiętnika w internecie mniej piję, więcej piszę :-). Blog dał mi wampirzy wygląd – stałe przekrwienie gałek ocznych od wgapiania się w monitor, skrzywienie kręgosłupa, kolejną dioptrię na minusie, oraz olbrzymią szansę!!!... na wylądowanie na odwyku od blogowania.... Więc być może największa przygoda z nim związana dopiero przede mną. Mąż mi grozi, że mnie odda na oddział zamknięty, jak mnie jeszcze raz zastanie przed komputerem... Więc jeśli pewnego dnia zniknę, to uprzejmie upraszam o podanie mi przez kraty chociaż minilaptopika... Przyniesie mi to niewysłowioną ulgę – no bo końcu na blogu może mi się poulewać, trochę wstyd, że tak publicznie, ale niejednego tu znalazłam co mi mordę obtarł, na nogi postawił, ciśnienie podniósł lepiej niż poranna kawa i do łez ze śmiechu doprowadził. Za to właśnie wszystkim (i każdemu z osobna) czytającym, komentującym i piszącym bardzo dziękuję, nie tylko dlatego, że jest
  
Zasady blogowego poklepywania po tyłku tamże.

niedziela, 30 sierpnia 2009

DINUŚ



Rodzina nam się powiększyła. Nowy domownik jest pomarańczowy, ma długą szyję i przy każdym naciśnięciu wydaje straszliwy dźwięk, coś na kształt ryku zarzynanego osła. Zauroczył mnie tym, nie mogłam się oprzeć, więc tak oto kupiliśmy DINUSIA.
A raczej mogłam się oprzeć – sile mojego męża, który próbował wypchnąć mnie z alejki pełnej psich zabawek. Tak jak Biała Dupa uwielbia wszelkie piszczące gadżety, tak mój mąż ich nienawidzi.
Odkąd mamy psa, sprowadzałam je więc do domu po kryjomu, mimochodem, ale ku wielkiej radości sierściucha. Pierwszy był gumowy prosiak, ale długo z nami nie pomieszkał, bo Białas wygryzł mu ryja. Nabyłam więc prosiaka numer dwa, którego piski w tydzień doprowadziły mojego męża na skraj załamania nerwowego, więc w akcie desperacji... wydłubał mu z tyłka piszczałkę. Przez kilka ładnych tygodni nosił ją przy sobie, od czasu do czasu wtykał między zęby i znienacka popierdywał jak rasowa, lateksowa świnia. Zemsta jest słodka... Biedny, zdezorientowany pies ruszał w rajd po mieszkaniu szukając źródła dźwięku i swojej zabawki, nie rozumiejąc kompletnie, że to już nie jest jedno i to samo. Żeby z kolei kundel nie dostał załamania nerwowego, nabyłam w sklepie zoologicznym stworka z gwizdkiem, którego nie dało się wymontować. Zaginął zaskakująco szybko, może dlatego, że pewnej nocy o trzeciej nad ranem Białej Dupie przypomniało się o gumowym przyjacielu. Najpierw w całkowitej, nocnej ciszy rozległo przeraźliwe, wiercące dziurę w mózgu „Piiiiiii...pppppp”, a zaraz potem przemówił spomiędzy poduszek wściekły, zaspany ślubny:
Niuniu...zabierz mu tego jebanego pokemona, bo jak nie...”
Zarekwirowałam zanim zdążył skończyć, ale i tak piszczący stworek zniknął szybko i w tajemniczych okolicznościach. Psu pozostały do dyspozycji pluszowe szczury z Ikea i to, co sobie akurat znajdzie ciekawego w mieszkaniu. A było tego ostatnio sporo, kilka dni temu wykonał malowniczy ekslibris na pożyczonym egzemplarzu „Stulecia detektywów”. O najnowszym dokonaniu Białasa zawiadomił mnie telefonicznie Mężyk, pytając przy okazji, czy mi się stópka nie skurczyła. Prawa konkretnie. Niczego podobnego nie zaobserwowałam, więc tajemniczy fakt, że mi noga wystaje z japonka można tłumaczyć tylko tym, że ktoś wygryzł w nim piętę... Ktoś... Recydywista nie pies!!! To już druga para w tym sezonie, nie mógł dla odmiany zeżreć lewego? Musiał dwa prawe, co za prawy kundel... Mąż co prawda zaproponował mi natychmiast przełożenie sznureczków na lewą stronę, ale nie skorzystałam.
Po krótkiej rozmowie doszliśmy oboje do wniosku, że niszczycielskie zapędy naszego psa trzeba jakoś poskromić. Dedukcja była prosta: rozwala nam chatę, bo się nudzi pod naszą nieobecność, więc trzeba mu jakąś rozrywkę zapewnić. Padło na zakup nowej zabawki, czyli Dinusia. Piszczącej zabawki :-) W ten oto sposób pies zaczął znowu demolować, ale psychikę mojego męża. Już w aucie, kiedy tylko namierzył nowego kumpla ukrytego w torbie pod moimi nogami, próbował wejść z nim w bliższy kontakt. W tym celu przelazł na siedzenie pasażera, ignorując zupełnie fakt, że ja na nim siedzę i zanurkował pod fotel... Dupa mu została na moich kolanach, łapy trzymał na wycieraczce, a mordą gmerał w okolicach moich stóp, usiłując wygrzebać schowaną zabawkę. W tej dziwnej konfiguracji, z zadkiem sierściucha na wysokości twarzy, przebyłam całą drogę do domu. Kiedy weszliśmy na górę, pies dostał amoku. Latał po całym mieszkaniu, bardzo z siebie zadowolony i pierdział dinozaurem. Po godzinie, kiedy Mężyk miał już nerwy w strzępach, zaczęły się dialogi pańsko – psie:
Białas,zostaw, nie wolno! Słyszałeś? Liczę do pięciu!
...iiiii...aaaaa!!!! - zatrąbił pies Dinusiem
Cztery...
iiii....aaaa!!!!!
Trzy... zastanów się lepiej, zanim znów to robisz!!!
  iiii...aaaa!!!!
Dwa – ostatnie ostrzeżenie!!!
iii...aaaa!!!!
No to teraz przesadziłeś!!!!

Dinuś został wydarty z psiej mordy i powędrował na półkę. Pies natychmiast powędrował pod półkę. Usiadł i obrzucił mojego męża spojrzeniem mówiącym: „Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera...” W piekle psich jęków i skarg, trzeba dodać, bo rozżalony Białas natychmiast zaczął koncert. Od żałosnych popiskiwań, które zostały zignorowane, przez smutne skomlenie, a zakończony tubalnym „Wow, wow!!!” (o pierwszej w nocy), co w wolnym tłumaczeniu brzmiało „Jesteście podli!!! Oddawajcie!!!”  i przyniosło zamierzony skutek. Oddaliśmy. Nie mamy serc z kamienia. Ale nerwy już mamy z frędzelków...
Bo od tygodnia pies chodzi i pierdzi Dinusiem o każdej porze dnia i nocy. Przeszczęśliwy. Nadzieje mojego męża, że mu szybko odgryzie piszczący łeb, okazują się coraz bardziej płonne. Najwyraźniej Biała Dupa i Dinuś zawarli tajemny pakt o nieagresji.

środa, 26 sierpnia 2009

HIGIENISTA

Nasz Białas jest bardzo eleganckim psem, który doskonale wie, jak należy się zachować po jedzeniu. Podczas konsumpcji gubi co prawda dobre maniery - fragmenty spożywanego posiłku dosłownie fruwają po całej kuchni, a kiedy pije, chlapie jak fontanna podczas huraganu. Tylko że fontanna nie łazi potem po całym mieszkaniu i nie leje się jej woda z pyska. A psu tak. Kiedy tylko opyli swoją codzienną miskę, czy też sobie łyknie wody z blaszaka w łazience, przypominają mu się zasady bon ton i zaczyna sobie szukać... ściereczki. Biada temu, kto stoi wtedy obok niego w białych spodniach. Przecież to idealna okazja, żeby sobie w nie mordę wytrzeć... Nie sposób się jej oprzeć. Więc wyciera. Zawsze. Wszędzie. Nie tylko w cudze jeansy. We wszystko. Niezależnie od sytuacji i mojego zdecydowanego protestu. W to, co akurat uzna za nadające się do zużytkowania w celach higienicznych. Wypina lekceważąco białą dupę na mnie, ignoruje moje wrzaski i sunie mordą po dywanie, raz w prawo, raz w lewo, no bo przecież trzeba sobie obie strony pyska oczyścić. Wyciera go sobie pracowicie w kapę leżącą na łóżku lub kołdrę. Równie dobrze do tego celu nadaje się poduszka, kołdra, firanka, obicie fotela i pranie na suszarce.
 I co ja mam z nim zrobić? Higienista pieprz...ny się znalazł !!!

wtorek, 25 sierpnia 2009

POPYT I PODAŻ

Nowy zakup mojego męża wzbudził w szczęśliwym nabywcy żar uczuć: wdzięczności, radości i tym podobnych. A ja sobie przy nim planuję upiec swoją własną pieczeń, jak się da, to nawet niejedną… Coś za coś. W końcu pieniądze na zakup nowej zabawki zostały wyasygnowane ze wspólnego konta. Bardzo mądra zasada, a skoro życie podsuwa okazję, to czemu nie skorzystać? Nawet w drobnych sprawach.
Na pierwszy ogień poszła herbata. Taka zwykła, czarna, której zaparzenie wymaga wykonania szeregu skomplikowanych czynności:zwleczenia czterech liter z kanapy, nalania wody do czajnika, zapalenia gazu, zagotowania wody, zalania nią torebki, wyciągnięcia szczura za ogon w odpowiednim momencie i dostarczenia tak przygotowanego naparu osobnikowi, który go zapragnął. A byłam nim ostatnio ja. Wróciliśmy akurat z banku, ja jako konwojent z kasą w torebce, mężyk jako moja ochrona. Skala odpowiedzialności finansowej sprawiła, że dostałam nagłego ataku cienizny, choć równie dobrze przyczyną mogło być nygusosis bumelantos, że tak z łacińska się zdiagnozuję. Więc klapnęłam na fotel i zakomenderowałam ślubnemu:
- Zrób mi herbaty
 - Sama sobie zrób leniwcu - czarna niewdzięczność. Ale ja sobie poradzę...
- Tak? A chcesz siedem tysięcy? –  to mówiąc, pomachałam kopertką mężykowi przed nosem, udaremniając, dzięki wrodzonemu refleksowi, próbę jej przejęcia w locie
-Chcę
- To zrób 
-...a może Ci zrobić dwie? 
Prawo popytu i podaży. Wystarczy je dostrzec, by stać się ekonomistą.

niedziela, 23 sierpnia 2009

MĘŻYKOWE HOBBY

Nie byłam pierwszą miłością mojego męża. Ba, nadal nią nie jestem! Ja to ta trzecia, zaraz po dwóch kółkach i psie :-). Chociaż ślubny twierdzi uparcie, że od zawsze zajmuję w jego sercu, najwyższe, honorowe miejsce na podium. Ale fakt jest faktem, pierwszą ukochaną była „Blue Horneta”, na której do mnie przyjechał ładnych kilkanaście lat temu, żeby zostać na dłużej...
Ma tę swoją błękitną MZ – tkę do dziś, wierny jest skubaniec, zwłaszcza swoim pasjom. Bardzo go za to szanuję i cenię. Choć z tym moim pierwszeństwem jest trochę tak, jak z honorowym obywatelstwem stolicy dla Dalajlamy. Taki z niego warszawiak, jak z Jarosława koszykarz, a ze mnie - największa mężowska miłość... Od zawsze, nawet w mojej obecności, leciało mu jakoś tak przypadkiem oko do brunetek. Jeśli jeszcze miały dwa kołka, niekoniecznie w uszach, był wniebowzięty. Kilka lat temu nabył sobie takową, a mnie zaczął podgryzać „zielony potwór” i kąsa po dziś dzień. Zwłaszcza kiedy widzę, jak tę swoją „czarnulę” dopieszcza - myje, wyciera, kocykiem w garażu nakrywa. A mi to się kołdrę spod tyłka wyciąga w nocy... I marznę. Jest mi zimno także podczas jazdy, dlatego nie podzielam fascynacji mojego męża. Zwykle podróżuję jako tak zwany „plecaczek”, z łepkiem w garnku, z widokiem na plecy ślubnego, pięknym, aczkolwiek nieco monotonnym i nudzę się na dłuższych trasach jak mops. Interkomu się jeszcze nie dorobiliśmy, więc pogadać się nie da, chyba że na migi. W temacie też nie jestem za bardzo zorientowana, umiem po przejażdżce powiedzieć, co miałam między nogami, ale jakoś mnie to szczególnie nie kręci.
Pewnie dlatego przegapiłam pojawiające się ciągu ostatnich miesięcy pierwsze sygnały ostrzegawcze. Ani codzienny przegląd „nowości z życia gwiazd” na moto allegro, ani walające się po domu, wydrukowane ogłoszenia z krzyczącymi nagłówkami „sprzedam” nie wzbudziły moich podejrzeń. Totalne zaćmienie. Trochę więc byłam zaskoczona, kiedy tydzień temu Mężyk wyłożył kawę na ławę, a raczej na restauracyjny stolik, bo siedzieliśmy akurat u mnie w pracy – że jest sprawucha... i ma dwa fajne kółka, w dobrym stanie, lux oferta w atrakcyjnej cenie, chociaż nad tym ostatnim byłabym skłonna podyskutować. Negocjacje trwały dość długo, chociaż bardziej adekwatną nazwą byłoby „łaszenie”... się do mnie i przymilanie, bo przecież jestem najlepszą i najfajniejszą żoną na świecie. Taaaa...
Może i jestem, kiedyś będę dla odmiany najgorszą matką świata. Nie miałam serca odmówić dzieciuchowi. Mina mi trochę zrzedła, kiedy zapytałam, czy zamierza sprzedać „brunetę” i usłyszałam: „No, nie wiem”. Jak powszechnie wiadomo i można zauważyć w poprzednim zdaniu, stwierdzenie „nie wiem” zaczyna się od słowa „nie”... Podobno ten sezon ma być testowy, z nowym się zobaczy, który rumak wybywa ze stajni, co się trochę przyciasna zrobiła. Się zobaczy, mam nadzieję, że z wiosną konie mechaniczne nie rozmnożą się po raz kolejny...
Rasistką nie jestem, nie mam nic przeciwko „czarnuchowi”, sama darzę go sporym sentymentem, ale to już nie jest hobby! To się nawet nie kwalifikuje do pasji!!! Chyba, że chodzi o doprowadzenie mnie do szewskiej...
To zaczyna zakrawać na kolekcjonerstwo!!! .

piątek, 21 sierpnia 2009

O PIOTRUSIACH SŁÓW KILKA



Są takie historie, które opuszczają strony książek i zaczynają żyć własnym życiem, kształtować rzeczywistość. Tak było z bajką J. Barriego, której bohater, Piotruś Pan, przeżywa szalone przygody na Wyspie Nibylandii razem z grupą Zaginionych Chłopców. Dziś niejedna kobieta mogłaby opowiedzieć niejedną historię z życia wziętą, ale o grupie "Zaginionych Mężczyzn". Czasem szuka się takiego ze świecą bardzo długo i nie znajduje. Bo coraz więcej wokół nas takich Piotrusiów, którzy nie chcą dorosnąć. Wolą sobie "polatać' - z kwiatka na kwiatek, z imprezy na imprezę, od jednej do drugiej. Tak łatwiej, wygodniej przyjemniej, to niezły patent na życie - nie dorastać. Co ten Barrie najlepszego narobił, taki model rozpropagować i rozpowszechnić. Wzorzec drugi winny, mógł nie upadać, tyle lat się trzymał dzielnie, żeby teraz zaliczyć przysłowiową glebę i co się porobiło... Skutki upadku patriarchalnego "Wzorca" rodziny nawet ślepy by zauważył, prawdziwi mężczyźni, a co za tym idzie - także ojcowie, to dziś gatunek na wymarciu. Dlatego rosną stada Piotrusiów, wiecznych chłopców - maminsynków, dla których najważniejszym punktem odniesienia jest fartuch rodzicielki. Bardzo trudno ich od niego odczepić, coś wiem na ten temat, nie raz zastałam ślubnego stojącego nad stertą brudnych koszulek ze strapioną miną, która robiła się jeszcze bardziej zafrasowana na hasło "Co, Bozia rączek nie dała?". Brakowało tylko, żeby mi do częstochowskiego rymu odpowiedział: "Bo mamusia to mi prała"... Duma mu nie pozwoliła, ale na czole miał to wypisane wołami. Bo tak to z tymi mamusiami jest: mamusia pogłaszcze po główce syneczka, przytuli, gatki upierze, koszule uprasuje, śniadanko zrobi, obiadek ugotuje, poda, pozmywa. Bo synek taki zmęczony, całą noc balował, niech sobie pośpi do południa, po co ma to wszystko robić, jeszcze się spoci. Znam rodzinę, gdzie matka przez kilkadziesiąt lat gotowała i podawała najpierw mężowi, potem także dwóm dorosłym koniom trzy posiłki dziennie, w tym śniadanie do łóżka. Potem zmywała po całej ferajnie. Kiedy musiała wyjechać w tygodniową delegację, panom zajrzała w oczy kostucha, śmierć głodowa była tuż tuż... Wychudli, ale przetrwali, wyciągając z kredensu wszystkie talerze i szklanki, ostatniego dnia nieobecności matki - karmicielki herbatę robili sobie w kieliszkach do wina. Obecnie żona starszego konia, nota bene Piotr mu na imię, kontynuuje tradycje rodzinne - pod jej nieobecność nie ma co liczyć nawet na kawę, z prostej przyczyny: pan domu nie ma pojęcia, gdzie ona się znajduje. Nie jestem pewna, czy wie, skąd się bierze woda w czajniku. Połowica drugiego poszła po rozum do głowy, wdrożyła program naprawczy i nawet w pilnej potrzebie ogranicza się jedynie do wskazania ślubnemu żłobu, czyli lodówki. W niektórych Piotrusiach dopiero małżeństwo budzi wojownika i głód, niekoniecznie miłości. Kiedy gary zaświecą pustkami, wybierze się w końcu taki na polowanie, choćby i do supermarketu, gdzie coś złowi, czasem nawet sprawi, przyprawi i ugotuje. O ile uda mu się w ogóle wyfrunąć z rodzinnego gniazda. Matka, która kocha tak bardzo, wie przecież najlepiej, co dla synka jest dobre, wie, jak go wychować. Tak, żeby mu przypadkiem skrzydła nie urosły, jeszcze odleci, za daleko lub w ogóle. Albo do innej, co to mu przecież nigdy nie dogodzi tak jak rodzicielka, albo nie daj Boże - zmusi jej małego chłopczyka, żeby dorósł, a przecież na to nie można pozwolić!!! Bo to długa, trudna i bolesna droga, zwłaszcza dla mamusi. Dla żony Piotrusia także, bo próbując go zmienić, w niejeden dołek wykopany przez teściową wpadnie, jeśli nie po szyje, to jedną lub drugą nogą, albo tylko butem. Ja wdepnęłam ostatnio pantoflem, mężowskim, a nawet dwoma. Stanęły mi w drzwiach i zalśniły na stopach ślubnego niebywałym blaskiem. Ich wysoki połysk mnie oślepił, więc buchnęłam mu na powitanie radosnym "Ooooooo, Misiuniu, wyczyściłeś sobie buty!" i przeoczyłam przez to fakt, że mężyk wraca od swoich rodziców. Jasność myślenia i kojarzenia faktów przywróciła mi dopiero jego podejrzanie radosna mina i stwierdzenie: "Nie, mamusia mi wyczyściła"... Bez komentarza. Resocjalizacja trwa. Dużo smutniejsza od powyższej sytuacji jest prawda, że dla "dobrze" wychowanego Piotrusia, matka zawsze będzie najwyższym autorytetem, mentalnym i emocjonalnym punktem odniesienia. Dlatego też w bajce bohater wybiera Wendy, a w życiu nie szuka partnerki, tylko drugiej mamy. I zwykle znajduje. Wielu z nas przyjdzie lub przyszło pełnić ich rolę, bo co gorsze - same Piotrusiów nie tylko wychowujemy, ale i tworzymy. Dogadzamy, dbamy, dopieszczamy, ale i wymagamy. Tylko czego? Facet ma być silny, ale i delikatny, męski, ale czuły, odpowiedzialny, ale z fantazją, twardy, ale wrażliwy. No to jaki w końcu?Albo rybki, albo akwarium. Nie da się być jednocześnie jednym i drugim. Dziś mężczyźni nie wiedzą, kim mają być, więc na wszelki wypadek wolą nie dorastać. Lepiej, łatwiej i przyjemniej jak najdłużej pozostać chłopcem - młodym, beztroskim, intrygującym, zabawnym, budzić zachwyt i aplauz kobiet. Niewiele z nich potrafi się oprzeć temu spontanicznemu, dziecięcemu urokowi. Zwłaszcza że Piotruś potrafi dla ukochanej skoczyć ze spadochronem i z bukietem róż w zębach, zajechać pod balkon wybranki z cygańską kapelą, porwać na kolacje na dachu wieżowca. Ale już jej ugotowanie, obranie prozaicznych ziemniaków, czy zmywanie, to czynności nie dla niego. Kiedy kończy się zabawa, a z nią jego występ, kiedy zaczyna się proza życia, odpowiedzialność, obowiązki, słowem - same nudne rzeczy, Piotruś ucieka. Biegnie szukać nowej publiczności, nowej dziewczyny, kochanki, żony, która zachwyci się jego urokiem, dowcipami i szalonymi pomysłami. Albo do kolegów, co zabiorą na piwo, na mecz, na wspinaczkę po skałkach. Świat ma teraz tyle Piotrusiom do zaoferowania: sporty ekstremalne, szybkie auta, gry komputerowe, coraz to fajniejsze zabawki. Dlatego Piotrusiów można znaleźć wszędzie, także na najwyższych stanowiskach kierowniczych, gdzie błyszczą, gwiazdorzą, podbijają serca publiczności i ... zarabiają. Najlepsze telefony, konsole do gier, najnowsze gadżety sporo kosztują. Ale i tak najwyższą cenę za życie z Piotrusiami płacą kobiety, które ich pokochały - oraz ich dzieci, zwłaszcza synowie. Wychowywani przez matki, babcie, wynajęte opiekunki, często przed ekranem telewizora, gdzie fika sobie naczelny Piotruś Pan Rzeczypospolitej, Kuba Wojewódzki, pokazując jak fajnie być wiecznym chłopcem. Kółko się zamyka, a "piotrusiowatość" ogarnia coraz szersze kręgi mężczyzn. Choć nie każdy facet nim jest, to jednak każdy ma coś w sobie z małego chłopca. Kolega z pracy co weekend jeździ na paintball, pakuje swoje zabawki, kilka setek kolorowych kulek i leci z innymi chłopcami pobawić się w wojnę na niby. Mąż koleżanki skleja modele statków, wycina, docina, składa i maluje. Znajomy szaleje na punkcie wspinaczki skałkowej, cały wolny czas przeznacza na wyjazdy, a pieniądze na sprzęt. Każdy facet ma jakiegoś bzika. Mój też ma - morda mu się śmieje od ucha do ucha, kiedy bierze garnek do łapy i idzie sobie "polatać" z kolegami. A mi zawsze wtedy przypomina się bajka o Piotrusiu. Mężczyźni nigdy nie dorastają. Tylko ich zabawki robią się coraz droższe.

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

ROMANTYK

Leniliśmy się wczoraj w trójkę przez cały wieczór – głównie leżakując na kanapie w rożnych konfiguracjach. Raz my na sofie, a pies na dywanie, raz odwrotnie, pies na poduszkach, a my na podłodze. Jak komu wygodniej i jak kto akurat wolał. Taki rodzinny wieczór w trójkę. Rozmawialiśmy, trochę gapiliśmy się w telepudło, jednym okiem każde; poza psem, który skupił się na nadstawianiu łba do głaskania. Po kolejnej, bezskutecznej próbie zmuszenia pilotożercy do ruszenia białej dupy i zmiany kanału, oraz z braku innych chętnych do porzucenia pozycji horyzontalnej, osiedliśmy na mieliźnie komedii romantycznej. Jej bohaterowie, podczas kolacji we dwoje, wyznawali sobie nawzajem w uniesieniu, czego nie chcą. Dużo tego było, większości nie pamiętam: nie chcieli bez siebie budzić się co rano, jeść śniadań, zasypiać, ogólnie – ani umierać, ani żyć. Na fali romantycznego uniesienia, poprzedzonego zepchnięciem Białasa z kanapy, no bo miejsce sobie musiała mzrobić, przytuliłam się do mężyka i pytam:
- A ty czego nie chcesz??? -  patrząc mu prosto w ślepia. Zaspane ślepia, bo chłopina już mi się zdążył rozanielić i zaczął przysypiać. Czekam w napięciu na liryczne wyznanie, najchętniej o tematyce miłosnej oczywiście, cisza się przedłuża, widzę, że on zbiera się w sobie… i w końcu mówi:
- Nie chcę się dzisiaj kąpać… 
Romantyk od siedmiu boleści.

niedziela, 16 sierpnia 2009

KTO PYTA, NIE BŁĄDZI... PODOBNO

Mam swoją prywatną kategorię pytań znienawidzonych, głównie ze względu na częstotliwość ich zadawania przez gości. Swoje własne, autorskie odpowiedzi na nie, nosze w sobie od lat, kiszę je jak przeterminowaną kapustę. Najbardziej boję się, że kiedyś mi wykipią, przeleją się przez krawędź wytrzymałości w najmniej spodziewanym momencie...Bo kiedy po raz kolejny słyszę:- "Co jest na górze?" - dopada mnie głęboka, bezdenna frustracja. Nie mam pojęcia, co wyobrażają sobie goście stojąc u podnóża schodów prowadzących na piętro, czego spodziewają się po naszym lokalu, jakie wizje snują, jakie cuda widzą oczyma duszy. No bo co ma być na górze restauracji, jak nie restauracja? "Basen z siłownią???"-" Gdzie jest toaleta? "- nerwicy dostaję i język mi kołowacieje od informowania po raz setny danego dnia, gdzie jest wc. Zwłaszcza tych klientów, którzy niemalże nosem opierają się o drzwi poszukiwanego przybytku. W akcie desperacji zaczęłam planować zaprojektowanie i druk mapy formatu A0 z bogata legendą, zdjęciami i opisem trasy, który będzie brzmiał tak: "Prosto sto metrów, schodami na górę, za dwieście metrów ostro skręć w prawo, potem w prawo, potem w prawo, potem w prawo, potem skręć w lewo, dwieście metrów prosto, potem zwróć jeśli to możliwe, skręć w w lewo, na rondzie wybierz trzeci zjazd, potem trzysta metrów prosto, po schodkach w górę, po schodkach w dół i jesteś u celu! Powadził Cię..." - tu należy wstawić imię kelnera, który nie boi się zemsty klienta tak naprowadzonego na pilnie poszukiwany cel...

piątek, 14 sierpnia 2009

W CZYM MOGĘ POMÓC - AUTENTYCZNE HISTORIE RESTAURACYJNE

Wszyscy nas katują tym pytaniem. Wszędzie, gdzie człowiek nie wejdzie, do banku, do sklepu, do urzędu, już na dzień dobry, a często zamiast, słyszy znienawidzone „W czym mogę Pani pomóc?”. Zawsze wtedy się zastanawiam, czy wyglądam jak osoba, która wymaga udzielenia pilnego wsparcia...
Ale żeby nie odstawać od ogólnie przyjętych standardów, w restauracji naszych gości także dręczymy tym zwrotem... Trudno bowiem znaleźć adekwatny odpowiednik tej bardzo popularnej kalki angielskiego „May I help you?”, o wiele trudniej, niż na to pytanie odpowiedzieć. Zazwyczaj ludzie proszą o wskazanie stolika, o rezerwację, o polecenie czegoś smacznego. Ale czasem goście potrafią zaskoczyć. Kiedyś wchodzi sympatyczny, straszy pan, atakuję go więc z przyzwyczajenia znienawidzonym:
- W czym mogę Panu pomóc? - i słyszę w odpowiedzi: Szukam żony.
Zbaraniałam w pierwszej chwili, zaczęłam gorączkowo myśleć, dlaczego akurat tutaj, no dobra, ładne kelnerki, rozumiem, może mu którąś nieparzystą podesłać, ale za młode dla niego, jakiś amator niedojrzałych jabłek, czy co? Moją rozbuchaną dedukcję powstrzymał po dłuższej chwili tenże pan, który widząc moją strapioną minę, pośpieszył mi z pomocą i wyjaśnieniem:  Swojej żony :-)
Bardzo rzadko nie wiem, co powiedzieć, tak jak wtedy, ale raz mi się zdarzyło zapomnieć zupełnie, że język posiadam. Przechodzę obok stolika, starsi państwo, dobrze po sześćdziesiątce, bardzo mili i sympatyczni – zabieram puste filiżanki po kawie, akurat miałam po drodze. Przy okazji standardowo pytam, czy w czymś im jeszcze mogę pomóc, może coś podać? I co słyszę w odpowiedzi?
Pan.: Ja poproszę milion dolarów w używanych banknotach. A pani: A ja żwawego osiemnastolatka...
Jedyna logiczna odpowiedź, jak mi wtedy przyszła do głowy, to stwierdzenie, że niestety nie mamy tego w naszej ofercie...
Co też po dłuższej chwili powiedziałam, więc goście ze smutkiem poprosili o rachunek.

czwartek, 13 sierpnia 2009

WENY BRAK

Poraz pierwszy od bardzo długiego czasu nie mam ochoty na pisanie. A posiadałam takową zawsze, odkąd tylko pamiętam. Notowałam sobie myśli na czym popadnie, ostatnio była to druga strona faktury, która potem nieopatrznie oddałam do księgowości. Pani Ewa się uśmiała, a mi było łyso, nawet z moją burzą włosów na głowie, bo tekst traktował o tym „Jak szukałam sobie męża”. To było w poniedziałek, zanim odkryłam, że na głównej stronie onetu pojawiła się barwna relacją z podróży po Tunezji, której temat wraca do mnie jak przeklęty bumerang. Bo pod spodem zamieszczono link do mojego tekstu…
 Jessssssu, teraz to już nienawidzę tego kraju z całego serca i w osiem wołów nikt mnie tam nie zaciągnie. Zwłaszcza, że woły nie pływają na takich dystansach. Byliśmy tam kilka lat temu, dawno pogrzebałam niemiłe wrażenia, tylko na potrzeby posta ekshumowałam trochę wspomnień. Ale w najczarniejszych wizjach nie sądziłam, że tak się ta wycieczka na mnie zemści. Normalnie dosięgła mnie zza grobu karząca ręka Tunezji, trzeba się było zastanowić zanim napisałam „Nigdy więcej”, tyle się mówi o sile arabskich wpływów w Europie, trzeba było słuchać Oriany Fallaci. Opiewać uroki, zamiast pisać, że brudno i śmierdzi. Wysmażyć peany pochwalne, zamiast zjadliwej satyry. Nie mam zamiaru po raz kolejny się tłumaczyć z tego tekstu, czemu ma taką, a nie inną formę, czemu powiela stereotypy, czemu jest prześmieszny i ironiczny. Bo tak. I już. Tak mi się chciało go napisać.
 Dzięki temu mogłam odkryć nowe pokłady wiedzy o samej sobie, istnienia których nawet nie podejrzewałam: że jestem głupia, że jestem lalunią, cytryną z psm, snobką, rozkapryszoną blondynką i tak dalej. Że moja inteligencja jest na poziomie psa autorki takowego jednego komentarza. Swoją drogą, mądrą ma bestię w domu, pewnie mądrzejszą od właścicielki. Bo jaki komentarz, taki komentujący. I jeśli ktoś podpisuje się „frajerstwo jak ta lala”, „co za poziom”, czy też mniej opisowo, ale bardziej malowniczo „prusak”, to przykro mi, ale uznaję taki nick za charakterystykę danej osoby. Najbardziej „wypasione” uwagi pokasowałam, z częścią wdałam się w dyskusje, chyba niepotrzebne, bo tylko podniosły mi ciśnienie. Ale z drugiej strony, przy tak niskim jak moje, zdrowsze to niż kolejna kawa...
Remedium w końcu podsunęła mi oona, pisząc, że „Nie hańba to głupiemu wydawać się głupią”, przy okazji trafnie charakteryzując siebie, no bo skoro za głupią uznała mnie… I tego się będę trzymać. Co zalecić innym komentującym, którzy przez pryzmat paru linijek tekstu „zobaczyły”, jaką jestem osobą, nie wiem, może pilną wizytę u okulisty? Polska służba zdrowia działa jak działa, na szybką diagnozę nie ma co liczyć, stąd też pewnie taki wysyp  złośliwych, obraźliwych komentarzy. Najprościej bowiem podleczyć się w necie - swoje frustracje i problemy, wyładować agresję. Ja też tak robię - pisząc ten tekst...
Bo jestem smutna i zniechęcona, moja wena na pisanie wypięła się na mnie i poszła sobie w siną dal. I nie tylko na pisanie. Na uśmiechanie się. Nachodzenie z głową uniesioną do góry. Na wierzenie. Na hurraoptymizm.
 Tak to już bywa, że problemy chodzą parami, a kłopoty biegają stadami…
Na dzień dzisiejszy mam tylko jeden pomysł na to, co się dzieje.
Zostanę pastuchem. Tego stada. Pies mi się przynajmniej przyda do zaganiania
Ps. Zapomniałam dodać - nigdy więcej, przenigdy do Tunezji!!!

piątek, 7 sierpnia 2009

W CO INWESTOWAĆ W CZASIE KRYZYSU?

 
Zegar ścienny 70 zł. Ładowarka do telefonu 50 zł. Niebieski miś 50 zł. Czarne, męskie półbuty 190 zł. Zmiotka w komplecie ze szczotką 3 sztuki 60 zł. Doniczka plastikowa 10 zł. Panel od telefonu 50 zł. Okulary 800 zł. „Moja najdłuższa podróż do domu” J. Grogana 40 zł. Osiem bombek choinkowych 40 zł. Kabel do monitora 30 zł. Kapcie 2 pary 40 zł. Poduszka 30 zł. Płyn do soczewek 16 zł. Japonki 5 par 200 zł. Stanik pomarańczowy 60 zł. Pluszowa żaba 90 zł. ”Wyznania patrycjusza”.Sz. Marai 38 zł. Sandałki 3 pary 200 zł. Czerwony kostium kąpielowy 60 zł. Narożnik w przedpokoju 30 zł. Biały miś 50 zł. „Japoński wachlarz” J. Bator 34 zł. Szkła kontaktowe 60 zł. Sweterek rozpinany 90 zł. „Koty” T. Eliotta 42 zł. Pięć szczurów 40 zł. Worek z ziemią balkonową 30 zł. Dwa przedłużacze 30 zł. Trzy płyty kompaktowe 150 zł. Srebrne szpilki 190 zł. „Nieznośna lekkość bytu” M. Kundery 30 zł. 42 pary rajstop 300 zł. Suszarka 120 zł. 26 sztuk bielizny osobistej damskiej 350 zł. Stanik w krateczkę 60 zł. Cała zawartość lodówki: 2 opakowania masła, pół litra śmietany i 4 serdelki 20 zł. „Piaskowa Góra” J. Bator 40 zł, koszulka na ramiączka 30 zł. Więcej grzechów nie pamiętam.
W sumie 3450 zł. Szczeniaczek labradora 450 zł.
Radość życia z Białą Dupą – bezcenne.
W dobie kryzysu inwestujcie w labradory!!!  Wartość mojego w ciągu dwóch lat wzrosła ośmiokrotnie :-)

środa, 5 sierpnia 2009

ZDOLNIACHA


Mężyk jest leniwcem. Kiedy nie chce mu się włazić na górę, dzwoni do mnie i żąda dostarczenia potrzebnej mu rzeczy na dół w sposób nieco niekonwencjonalny - to jest - wyrzucenia przez balkon. Sam stoi pod blokiem i łapie: plecak, portfel, smycz, czapkę, bluzę, portfel, telefon, zależy czego tam akurat zapomniał. Dobrze, że nie żąda dostarczenia psa tą metodą...
Dziś zażyczył sobie, żeby mu machnąć wiadomym sposobem kluczyki do auta. Pod blokiem mamy co prawda dość szeroki trawnik, ale graniczący jednak z wąziutkim chodnikiem, więc zostałam dokładnie poinstruowana, jak mam rzucać. Celować w to zielone. Bo ostatnio, jak teleportowałam klucze od mieszkania na beton, to jeden ukruszył się tak skutecznie, że nie dało się go nawet włożyć do zamka. O czym dowiedziałam się nieoczekiwanie w środku nocy, stojąc pod zamkniętymi na cztery spusty drzwiami i próbując dostać się do domu. Musiałabym warować na wycieraczce do rana, gdyby nie mój łaskawy mąż, który jakoś zdołał się obudzić po czterdziestym końskim rżeniu (mamy taki fajny dzwonek, ja co prawda upierałam się przy oślim ryku, ale stanęło na odgłosie paszczą), wstał i wpuścił swojego małego psuja, czyli mnie :-)
Wycelowałam, rzuciłam, i... trafiłam w dziesięciocentymetrowy, betonowy krawężnik. Mężyk tylko pokręcił z niedowierzaniem głową, zabrał narzędzia z auta i wlazł na górę, gdzie popatrzył na mnie badawczo i zapytał:
- Niuniu, nie myślałaś nigdy o tym programie???
- Jakim programie? - pytam, bo nie mam pojęcia, o co mu chodzi
- Mam talent...

wtorek, 4 sierpnia 2009

CIĄG DALSZY NASTĄPIŁ

Musiałam kupić nową,16450737485965 – tą, białą bluzkę do pracy. Ostatnią nadającą się do założenia wyprałam i powiesiłam na balkonie, żeby mi wyschła na rano No i srak mi na nią naptakał. Ręce i nogi opadają. Cały świat przeciwko mnie. Nawet zwierzęta!!! Ale ja się nie poddam. Jak dorwę tego srajduna, to mu wszystkie pióra z dupy powyrywam.
Przedmioty nieożywione także przeciwko mnie. Zabrałam swoją bielutką nówkę - sztukę do pracy i tego samego dnia, jeszcze przed założeniem, przypaliłam ją żelazkiem. Bo superhiperentelygenty nalały do niego wody. Niby oczywista czynność, ale dlaczego mineralnej??? Dlaczego gazowanej??? I dlaczego,  do cholery, się pytam, wody aromatyzowanej…???!!! O smaku truskawkowym, konkretnie. Jakbym chciała sobie kupić odzież aromatyzowaną zapachem przyjaranych konfitur, to wybrałabym chociaż tańszą!!! Bo zgodnie z  prawami fizyki, chociaż jak widać zbyt mało znanymi, czy tam chemii, cukier pod wpływem ciepła się skarmelizował. Na mojej bluzce. Nowej. Nie sprało się. Spiorę więc kogoś innego. Tego, który to zrobił. Jak znajdę.
Lepiej, żebym nie znalazła.

OPOWIEŚĆ NIEPRALAMENTARNA O TYM, JAK PRÓBOWAŁAM SIĘ WYSPAĆ I POPRAWIĆ SOBIE HUMOR

Jestem niewyspana, zmęczona i zła. Wróciłam z pracy wcześnie, nawet bardzo wcześnie, to jest około czwartej nad ranem. Marzyłam tylko o tym, żeby się w końcu wyspać. Kiedy tylko przełożyłam nogę przez próg, mina psiego winowajcy powiedziała mi wszystko. Było rozrabiane. Ale byłam tak zmęczona, że nawet nie miałam siły pruć się na kundla, który nadgryzł "Koty" Elliota, no dobra, rozumiem, że ich nie lubi, w końcu to pies. Z tych samych powodów sięgnął pewnie po "Dobranocki dla Casiussa" Hrabala. Ale co go skusiło u Kundery i Marai - nie wiem... Rozsmakował się bydlak w literaturze. Jak tak dalej pójdzie, ekslibrisem mojej biblioteczki staną się ślady zębów Białej Dupy na grzbiecie książki... żebym ja mu nie zaczęła znaczyć grzbietu w zamian, przysługa za przysługę, oko za oko, ząb za ząb. O tym, że zechlał pilota od dvd nawet nie wspomnę, bo w sumie nie zechlał całkowicie, tylko odgryzł końcówkę, widać stwierdził, że jest za długi i czas najwyższy to zmienić. Nie chce mi się nawet pisać o tym, że podarł na kawałki moje "Zwierciadło", na jego szczęście, zdążyłam je już przeczytać. Czyszczenie dywanu w środku nocy z kawałków obślinionego, przeżutego papieru, to szczyt heroizmu i kolejny szczegół nie wart nawet uwagi. Bo heroiczna nie byłam, runęłam jak stara szopa i zasnęłam w ciągu kilku minut.

 
Obudziło mnie skakanie. Skakanie PO MNIE, żeby nie było niedomówień. Patrzę półprzytomna na zegarek. 6.30, aha, mężyk wrócił z pracy. Po czym lokalizuję co skacze i dlaczego. Oczywiście ten skretyniały pies!!! Bo się cieszy, że Pan wrócił, ale skacze po mnie!!! To jest po łóżku, na którym leżę, ale to mu w ogóle nie przeszkadzało, trochę tylko mu się łapy ślizgały na wypukłościach. Ale mi przeszkadzało, więc mówię do tego barana. Do męża, nie do psa, zresztą, szczerze mówiąc, nie widziałam żadnej różnicy o tej nieludzkiej godzinie:
- Nie skacz po mnie!!!
- Ale ja po Tobie nie skaczę Kochanie!
- Ale Twój pies skacze, nie skacz po mnie, przy użyciu swojego psa!!!
- Ale to nie jest mój pies...
Dopiero mój wściekły ryk, zwiastujący nadchodzącą burzę, spowodował szybką ewakuację tych dwóch bydlaków. Zasnęłam...
Ding, ding, ding, ding, ding, ding...
Domofon. Udaję, że nie słyszę.

Ding, ding, ding, ding, ding....
Zwlekam się z łóżka, bo mojego męża nie obudziłyby walące się mury Hebronu. Ósma rano. Ding, ding, ding, ding...Pies już wyje pod drzwiami, bo skoro dzwonią, to znaczy, że ktoś przyszedł, a skoro przyszedł, to na pewno do niego, bo przecież każdy gość pojawia się tylko po to, żeby pies mógł go obskakać, przywitać, wylizać i żeby się z nim pobawić. No bo wszyscy kochają psa, tak jak on kocha wszystkich. Odbieram. Poczta. Czy ja mogę otworzyć. "Mogę", warknęłam do słuchawki, trzaskając nią malowniczo, bo w czterech literach mam cudzą pocztę o tej godzinie, a pana listonosza w tym samym miejscu..
Jakby nie mógł zadzwonić do tego stada emerytów, którzy tkwią na czatach w oknach już od szóstej rano. Musiał do mnie. Mieląc przekleństwa w zębach wróciłam do łóżka i zasnęłam.
Ding, ding, ding, ding, ding, ding...
Domofon. Udaję, że nie słyszę.

Ding, ding, ding, ding, ding....
Ale pies znowu już wyje pod drzwiami, bo skoro dzwonią, to znaczy, że ktoś przyszedł,
a skoro przyszedł, to na pewno do niego, bo przecież każdy gość przychodzi tylko po to, żeby pies mógł go obskakać, przywitać,wylizać i żeby się z nim pobawić. No bo wszyscy kochają psa, tak jak on kocha wszystkich.

Ding, ding, ding, ding, ding....
Zwlekam się z łóżka jak wcielenie stu furii, z trudem opanowując chęć odebrania mało dyplomatycznym "Czego!!!", w końcu rzucam niechętne "Słucham". A tam pan proponuje mi zakup jedynej i niepowtarzalnej kołdry zdrowotnej, antyalergicznej, antyreumatycznej i antyniewiemcojeszcze, z wełny muflona. I jeśli tylko zechcę, to już pędzi na górę, żeby mi ją zaprezentować. Nie chcę!!! Spać chcę!!! Jedyna kołdra, jaką jestem zainteresowana i o jakiej marzę, to moja własna. Mało uprzejmie dziękuję Panu Muflonowi i po raz kolejny obieram kurs na łóżko... Dwa kroki od celu słyszę:

Ding, ding, ding, ding, ding....
Ding, ding, ding, ding, ding....
Domofon. ZNOWU.
Wracam jak zombie pod drzwi, pałając chęcią mordu i podnoszę słuchawkę. A tam pan oferuje mi zakup jedynej i niepowtarzalnej kołdry zdrowotnej, antyalergicznej, antyreumatycznej i antyniewiemcojeszcze... Kiedy przerywam jego słowotok, proponując mu, żeby sobie własny produkt wsadził bardzo głęboko w wiadome miejsce, nawet nie mówi przepraszam, tylko świergocze radośnie jak skowronek "Oj, bo ja pomyliłem guziczki.." Mam ochotę wpuścić tego roztrzepanego ptaszka na górę i roztrzepać go jeszcze bardziej, to jest przerobić go przy użyciu tłuczka do mięsa na kotleciki. Też mi się przecież może pomylić, na przykład ze schabem bez kości. Jak człowiek śpi, to mu się może przyśnić, że tłucze mięcho, no nie? A tu by się na jawie okazało, że to pan akwizytor, każdy sąd by mnie uniewinnił za ubicie barana, który sprzedaje wełniane kołdry środku lata...
Wróciłam do łóżka i podjęłam ostatnią, desperacką próbę. Przyłożyłam głowę do poduszki. Nie na długo.

" Relax, take it easy...." O ironio...
Telefon. Z pracy.
Tym razem odebrałam warcząc przez zaciśnięte zęby:

- Co zzzzzzznowu?
- No bo rura pękła...
- To zadzwoń po hydraulika, czemu dzwonisz do mnie????
- Już dzwoniłam, był i naprawił, chciałam żebyś wiedziała...
Ja tam bez tej wiedzy mogłam spokojnie żyć, a już na pewno spać, ale trudno, wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba. Poddałam się, wstałam, zrobiłam sobie herbaty, zjadłam śniadanie i położyłam na kanapie z gazetą, oczekując na dalszy rozwój zdarzeń. Na kolejne telefony, domofony, domokrążców, listonoszy i kurierów, zainteresowanych tym, żeby się nie wyspała. Antygólnoludzka agresja kipiała we mnie i wylewała się uszami. I co? I nic!!! Warowałam przez kilka godzin i nikt nie zadzwonił, nikt!!! Pies z kulawą nogą nie otarł się nawet o nasze drzwi. Przez całe południe i popołudnie!!! Ale kiedy tylko wczesnym wieczorem przyłożyłam ucho do poduszki i zasnęłam...

"Relax, take it... " Telefon.

Miałam ochotę go rozdeptać. Kadrowa. Ją także miałam ochotę rozdeptać. Odebrałam zaspanym i wściekłym "Słucham!!!!", które w wolnym tłumaczeniu brzmiało: "Odwal się kobieto i daj mi spać, nie wiem, po co dzwonisz i nie interesuję mnie to, bo mam ochotę wyciągnąć Cię przez słuchawkę i przegryźć Ci tętnicę szyjną. Coś jeszcze chcesz wiedzieć???? Słucham!!! " No i wydarłam bezgłośnie ryło na koleżankę z pracy, która dzwoniła, żeby mi spóźnione życzenia imieninowe złożyć...
 Ale lipa. Łyso mi się zrobiło jak starej kobyle. Jednocześnie czarna rozpacz mnie ogarnęła. Poddałam się. Ostatecznie. Żadnego spania, podsypiania, drzemania, nawet spoglądania tęsknym wzrokiem w kierunku łóżka. Skoro cały świat sprzysiągł się przeciwko mnie - trudno. Idziemy do kina, zakomenderowałam do mężusia, bo muszę sobie humor poprawić. Poszliśmy na "Epokę Lodowcową",  siedziałam na seansie i furia we mnie rosła i puchła, owszem, film fajny, zabawny, ale ja złapałam na nim jeszcze większego doła.

 Kuźwa, nawet mamuty mają dzieci, tylko nie ja!!! Gdzie tu sprawiedliwość??? No może jakaś dziejowa jest, przynajmniej wyginęły. "Pocieszające", pomyślałam z jadowitą satysfakcją.
 I wcale nie mam obsesji na tym punkcie!!! Mężyk stwierdził, że jemu do mamuta daleko, więc najlepiej jakbym sobie chociaż jakiegoś słonia poszukała. No lecę, mało nóg nie połamię, słoń u nas w mieście raptem jeden, w Z OO, stary, brzydki i obsrany... Przynajmniej jak go ostatnio widziałam był, bo miał biegunkę.

No co za dzień. Chujnia z grzybnią. I kutasówa, że się tak bardzo nieparlamentarnie wyrażę. Chociaż w świetle tego, co się dzieje w naszym parlamencie, powinnam raczej napisać, że się tak "parlamentarnie" wyrażę...
Jestem zmęczona, niewyspana i zła. Z przewagą złej i tendencjami do wściekłej.