środa, 22 lipca 2009

ZAKLINACZE DESZCZU I BIURWY

 Normalnie anomalia pogodowa – leje. I wcale nie żar z nieba...
Ha, ha, to wszystko moja sprawka, muszę się przyznać!!! Wyciągnęłam wczoraj wieczorem z szafy i naszykowałam na rano moje zaklinacze deszczu. Białe, jeansowe spodnie. Zawsze kiedy je zakładam – pada. Może być trzydzieści stopni w cieniu, błękitne niebo bez żadnej chmurki, wciągam je na tyłek, wychodzę... i w ciągu kilkunastu minut przychodzi gigantyczna burza. Z miesiąc temu wyszliśmy ze znajomymi na lody, ja w moich zaklinaczach i brązowych japonkach. Nie minęło dziesięć minut, jak zaczęło kropić, a zanim dotarliśmy do centrum, już lało.
O zamontowaniu pod kolanami profesjonalnych chlapaczy nie pomyślałam, więc po powrocie wyglądałam jak zagorzały miłośnik offroadu, a spodnie nadawały się do wyrzucenia. Ale nie, nie, nie, ja tak łatwo się nie poddaję. Kupiłam drugie, takie same, przecena akurat była, a co. Zabrałam je nad Balaton i wystroiłam się na wycieczkę do Tihany. Pluło żabami jeszcze nazajutrz. W ostatnią niedzielę zrobiłam kolejne podejście. Poszliśmy na pizzę z moim bratem i jego żoną. Zasiedliśmy wygodnie na ogródku, zamówiliśmy, przynieśli dużą, a właściwie olbrzymią hawajską, przez moment poczułam się jak kierowca PKS - u za kółkiem... Nie zjedliśmy nawet połowy i co słyszę? Delikatny szmer spadających na markizę pierwszych kropel...
Chociaż moje niskie ciśnienie tego nie lubi, ja uwielbiam, kiedy pada. Biorę sobie wtedy książkę do łapy i przemieszczam się po mieszkaniu metodą własnych ubrań. Poleguję na kanapie, zsuwam się z fotela na dywan, zwisam na krzesełku, leżę na łóżku pół dnia, tak jak moje sweterki, bluzeczki, spódniczki i inne części garderoby. Malowniczy to zwykle widok, nie do przyodziania w słowa. Tak na marginesie, nie rozumiem, jakim cudem wwszystkie moje ubrania, w ciągu kilku dni od poukładania niepostrzeżenie opuszczają półki, wieszaki, szuflady i rozpełzają się po całym mieszkaniu...
Są wszędzie... W przypływie rozpaczy mąż zaproponował mi kiedyś demontaż szafy wnękowej i wstawienie tam krzeseł, na które do woli, bez opamiętania i krępacji bedę mogła rzucać swoje rzeczy...
Jak na razie mało nie rzuciałam się pani w dziekancie do gardła. Jakoś mnie naszło ostatnio na odebranie dyplomu z drugiego kierunku studiów. Rok odkładania na święty nigdy minął zanim się obejrzałam, kilka miesięcy straciłam na wędrówki po różnych dziwnych miejscach, żeby zgromadzić podpisy na obiegówce, aż w końcu dotarłam do szaroniebieskich drzwi. Na uniwersytecie wszystkie drogi do nich prowadzą, każdy student w końcu trafia do dziekanatu. Czynnego dwie godziny dziennie, coby studentów za bardzo nie rozpieszczać, w końcu cierpliwość jest cnotą. Ale kiedy pani sobie wyszła na półtorej w pilnej, prywatnej sprawie, okazało się, że ja do zbyt cnotliwych nie należę. No szlag mnie trafiał, jak tam stałam kupę czasu tylko po to, żeby oddać świstek papieru i dowiedzieć sie, że mam przyjść za dwa tygodnie. A, i koniecznie wtedy muszę oddać legitymację, bo bez jej zwrotu dyplomu nie otrzymam... Tłumaczę Pani, że nie mam, bo przeprowadzałam się kilka razy, zginęła mi, a poza tym straciła ważność cztery lata temu, nawet jej nie stemplowałam, ba, nawet nie pofatygowałam się, żeby wymienić ją na nową, bo nie była mi potrzebna. A Pani swoje – muszę ją oddać. Mówię, że nie mogę, bo nie mam. Ale muszę...
Siła biurokracji jest nie do przezwyciężenia. Nie tylko w dziekanatach.
Mója tata takie panie nazywał niezbyt ładnie, ale treściwie: biurwy. Przypomniało mi się to określenie, kiedy przeryłam w poszukiwaniu legitymacji wszystkie zakurzone kartony w piwnicy. A razem z nim - stary dowcip:
Przychodzi baba do lekarza ze studentem w dupie. Lekarz pyta: Co Pani jest?
Dziekanat...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz