środa, 29 lipca 2009

STRAJK

Nie samą miłością człowiek żyje, czasem trzeba coś zjeść. Tę potrzebę widać najwyraźniej, kiedy ma się męża i psa. Pierwszy natychmiast po przebudzeniu robi przegląd garów w kuchni, drugi znacząco łypie okiem na pustą michę.  Ale żeby coś zjeść, trzeba coś ugotować, żeby ugotować, trzeba mieć z czego – logiczne. Więc zebrałam się wczesnym przedpołudniem do kupy i poszłam dokonać aprowizacji pod kątem obiadu. Powinnam się domyśleć, że zawodnik w różowym krawacie wywieszonym z mordy raczej do wspólnego wymarszu się nie nadaje, mea culpa. Wydawało mi się jednak, że wie, co robi; przyjął pozycję startową przy drzwiach wyjściowych, więc go zabrałam.
Już w warzywniaku wysunął pierwsze psie postulaty pod moim adresem – wlazł pod skrzynki z owocami i dopiero po dłuższej perswazji odstąpił od roszczeń (żądał pozostawienia go w tym chłodnym i zacienionym miejscu). Jakoś udało mi się nakłonić go do dalszej współpracy i  ruszyliśmy do spożywczego. Po przejściu kilku przecznic, kiedy już skręcaliśmy we właściwą ulicę, znienacka sierściuch uwalił się w cieniu pod odzieżowym, gdzie chodnik ziębił w tyłek i przyjemnie wiało. Ale to nie był sklep, do którego mieliśmy iść! Od właściwego dzielił nas jeszcze spory kawałek…
 Tymczasem pies ogłosił strajk. Okupacyjny.
 Dobrze, że się nie oflagował.
Ale całym sobą prezentował postawę:
„Pierd….lę, dalej nie idę…. Za gorąco”.
 Nie pomogły prośby, groźby, przekonywanie, ciągnięcie i szarpanie za smycz. Ludzie nas mijali, śmiejąc się z psiego protestu, a na Białasie nie robiła to najmniejszego wrażenia. Konsekwentnie odmawiał dalszej współpracy. Leżał, ział, kiwał do mnie przyjaźnie ogonem, ale nie zamierzał odkleić tyłka od podłoża. W końcu zrezygnowałam z bezowocnych pertraktacji, przywiązałam smycz do kraty i zostawiłam go w miejscu, gdzie zastrajkował. Poszłam po zakupy, wychodząc ze słusznego, jak się okazało, złożenia, że nikt mi go nie ukradnie. No chyba, że złodziej będzie dysponował lawetą. Ale to było mało prawdopodobne…
 Zrobiłam zakupy, wróciłam po kundla, który schłodził się nieco przez ten czas i zrobił się skłonny do negocjacji. Strajk został niechętnie zakończony - poczłapaliśmy do domu, łapa za łapą. I pomyśleć, że początkowo wybierałam się na położony zdecydowanie dalej ryneczek. Dobrze, że mnie tam nie poniosło. Przy dobrych wiatrach wróciłabym z zakupami, ale na kolację.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz