środa, 15 lipca 2009

SPACERKIEM PRZEZ BALATON

Węgry to wzgórza obsypane domkami. To niekończące się pola rzepaku, kukurydzy i
słoneczników. Cudowne, żółte morza pyzatych mordek wystawionych do słońca. Van Gogh miałby problem z wyborem. My też mieliśmy. Ale nie chodziło o kwiatki do wazonu, tylko o brzeg jeziora Balaton - czy północny, bo cichszy i spokojniejszy, czy południowy, ten bardziej gwarny i zatłoczony. Wyjechaliśmy w niedzielę rano i po dziewięciu godzinach jazdy z krótkimi przerwami na zakup winiet i unicestwienie małego głoda, dotarliśmy do Balatonfured. Nie spodobało się nam, a przysłowiowym gwoździem do trumny stała się ...ogrodzona plaża z płatnym wstępem. Wiedziałam, że to nad Balatonem często spotykana praktyka, ale no cóż … nie zachęciła nas do pozostania akurat w tym miejscu.

Pojechaliśmy na południowy brzeg, do Zamardi. Malutka, cicha i spokojna mieścinka kilka kilometrów za Siofok zauroczyła nas błyskawicznie. Decyzję, że zostajemy podjęliśmy po przejściu zaledwie kilku ulic, które tonęły w kwiatach i bluszczach. No właśnie, ja składam zażalenie, tam tego zielska jest pełno, bluszcze obrastają domy jak szalone, włażą na drzewa, wiją się po trawie, rosną dziko i niepohamowanie. A u mnie w mieszkaniu to nie łaska!!! Jak listek wypuści to wypadałoby ogłosić święto narodowe... W Zamardi było takowe, ale muzyczne, „Groß Koncert”, jak mnie uprzejmie poinformowała pani, od której wynajęliśmy pokój, po małych perturbacjach językowych. Bowiem na Węgrzech oswojonego „Rooms for rent” z lupą można szukać, podobnie jak ludzi mówiących po angielsku. Język lokalny niepodobny do niczego. Za to „Piękna Danka” rządzi całą gębą… „Zimmer zu vermieten“, „Haus frei“, Danke schon“ tak dalej. Nawet podstawowa znajomość języka niemieckiego znacznie ułatwia komunikację. Ruszyłam rozleniwioną słońcem mózgownicą i poszukałam niemiecko- węgierskich napisów. Po krótkiej dedukcji doszłam do wniosku, że „elado” znaczy „do wynajęcia”, a słowo „szoba”, mimo iż niepokojąco kojarzyło się z szopą, to pokój i to o całkiem przyzwoitym standardzie, jak się okazało. Do tego z wygodnym tarasem, gdzie pierwszego dnia miło spędziliśmy przemiły wieczór we troje: ja, mój mąż i pękata butelka wina… Degustacja lokalnych trunków była jednym z wielu założeń naszej wycieczki, realizowanym z pełnym poświęceniem, aż do środy, kiedy to przelała się czara goryczy… Dosłownie :-) Po wieczorze spędzonym na ganianiu ptaszków po łazience straciliśmy ochotę na wino... a przynajmniej na wino dużych ilościach. Mężuś zaczął raczyć się dla odmiany lokalnym piwkiem, o dźwięcznej nazwie „Arany Aszok”... Po pominięciu pierwszych liter nazwa także była niepokojąca …

Ale nie było tak źle. W ogóle to było bardzo dobrze. I fajnie. Odpoczynek nad Balatonem mogę serdecznie polecić właściwie wszystkim. Woda w kolorze młodego żyta okazała się zaskakująco ciepła i płytka. Żeby sobie popływać, trzeba było drałować dobre 300 metrów w głąb jeziora, normalnie aż się nie chciało tyle iść ... maskara :-) Ale to jeszcze nic, szczyt wakacyjnego lenistwa osiągnęliśmy w czwartek, kiedy to postanowiliśmy spożyć kolację na tarasie. Zaprowiantowaliśmy się jak na wyprawę w Alpy, uczta trwała w najlepsze, kiedy mój mąż zażądał dostarczenia z pokoju pasty paprykowej. Odmówiłam, twierdząc, że cztery metry dzielące go od lodówki jest w stanie pokonać o własnych siłach i jak chce, to niech sobie ją sam przyniesie. A on patrzy na mnie smutnym wzrokiem zbitego psa i mówi, że w takim razie trudno, zje bez. I zjadł.

Tak na marginesie: do zakupu wspomnianego specjału zachęcił mnie malutki rysunek na opakowaniu - papryczki, które wyglądały zupełnie diabelskie różki… Pokusa była nie do opanowania. Pragnienie po spożyciu także. Ale polecam, zwłaszcza miłośnikom ekstremalnych wrażeń. Kulinarnych oczywiście, bo i bez tych się nie obyło. Skusiliśmy się na leczo, zupę gulaszową, sięgnęliśmy po ryby - ja w postaci pikantnej, pysznej zupy rybnej, której mój mąż chlipnął łyżkę i zapytał, czy to nie przypadkiem na wodzie bezpośrednio z Balatonu...

Ale do prawdziwego rozpasania doszło w zupełnie innej strefie żywieniowej. Pojechaliśmy sobie po prostu latem na Węgry, a trafiliśmy do owocowego raju..., gzdie królowały kilkunastokilogramowe arbuzy, brzoskwinie, nektarynki i to za psie pieniądze. Przesycone słońcem, którego smaku nie da się doszukać w polskich owocach, słodkie i pachnące... Zrobiłam z mężusia tragarza i tachał mi przez cały urlop te wypasione ogórkodynie na kwaterę w ilościach ocierających się o hurtowe. Podział był sprawiedliwy - brzoskwinie na plażę nosiłam ja... Chociaż nie jestem pewna, czy trawnik można sklasyfikować jako plażę, tych ostatnich nad Balatonem właściwie nie ma, jest miękka, zielona murawa i drzewa, które pozwoliły nam zawrzeć zadowalający obie strony kompromis. Połowę koca kładliśmy w cieniu, połowę na słońcu. Tego było sporo, więc obsmażyłam się jak frytka. Przy okazji oddawałam się lekturze, a mężuś albo taplał jak kaczucha, albo pedalił z Morfeuszem w cieniu klonów. Chyba, bo jakieś dziwne były, miały włochate kulki, a z pnia... obłaziła kora, bo pod spodem rosła już nowa. Mężuś zawyrokował, że to klony z łupieżem. Niech mi ktoś napisze, co to było, bo szukałam, a nie znalazłam. Za to drogę do Tihany namierzyłam idealnie, po przejechaniu trzydziestu kilometrów w stronę Budapesztu, który, jak się niebawem okazało, absolutnie nie leżał po drodze, wymiękłam nad mapą i nieśmiało zaproponowałam wycieczkę do stolicy... W końcu i tak mieliśmy tam jechać…

Ale zawróciliśmy. Półwysep zwiedziliśmy, warto, choćby po to, żeby zobaczyć jak wyglądają anteny satelitarne na trzcinowych dachach tradycyjnych, węgierskich chałupek :-). Pięknych mimo to, bo kryjących sklepy z ceramiką, muzeum marcepanu, muzeum zabawek, lawendowe sklepy. Stanęłam przed jednym, zrobiłam zdjęcie i pomyślałam - żeby tak można było sfotografować zapach... albo smak, na przykład węgierskich bułek z solą, pieprzem i papryką... Tej ostatniej jest wszędzie pełno, można ją znaleźć nawet w lokalnej kiełbasie, której piękny, pomarańczowy kolor po prostu mnie oczarował...

Podobne wrażenie zrobiła na mnie panorama Budapesztu ze Wzórza Gellerta – niesamowita. Tak jak zdolności adaptacyjne Węgrów, bowiem stający na tym wzniesieniu Pomnik Wyzwolenia początkowo upamiętniał oswobodzenie miasta przez Armię Czerwoną. Po demontażu charakterystycznej gwiazdki, której cień można zobaczyć jeszcze w górnej części monumentu stał się pomnikiem „Ku pamięci tych wszystkich, którzy oddali życie, wolność i dobrobyt Węgier”… Sprytne. Ale muszę zdementować plotki o modrym Dunaju, bo kolorem bardziej przypominał rzekę Jangcy... Poprzecinaną fantastycznymi mostami, na straży których stoją turule i… zgraja kotów. Przy moście łańcuchowym cztery, po dwa z każdej strony – monumentalne, wielkie, piękne, kamienne lwy, przed dziedzińcem zamkowym kolejne dwa, w herbie na wzgórzu następny. Idąc dalej tropem zwierząt w Budapeszcie – na wzgórzu Zamkowym warto odszukać konny pomnik Andrasa Hadika, komendanta Budy i faworyta cesarzowej Marii Teresy. Polecam zwłaszcza panom, bo podobno dotknięcie pewnego detalu, wypolerowanego nota bene na wysoki połysk, gwarantuje trwały przypływ męskiej energii i może śmiało konkurować z niebieską tabletką…
Zaraz obok pomnika znajduje się słynna cukiernia Ruszwurm, gdzie kiedyś po kremówki przysłano powóz aż z Wiednia. Zakładając, że jechał minimum dwa dni i tyle z nimi wracał, nie wiem, czy były tak dobre, jak głosi legenda…

My wróciliśmy do z Budapesztu do Zamardi wieczorem, poszliśmy nad brzeg Balatonu i odkryliśmy, że jadąc do Tihany i wracając wokół brzegu nadłożyliśmy dobre sto kilometrów. A można było prościej. Tak jak to robią miejscowi – ubrania i buty w foliowy worek, worek na głowę i spacerkiem jakieś 2 kilometry. Przez Balaton. Serio.

Po powrocie opowiadam o tym patencie mojej koleżance z pracy, takiej metr pięćdziesiąt w kapeluszu, ja pełna entuzjazmu i zachwycona, że przez to jezioro można PRZEJŚĆ na drugi brzeg. A ona mi na to
„Ja to bym nie przeszła…” No fakt. Ale może ją chociaż namówię na wycieczkę na Węgry. Warto. Choćby po to, żeby wybrać się na spacer przez Balaton.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz