piątek, 24 lipca 2009

OBSCYMUREK

Nasze życie z Białą Dupą rozpoczęło się pewnej lipcowej niedzieli. Mój mąż wstał wcześnie rano i wyszedł po cichutku z domu. Ja spałam po pracy. Wrócił przed południem i zanim wygrzebałam się spod kołdry, postawił mi na niej małego, biszkoptowego labka w czerwonych szeleczkach. Szczeniak tryskał niczym nieuzasadnioną radością, lizał po rękach, gryzł ostrymi jak szpilki zębami, machał ogonkiem, kręciła pupą i skakał po łóżku jakby miał sprężynę w środku. Zachowywał się jak dziecko z adhd i tak mu zostało po dziś dzień. A ja nie wierzyłam własnym oczom. Tak bardzo chciałam mieć psa, ale mój mąż długo się nie zgadzał. Zanim ochłonęłam z pierwszego szoku, psiak zeskoczył z łóżka i ruszył w szaleńczy rajd po mieszkaniu. Przy szafie zatrzymał się na moment, jakby go coś zastanowiło, przykucnął i pod małym pieskiem pojawiła się pierwsza, olbrzymia ….kałuża... Tak zaczęło się nasze życie z Obscymurkiem...

Potem szybko wyłapaliśmy, że każda przerwa w obłąkańczej aktywności psychoruchowej naszego pupila, jest mocno podejrzana. A raczej mokro podejrzana, bo Biała Dupka przez pierwsze dwa tygodnie lała gdzie popadnie. Na szczęście podłoga była stara i przeznaczona do szybkiej do wymiany, bo była także ekstremalnie higroskopijna i chłonęła wszystko jak gąbka. Czasem tylko cień wilgoci na niej zdradzał, że znów zdarzyło się nieszczęście. My tymczasem łamaliśmy sobie głowy, jak nazwać psa i najlepiej nam pasowały imiona: Velvet, Lejek, Sikaczu; ja upierałam się przy swojsko brzmiącym Siusiaku. Ale psinka wkrótce załapała, że wykonanie znaczącej potupajki przy drzwiach wejściowych, poza wywołaniem ataku paniki u właścicieli, działa jak zaklęcie “Sezamie otwórz się”. Słowem – idziemy na spacerek, bo szczeniaczek chce siku. Każdorazowe zbliżenie się sierściucha do progu mieszkania działało na nas jak wbicie szpilki w tyłek: podrywało na równe nogi z krzykiem. Mały piesek miał mały, słaby zaworek, co powodowało, że my z kolei mieliśmy mało czasu. Około minuty, żeby ubrać się, założyć buty, znaleźć smycz, przypominało to trochę alarm w straży pożarnej. Kiedy kundello uruchamiał syrenę, czyli zaczynał dodatkowo popiskiwać, robiło się gorąco. Od tego momentu mieliśmy nieprzekraczalny termin kilkunastu sekund, żeby wziąć pieska pod pachę i w trybie ewakuacyjnym udać się na dół. Trzymany na rękach nie lał. Czekanie na przyjazd windy nie wchodziło w grę. Marzyłam wtedy, żeby mi w bloku zainstalowali profesjonalną, strażacką rurę do zjazdów. Kara za przekroczenie czasu była bowiem bardzo surowa – mopowanie całych schodów. Dozorczyni pokochała wtedy naszego psa prawie tak jak my, bo średnio raz w tygodniu nie wyrabialiśmy się w limitach czasowych i robiliśmy za nią gruntowne porządki na klatce.

Minęło trochę czasu, zaworek się wzmocnił i skończyły się szaleńcze biegi krótkodystansowe. Piesek podrósł i opanował nową umiejętność – podnoszenie łapy. Byliśmy z niego dumni, do momentu, kiedy odkryliśmy, jak bardzo komplikuje nam to życie. Moment pierwszego, nieśmiałego uniesienia kończyny, stał się momentem przełomowym – tak narodził się OBSCYMUREK.

I jego alternatywne wcielenie: obsytrawek, obscydrzewek, obscyznak, obscyparking, obscyklomb, obscykrzaczek... Od tamtej chwili każda rzecz mijana wcześniej z absolutną psią obojętnością, zyskała nową wartość... T.zn. Warto ją
było OBSCAĆ. Czasem wychodzę z Białasem na spacer i po dwóch godzinach zaczynam się zastanawiać, ile on ma jeszcze tego w sobie, że mu wystarcza na tyle siksnięć!!! I tak jest po dziś dzień. Wracam z pracy w środku nocy, zmęczona jak koń po westernie, a kundel już stoi w drzwiach i czeka....No dobra, myślę, wyjdę z nim na pięć minut, niech się wyszcza... Kiedyś faktycznie tak było: piesek kucał, robił wielką kałużę i wracaliśmy. Teraz krążymy pod blokiem jak samolot przed lądowaniem (w miękkim, cieplutkim łóżku, które widzę już w wyobraźni). Mija dziesięć minut, dwadzieścia, trzydzieści, bo: kępka trawy - sik, sik, drzewko - sik, sik, drugie drzewko - sik, sik, murek -sik, sik, kosz na śmieci - sik, sik, znowu drzewko – sik, sik... trawka – sik, sik, duży kamień – sik, sik, znak drogowy – sik, sik, znowu kosz – sik, sik, znowu kępka trawy – sik, sik…
 Żadne gorące apele w stylu “No wylej się wreszcie!!!”, nie pomagają, w końcu w jego świecie jest tyle ciekawych rzeczy do obwąchani i obsikania... Podobno pies wyczuwa o wiele więcej zapachów niż człowiek, z jednej strony mnie to cieszy, bo znam aż za dobrze kategorię aromatów, w których gustuje kundello: zgniłe koty, błotniste kałuże... Z drugiej strony złości, bo miło byłoby wiedzieć, co mojego pupila zatrzymuje na każdym kroku, tak, że umawiając się ze znajomymi muszę uprzedzać, że idę “psim tempem”... Czyli – dwa kroki… i zadarcie łapy, trzy kroki, zadarcie łapy, dwa kroki, zadarcie łapy...
Jakieś kocie nawyki ma ten mój pies, znaczy sobie teren, czy co??? Dobrze, że do moich torebek nie leje, jak pewien Atrakcyjny Kazimierz z zaprzyjaźnionego bloga, tego bym nie zniosła.

Tak jak nieznoszę niejasnego statusu naszego ulubieńca.
Pilna potrzeba ustalenia do kogo tak naprawdę należy pies pojawia się właśnie wtedy, kiedy sierściuch chce siku i nie ma czasu na skomplikowane dochodzenie. Za to zaczyna się uporczywe zbywanie prawa własności na korzyść osób trzecich, w tym momencie niezbyt nimi zainteresowanych i dialogi w stylu:
- Wyprowadź swojego psa.
- Ale to nie jest mój pies!!
- Jak nie Twój, ciebie prosi!
- Ja go wczoraj wyprowadzałem!
- Ale dziś jest dziś i wczoraj się nie liczy!
A pies skomli coraz głośniej, jakby mówił :“Uuuuuuu, ja jestem wasz,
nie ma dla mnie znaczenia, które z was weźmie smycz i ze mną wyjdzie,
uuuuu..uuu, jakby wam to powiedzieć, lać mi się chce, bardzo, naprawdę bardzo
uuuu...uuuu....a i „ciuchcia” też chce wyjechać z tunelu....uuuuu…uuuu”
Najcięższym argumentem, po jaki sięgamy podczas dyskusji nad niechcianym prawem własności jest hasło: “Idź z nim, bo wiesz, jak nie, to wiesz, będzie ciepły boczek...”
Wiem. Jakiś czas temu nauczyliśmy się, że psich potrzeb i próśb nie należy lekceważyć, a czasem trzeba je nawet przewidzieć. Wróciliśmy po dwudniowej biesiadzie na działkach, potwornie zmęczeni i niewyspani, sierściuch był w podobnym stanie. Walnął się pod oknem i ani myślał o wyjściu, mąż klapnął na łóżko i do wieczornego spaceru miał podobny stosunek jak pies. Więc ja, za przykładem moich panów, też ogłosiłam strajk i położyłam się spać, kundel po chwili swoim zwyczajem zakradł się na łóżko i zwinął w kłębek w nogach... Około piątej rano obudziło mnie podejrzane ciepełko pod łydką. Wilgotne ciepełko. Mówiąc wprost, chociaż trochę łyso się przyznać, miałam ”ciepły boczek”... Kiedy zerwałam się jak wcielenie stu furii, znalazłam czworonoga pod oknem, gdzie w międzyczasie błyskawicznie się ewakuował. Białego sierściucha z uszami tak stulonymi, tak przyklejanymi do łba, że ich nie było widać, który trząsł się ze strachu. Gdyby mógł, dałby mi wszystkie cztery łapy na przeprosiny, ale na czymś musiał stać. Popatrzyłam na niego, na tą wielką, psią skruchę i zrozumiałam, że on naprawdę nie chciał, był tak zmęczony, że zlał się przez sen, no zdarzyło się jak dziecku… i złość mi przeszła.
Na męża.
Przeniosłam się na drugie, suche łóżko do salonu, a Leniwcowi Zakontraktowanemu jako ślubny oznajmiłam krótko: “Robisz pranie. TERAZ". Na psa nawet nie krzyczałam. Co mu się dziwić. Olaliśmy psa, to olał nas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz