poniedziałek, 20 lipca 2009

GORĄCO

   Gorąco. Mężusiowi, psu, a nawet mnie. Restauracji też.
Sierściuch się od nas wyprowadził. Nawet nie raczy wrócić na noc do mieszkania. Śpi na balkonie i nic nie jest go w stanie zwabić go do środka. Nie chce iść na spacer. Początkowo całe dnie spędzał pod drzwiami, bo tam jest lekki przeciąg i gres przyjemnie chłodzi futrzasty tyłek. „Spędzał”, bo kupiłam wycieraczkę i położyłam ją przed wejściem. Zostałam za to obrzucona psim, rozżalonym spojrzeniem i nazwana wyrodną, podłą Panią przez męża, który oskarżył mnie o zaizolowanie psu jedynego, chłodnego kawałka podłogi w domu. Na szczęście obaj mi wybaczyli, a wycieraczka nadal leży pod drzwiami – tyle, że do szafy…
Tymczasem kundello namierzył jeszcze lepsze miejsce i zalogował się w naszej mikroskopijnej łazience, blokując skutecznie dostęp do wanny. Nie daje się stamtąd wygnać, więc wszelkie czynności fizjologiczne musimy ostatnio załatwiać w przeuroczym towarzystwie naszego sierściucha. Kiedy się kąpiemy, zawiesza się przednimi łapami na krawędzi wanny, merda ogonem, jakby pytał: ”Mogę???”. Ja jestem dość odporna na żebractwo stosowane w każdej postaci, ale mój mąż niestety nie. Dzwonię do niego ostatnio z pracy, pytam jak tam w domu, co porabia, itd. I słyszę: „Siedzimy w wannie pełnej zimnej wody”. Najpierw wydawało mi się, że go źle zrozumiałam, ale nie, odpowiedź brzmiała: „SiedziMY" . My – czyli on i pies. Pozostawię to bez komentarza. W sumie kundel cierpi najbardziej w tym swoim futrze, ostatnio przykryliśmy go mokrym ręcznikiem i tak chodził pół dnia po mieszkaniu, osiodłany jak arabski rumak. 
Żałuję, że nie mogę zastosować tego patentu w pracy, bo kuchnia korzysta z niego z powodzeniem – co kilka godzin wsadzają t-shirty pod kran, wyżymają i zakładają z powrotem na siebie. A i tak moja ekipa misteriów mokrych podkoszulek zieje przeokropnie i nie dziwota. Nawet ja odpuściłam sobie w piątek standardy i paradowałam bez rajtek, w koszulowej bluzce, ale bez rękawów i w sandałkach. W sumie lepsze byłyby kalosze, bo pot lał mi się po tyłku, miałby się gdzie zbierać.
Restauracji też było gorąco. Za gorąco. W związku z tym w weekend, o godzinie dwudziestej pierwszej, podczas apogeum ruchu, przy wszystkich zajętych miejscach na sali, knajpa nieoczekiwanie i bez uprzedzenia ogłosiła sobie sjestę.
Najpierw padła schładzarka do piwa, robiąc przy okazji zwarcie, a potem zadziałał efekt domino. Jednocześnie przegrzała się skrzynka rozdzielcza, więc zdechła i klimatyzacja, i wentylacja. Wywaliło bezpieczniki, więc dalszej pracy odmówiła zmywarka, kostkarka do lodu, muzyka, ekspres do kawy, komputery i co najgorsze – system kasowy. Przestały się drukować zamówienia na kuchni, na barze, faktury i rachunki. Ja wyrobiłam limit użycia brzydkich wyrazów na najbliższe dwa lata. Elektryk co prawda, jak na prawdziwego faceta przystało, stanął na wysokości zadania i przyjechał po 20 minutach, ale rozłożył bezradnie ręce. Za gorąco i za duży pobór prądu. Stworzyliśmy wspólnymi siłami pajęczynkę przedłużaczy, przerywając słodki odpoczynek mojej ukochanej knajpuni, stawiając ją do nieco chwiejnego pionu i mobilizując od dalszej pracy. Ale w ciągu pół godziny restauracja z uroczego, gwarnego miejsca zamieniała się w Zgromadzenie Wkurwionych Gości, czekających długo na rachunki (pisane i liczone ręcznie), na napoje (brak lodu = brak połowy drinków z karty, padnięta schładzarka – piwo ciepłe i nalewane bardzo długo, bo się pieni jak głupie), na dania (których wydawanie było mocno opóźnione, bo część zamówień utkwiła w systemie i w ogóle nie ujrzała światła dziennego, pewnie po dziś dzień gdzieś sobie krążą cyberprzestrzeni). Normalnie Armagedon... 
W sobotę rano byłam umówiona na randevous z sześcioma serwisantami: od klimatyzacji, od wentylacji, od zmywarki, od systemu kasowego, z panem z żywca i z elektrykiem. Wszyscy przyjechali, nie wiem, czy to kwestia mojego nieodpartego uroku osobistego, czy siły przekonywania. Raczej to drugie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz