czwartek, 16 lipca 2009

BIAŁASY

Nad Balatonem jest pełno żebraków. Całe stada. Potrafią nawet podpłynąć do człowieka w wodzie. Kiedy idziesz brzegiem, śledzą cię wzrokiem, łypią spod oka, a nóż widelec im coś dasz. Kiedy sięgasz do torby po bułkę, zlatują się całym stadem, wyciągają długie szyje, podszczypują się nawzajem, a nawet przeganiają. A mówią, że to królewskie ptaki – te balatońskie są najwyraźniej blisko spokrewnione z sępami. Jeden z nich wykazał wręcz niepospolitą cierpliwość. Mimo że został nakarmiony, towarzyszył nam dalej przez cały wieczór, aż do zupełnego zmroku, kiedy w końcu zrezygnowany odpłynął. Głupio mi było, ale naprawdę nie mieliśmy już więcej chleba, w desperacji poświęciłam dla niego nawet pół bułki z mężowskiego hot – doga. I zostałam oskarżona, że kupiłam go specjalnie dla łabędzia, a nie dla mojej głodnej, drugiej połowy. Która w rewanżu łypnęła na łakome ptaszysko okiem, również łakomym i powróciła do wątku już tu poruszanego…”Takie udko to bym obgryzł, duże pewnie by było.. I dobre… Jak myślisz, kochanie”? Sama go zresztą na ten trop naprowadziłam, bo wspomniałam, że podobno w Irlandii polscy emigracji zjadali łabędzie. Ptaszysko chyba coś wyczuło, bo zrejterowało na bezpieczną odległość od brzegu. A my usiedliśmy na drewnianym pomoście, gdzie do zmierzchu moczyliśmy sobie nogi, piliśmy wino i gadaliśmy.
Zastanawialiśmy się między innymi, czy szare ptaszysko, które kręciło się wśród stada dorosłych, śnieżnobiałych osobników jest młodym łabędziem, czy młodą gęsią. Ja upierałam się, że tym drugim, bo ptak o jasnym dziobie nie miał tej charakterystycznej, czarnej kreski dookoła oka. A mąż mi na to, że jej nie ma, bo młode łabędzie się nie malują. Ten argument powalił mnie na deski. A może to było wino?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz