środa, 29 lipca 2009

STRAJK

Nie samą miłością człowiek żyje, czasem trzeba coś zjeść. Tę potrzebę widać najwyraźniej, kiedy ma się męża i psa. Pierwszy natychmiast po przebudzeniu robi przegląd garów w kuchni, drugi znacząco łypie okiem na pustą michę.  Ale żeby coś zjeść, trzeba coś ugotować, żeby ugotować, trzeba mieć z czego – logiczne. Więc zebrałam się wczesnym przedpołudniem do kupy i poszłam dokonać aprowizacji pod kątem obiadu. Powinnam się domyśleć, że zawodnik w różowym krawacie wywieszonym z mordy raczej do wspólnego wymarszu się nie nadaje, mea culpa. Wydawało mi się jednak, że wie, co robi; przyjął pozycję startową przy drzwiach wyjściowych, więc go zabrałam.
Już w warzywniaku wysunął pierwsze psie postulaty pod moim adresem – wlazł pod skrzynki z owocami i dopiero po dłuższej perswazji odstąpił od roszczeń (żądał pozostawienia go w tym chłodnym i zacienionym miejscu). Jakoś udało mi się nakłonić go do dalszej współpracy i  ruszyliśmy do spożywczego. Po przejściu kilku przecznic, kiedy już skręcaliśmy we właściwą ulicę, znienacka sierściuch uwalił się w cieniu pod odzieżowym, gdzie chodnik ziębił w tyłek i przyjemnie wiało. Ale to nie był sklep, do którego mieliśmy iść! Od właściwego dzielił nas jeszcze spory kawałek…
 Tymczasem pies ogłosił strajk. Okupacyjny.
 Dobrze, że się nie oflagował.
Ale całym sobą prezentował postawę:
„Pierd….lę, dalej nie idę…. Za gorąco”.
 Nie pomogły prośby, groźby, przekonywanie, ciągnięcie i szarpanie za smycz. Ludzie nas mijali, śmiejąc się z psiego protestu, a na Białasie nie robiła to najmniejszego wrażenia. Konsekwentnie odmawiał dalszej współpracy. Leżał, ział, kiwał do mnie przyjaźnie ogonem, ale nie zamierzał odkleić tyłka od podłoża. W końcu zrezygnowałam z bezowocnych pertraktacji, przywiązałam smycz do kraty i zostawiłam go w miejscu, gdzie zastrajkował. Poszłam po zakupy, wychodząc ze słusznego, jak się okazało, złożenia, że nikt mi go nie ukradnie. No chyba, że złodziej będzie dysponował lawetą. Ale to było mało prawdopodobne…
 Zrobiłam zakupy, wróciłam po kundla, który schłodził się nieco przez ten czas i zrobił się skłonny do negocjacji. Strajk został niechętnie zakończony - poczłapaliśmy do domu, łapa za łapą. I pomyśleć, że początkowo wybierałam się na położony zdecydowanie dalej ryneczek. Dobrze, że mnie tam nie poniosło. Przy dobrych wiatrach wróciłabym z zakupami, ale na kolację.

poniedziałek, 27 lipca 2009

TO NIE MÓJ ŚWIAT...

yłam przedwczoraj u mojej przyjaciółki, razem z psem oczywiście. Ten ostatni trasę zna na pamięć, bezbłędnie prowadzi mnie aż pod sam blok. Idzie jak po sznurku, bo ma w tym swój ukryty cel. Zawsze, zanim zadzwonię domofonem, odpinam smycz, żeby uniknąć wciągnięcia na górę siłą, bo sierściuch ma niemiły zwyczaj wpadania w szalonym pędzie na klatkę schodową. Tym razem też pognał na górę i zdziwiony wyrżnął z całej siły nosem w drzwi. No bo Ewa nie zdążyła jeszcze ich otworzyć...
Powody, które go tak motywują do pośpiechu, są bardzo przyziemne – moja przyjaciółka pieczołowicie gromadzi dla naszego czworonoga resztki wędlin, kości, kawałki starego mięsa. A on dobrze o tym pamięta. Kiedy w końcu spotykamy się w troje, pies ma ucztę. Doszło do tego, że wpada jak szalony do ewkowej kuchni i młócąc ogonem po meblach jak cepem, domaga się należnej daniny, ponaglając opieszałą właścicielkę mieszkania głośnym, gardłowym “UUUUuuuuUUuuu...co znaczy: No daj!”, lub co gorsza – szczekaniem. A jak huknie swoim basem, to się farba ze ścian sypie... Dobrze, jeśli Wiktor wtedy nie śpi. Bo jeśli śpi to... już nie śpi. Złazi z łóżka i leci z wyciągniętymi łapkami do psa. Wiktor ma półtora roku i kocha mojego sierściucha całym swym dziecięcym serduszkiem. Z wzajemnością, dlatego kundel z całkowitym spokojem i stoickim opanowaniem znosi wkładanie palców do oka, zaglądanie do pyska, ciągnięcie za ogon i poklepywanie po grzbiecie. Odwzajemnia się zwykle za te “pieszczoty” przyjaznym liznięciem dziecka po buzi, czego z kolei nie znosi Wiktor. W ekstremalnych przypadkach zaczyna płakać, co sprawia, że obdarzony wielką empatią pies zaczyna go lizać ze zdwojoną siłą... Tak, na pocieszenie...
Tym razem obyło się bez dramatów. Poszłyśmy na spacer do parku, moja przyjaciółka z wózkiem, ja z psem na smyczy. Ewa zaprowadziła młodego do piaskownicy, gdzie błyskawicznie zaanektował na własny użytek wszystkie samochodziki bawiących się dzieci. Ja stałam z boku, za ogrodzeniem, patrzyłam na kolorowe stadko maluchów grzebiące w piasku i robiło mi coraz smutniej.
To nie mój świat...

sobota, 25 lipca 2009

LIRYCZNY PONIEDZIAŁEK Z FETYSZYSTĄ

Poniedziałek było gorący i duszny, pies leżał cały dzień pod drzwiami i ział. Wieczorem wsadziliśmy go do auta i pojechaliśmy. Dość daleko, ponad czterdzieści kilometrów za miasto. Sporo czasu straciliśmy na stanie w korku i dojazd zatłoczoną trasą. Kiedy skręcaliśmy w dziurawą drogę prowadzącą do starej, zalanej wodą żwirowni, powoli zapadł zmrok. Asfalt parował po deszczu, było już nieco chłodniej, duchota ustępowała przed zimnym, wieczornym powietrzem. Las to gadał z wiatrem, to szeptał coś pod nosem. Nad brzegiem jeziora, na naszej dzikiej plaży nie było nikogo. Tylko jakiś samotny, milczący wędkarz przeszedł daleko za naszymi plecami i gdzieś zniknął. Pies radosnym szczekaniem zbełtał wieczorną ciszę, potem znów zapanował błogi spokój i tylko było widać biały trójkąt łba nad taflą wody. Mój mąż, niewiele myśląc, zrzucił ubranie i poszedł za jego przykładem. Stałam na brzegu i patrzyłam jak rytmicznie rozgarnia ramionami wodę. Było tak spokojnie, dzień powoli zapadał w drzemkę. Patrzyłam, patrzyłam i... poczułam, że też mam ochotę. Zanurzyłam na próbę rękę. Ciepła. Cieplejsza niż myślałam. Ciepła i przytulna. Zawahałam się przez moment, nie miałam z sobą kostiumu kąpielowego. Mąż chyba wyczuł moje zastanowienie, bo zaczął mnie zachęcać do kąpieli bez niego. Powoli weszłam do wody, była przyjemnie chłodna, jak satynowa kodra naciągnięta na nagie ciało; nad nią wisiał baldachim z mgły, przejrzystej jak woal. Starałam się płynąć jak najwolniej, żeby nie zmącić magicznego klimatu tej chwili, jak najciszej, żeby jej nie spłoszyć. Pomyślałam sobie, że widzę właśnie jezioro z perspektywy dzikiego, wodnego ptaka....
Było nastrojowo, lirycznie i romantycznie.. Do momentu, w którym pies namierzył, że trzymam COŚ w ręku.. Uznał, że skoro tym CZYMŚ macham, to na pewno zapraszam go do zabawy i postanowił to COŚ upolować. Co też wykonał w trybie natychmiastowym. Złapał w zęby, wyszarpnął i uciekł. A dokładnie – odpłynął, bardzo z siebie zadowolony.
To COŚ to była moja bielizna...Bałam się zostawić ją na kompletnie pustym brzegu, zresztą zdjęłam ją dopiero w wodzie. Więc pływałam trzymając ją w ręku, co pozwoliło na odkrycie zaskakującej prawdy o Białej Dupie.
Mamy psa – fetyszystę. To straszne.

piątek, 24 lipca 2009

OBSCYMUREK

Nasze życie z Białą Dupą rozpoczęło się pewnej lipcowej niedzieli. Mój mąż wstał wcześnie rano i wyszedł po cichutku z domu. Ja spałam po pracy. Wrócił przed południem i zanim wygrzebałam się spod kołdry, postawił mi na niej małego, biszkoptowego labka w czerwonych szeleczkach. Szczeniak tryskał niczym nieuzasadnioną radością, lizał po rękach, gryzł ostrymi jak szpilki zębami, machał ogonkiem, kręciła pupą i skakał po łóżku jakby miał sprężynę w środku. Zachowywał się jak dziecko z adhd i tak mu zostało po dziś dzień. A ja nie wierzyłam własnym oczom. Tak bardzo chciałam mieć psa, ale mój mąż długo się nie zgadzał. Zanim ochłonęłam z pierwszego szoku, psiak zeskoczył z łóżka i ruszył w szaleńczy rajd po mieszkaniu. Przy szafie zatrzymał się na moment, jakby go coś zastanowiło, przykucnął i pod małym pieskiem pojawiła się pierwsza, olbrzymia ….kałuża... Tak zaczęło się nasze życie z Obscymurkiem...

Potem szybko wyłapaliśmy, że każda przerwa w obłąkańczej aktywności psychoruchowej naszego pupila, jest mocno podejrzana. A raczej mokro podejrzana, bo Biała Dupka przez pierwsze dwa tygodnie lała gdzie popadnie. Na szczęście podłoga była stara i przeznaczona do szybkiej do wymiany, bo była także ekstremalnie higroskopijna i chłonęła wszystko jak gąbka. Czasem tylko cień wilgoci na niej zdradzał, że znów zdarzyło się nieszczęście. My tymczasem łamaliśmy sobie głowy, jak nazwać psa i najlepiej nam pasowały imiona: Velvet, Lejek, Sikaczu; ja upierałam się przy swojsko brzmiącym Siusiaku. Ale psinka wkrótce załapała, że wykonanie znaczącej potupajki przy drzwiach wejściowych, poza wywołaniem ataku paniki u właścicieli, działa jak zaklęcie “Sezamie otwórz się”. Słowem – idziemy na spacerek, bo szczeniaczek chce siku. Każdorazowe zbliżenie się sierściucha do progu mieszkania działało na nas jak wbicie szpilki w tyłek: podrywało na równe nogi z krzykiem. Mały piesek miał mały, słaby zaworek, co powodowało, że my z kolei mieliśmy mało czasu. Około minuty, żeby ubrać się, założyć buty, znaleźć smycz, przypominało to trochę alarm w straży pożarnej. Kiedy kundello uruchamiał syrenę, czyli zaczynał dodatkowo popiskiwać, robiło się gorąco. Od tego momentu mieliśmy nieprzekraczalny termin kilkunastu sekund, żeby wziąć pieska pod pachę i w trybie ewakuacyjnym udać się na dół. Trzymany na rękach nie lał. Czekanie na przyjazd windy nie wchodziło w grę. Marzyłam wtedy, żeby mi w bloku zainstalowali profesjonalną, strażacką rurę do zjazdów. Kara za przekroczenie czasu była bowiem bardzo surowa – mopowanie całych schodów. Dozorczyni pokochała wtedy naszego psa prawie tak jak my, bo średnio raz w tygodniu nie wyrabialiśmy się w limitach czasowych i robiliśmy za nią gruntowne porządki na klatce.

Minęło trochę czasu, zaworek się wzmocnił i skończyły się szaleńcze biegi krótkodystansowe. Piesek podrósł i opanował nową umiejętność – podnoszenie łapy. Byliśmy z niego dumni, do momentu, kiedy odkryliśmy, jak bardzo komplikuje nam to życie. Moment pierwszego, nieśmiałego uniesienia kończyny, stał się momentem przełomowym – tak narodził się OBSCYMUREK.

I jego alternatywne wcielenie: obsytrawek, obscydrzewek, obscyznak, obscyparking, obscyklomb, obscykrzaczek... Od tamtej chwili każda rzecz mijana wcześniej z absolutną psią obojętnością, zyskała nową wartość... T.zn. Warto ją
było OBSCAĆ. Czasem wychodzę z Białasem na spacer i po dwóch godzinach zaczynam się zastanawiać, ile on ma jeszcze tego w sobie, że mu wystarcza na tyle siksnięć!!! I tak jest po dziś dzień. Wracam z pracy w środku nocy, zmęczona jak koń po westernie, a kundel już stoi w drzwiach i czeka....No dobra, myślę, wyjdę z nim na pięć minut, niech się wyszcza... Kiedyś faktycznie tak było: piesek kucał, robił wielką kałużę i wracaliśmy. Teraz krążymy pod blokiem jak samolot przed lądowaniem (w miękkim, cieplutkim łóżku, które widzę już w wyobraźni). Mija dziesięć minut, dwadzieścia, trzydzieści, bo: kępka trawy - sik, sik, drzewko - sik, sik, drugie drzewko - sik, sik, murek -sik, sik, kosz na śmieci - sik, sik, znowu drzewko – sik, sik... trawka – sik, sik, duży kamień – sik, sik, znak drogowy – sik, sik, znowu kosz – sik, sik, znowu kępka trawy – sik, sik…
 Żadne gorące apele w stylu “No wylej się wreszcie!!!”, nie pomagają, w końcu w jego świecie jest tyle ciekawych rzeczy do obwąchani i obsikania... Podobno pies wyczuwa o wiele więcej zapachów niż człowiek, z jednej strony mnie to cieszy, bo znam aż za dobrze kategorię aromatów, w których gustuje kundello: zgniłe koty, błotniste kałuże... Z drugiej strony złości, bo miło byłoby wiedzieć, co mojego pupila zatrzymuje na każdym kroku, tak, że umawiając się ze znajomymi muszę uprzedzać, że idę “psim tempem”... Czyli – dwa kroki… i zadarcie łapy, trzy kroki, zadarcie łapy, dwa kroki, zadarcie łapy...
Jakieś kocie nawyki ma ten mój pies, znaczy sobie teren, czy co??? Dobrze, że do moich torebek nie leje, jak pewien Atrakcyjny Kazimierz z zaprzyjaźnionego bloga, tego bym nie zniosła.

Tak jak nieznoszę niejasnego statusu naszego ulubieńca.
Pilna potrzeba ustalenia do kogo tak naprawdę należy pies pojawia się właśnie wtedy, kiedy sierściuch chce siku i nie ma czasu na skomplikowane dochodzenie. Za to zaczyna się uporczywe zbywanie prawa własności na korzyść osób trzecich, w tym momencie niezbyt nimi zainteresowanych i dialogi w stylu:
- Wyprowadź swojego psa.
- Ale to nie jest mój pies!!
- Jak nie Twój, ciebie prosi!
- Ja go wczoraj wyprowadzałem!
- Ale dziś jest dziś i wczoraj się nie liczy!
A pies skomli coraz głośniej, jakby mówił :“Uuuuuuu, ja jestem wasz,
nie ma dla mnie znaczenia, które z was weźmie smycz i ze mną wyjdzie,
uuuuu..uuu, jakby wam to powiedzieć, lać mi się chce, bardzo, naprawdę bardzo
uuuu...uuuu....a i „ciuchcia” też chce wyjechać z tunelu....uuuuu…uuuu”
Najcięższym argumentem, po jaki sięgamy podczas dyskusji nad niechcianym prawem własności jest hasło: “Idź z nim, bo wiesz, jak nie, to wiesz, będzie ciepły boczek...”
Wiem. Jakiś czas temu nauczyliśmy się, że psich potrzeb i próśb nie należy lekceważyć, a czasem trzeba je nawet przewidzieć. Wróciliśmy po dwudniowej biesiadzie na działkach, potwornie zmęczeni i niewyspani, sierściuch był w podobnym stanie. Walnął się pod oknem i ani myślał o wyjściu, mąż klapnął na łóżko i do wieczornego spaceru miał podobny stosunek jak pies. Więc ja, za przykładem moich panów, też ogłosiłam strajk i położyłam się spać, kundel po chwili swoim zwyczajem zakradł się na łóżko i zwinął w kłębek w nogach... Około piątej rano obudziło mnie podejrzane ciepełko pod łydką. Wilgotne ciepełko. Mówiąc wprost, chociaż trochę łyso się przyznać, miałam ”ciepły boczek”... Kiedy zerwałam się jak wcielenie stu furii, znalazłam czworonoga pod oknem, gdzie w międzyczasie błyskawicznie się ewakuował. Białego sierściucha z uszami tak stulonymi, tak przyklejanymi do łba, że ich nie było widać, który trząsł się ze strachu. Gdyby mógł, dałby mi wszystkie cztery łapy na przeprosiny, ale na czymś musiał stać. Popatrzyłam na niego, na tą wielką, psią skruchę i zrozumiałam, że on naprawdę nie chciał, był tak zmęczony, że zlał się przez sen, no zdarzyło się jak dziecku… i złość mi przeszła.
Na męża.
Przeniosłam się na drugie, suche łóżko do salonu, a Leniwcowi Zakontraktowanemu jako ślubny oznajmiłam krótko: “Robisz pranie. TERAZ". Na psa nawet nie krzyczałam. Co mu się dziwić. Olaliśmy psa, to olał nas.

środa, 22 lipca 2009

ZAKLINACZE DESZCZU I BIURWY

 Normalnie anomalia pogodowa – leje. I wcale nie żar z nieba...
Ha, ha, to wszystko moja sprawka, muszę się przyznać!!! Wyciągnęłam wczoraj wieczorem z szafy i naszykowałam na rano moje zaklinacze deszczu. Białe, jeansowe spodnie. Zawsze kiedy je zakładam – pada. Może być trzydzieści stopni w cieniu, błękitne niebo bez żadnej chmurki, wciągam je na tyłek, wychodzę... i w ciągu kilkunastu minut przychodzi gigantyczna burza. Z miesiąc temu wyszliśmy ze znajomymi na lody, ja w moich zaklinaczach i brązowych japonkach. Nie minęło dziesięć minut, jak zaczęło kropić, a zanim dotarliśmy do centrum, już lało.
O zamontowaniu pod kolanami profesjonalnych chlapaczy nie pomyślałam, więc po powrocie wyglądałam jak zagorzały miłośnik offroadu, a spodnie nadawały się do wyrzucenia. Ale nie, nie, nie, ja tak łatwo się nie poddaję. Kupiłam drugie, takie same, przecena akurat była, a co. Zabrałam je nad Balaton i wystroiłam się na wycieczkę do Tihany. Pluło żabami jeszcze nazajutrz. W ostatnią niedzielę zrobiłam kolejne podejście. Poszliśmy na pizzę z moim bratem i jego żoną. Zasiedliśmy wygodnie na ogródku, zamówiliśmy, przynieśli dużą, a właściwie olbrzymią hawajską, przez moment poczułam się jak kierowca PKS - u za kółkiem... Nie zjedliśmy nawet połowy i co słyszę? Delikatny szmer spadających na markizę pierwszych kropel...
Chociaż moje niskie ciśnienie tego nie lubi, ja uwielbiam, kiedy pada. Biorę sobie wtedy książkę do łapy i przemieszczam się po mieszkaniu metodą własnych ubrań. Poleguję na kanapie, zsuwam się z fotela na dywan, zwisam na krzesełku, leżę na łóżku pół dnia, tak jak moje sweterki, bluzeczki, spódniczki i inne części garderoby. Malowniczy to zwykle widok, nie do przyodziania w słowa. Tak na marginesie, nie rozumiem, jakim cudem wwszystkie moje ubrania, w ciągu kilku dni od poukładania niepostrzeżenie opuszczają półki, wieszaki, szuflady i rozpełzają się po całym mieszkaniu...
Są wszędzie... W przypływie rozpaczy mąż zaproponował mi kiedyś demontaż szafy wnękowej i wstawienie tam krzeseł, na które do woli, bez opamiętania i krępacji bedę mogła rzucać swoje rzeczy...
Jak na razie mało nie rzuciałam się pani w dziekancie do gardła. Jakoś mnie naszło ostatnio na odebranie dyplomu z drugiego kierunku studiów. Rok odkładania na święty nigdy minął zanim się obejrzałam, kilka miesięcy straciłam na wędrówki po różnych dziwnych miejscach, żeby zgromadzić podpisy na obiegówce, aż w końcu dotarłam do szaroniebieskich drzwi. Na uniwersytecie wszystkie drogi do nich prowadzą, każdy student w końcu trafia do dziekanatu. Czynnego dwie godziny dziennie, coby studentów za bardzo nie rozpieszczać, w końcu cierpliwość jest cnotą. Ale kiedy pani sobie wyszła na półtorej w pilnej, prywatnej sprawie, okazało się, że ja do zbyt cnotliwych nie należę. No szlag mnie trafiał, jak tam stałam kupę czasu tylko po to, żeby oddać świstek papieru i dowiedzieć sie, że mam przyjść za dwa tygodnie. A, i koniecznie wtedy muszę oddać legitymację, bo bez jej zwrotu dyplomu nie otrzymam... Tłumaczę Pani, że nie mam, bo przeprowadzałam się kilka razy, zginęła mi, a poza tym straciła ważność cztery lata temu, nawet jej nie stemplowałam, ba, nawet nie pofatygowałam się, żeby wymienić ją na nową, bo nie była mi potrzebna. A Pani swoje – muszę ją oddać. Mówię, że nie mogę, bo nie mam. Ale muszę...
Siła biurokracji jest nie do przezwyciężenia. Nie tylko w dziekanatach.
Mója tata takie panie nazywał niezbyt ładnie, ale treściwie: biurwy. Przypomniało mi się to określenie, kiedy przeryłam w poszukiwaniu legitymacji wszystkie zakurzone kartony w piwnicy. A razem z nim - stary dowcip:
Przychodzi baba do lekarza ze studentem w dupie. Lekarz pyta: Co Pani jest?
Dziekanat...

poniedziałek, 20 lipca 2009

GORĄCO

   Gorąco. Mężusiowi, psu, a nawet mnie. Restauracji też.
Sierściuch się od nas wyprowadził. Nawet nie raczy wrócić na noc do mieszkania. Śpi na balkonie i nic nie jest go w stanie zwabić go do środka. Nie chce iść na spacer. Początkowo całe dnie spędzał pod drzwiami, bo tam jest lekki przeciąg i gres przyjemnie chłodzi futrzasty tyłek. „Spędzał”, bo kupiłam wycieraczkę i położyłam ją przed wejściem. Zostałam za to obrzucona psim, rozżalonym spojrzeniem i nazwana wyrodną, podłą Panią przez męża, który oskarżył mnie o zaizolowanie psu jedynego, chłodnego kawałka podłogi w domu. Na szczęście obaj mi wybaczyli, a wycieraczka nadal leży pod drzwiami – tyle, że do szafy…
Tymczasem kundello namierzył jeszcze lepsze miejsce i zalogował się w naszej mikroskopijnej łazience, blokując skutecznie dostęp do wanny. Nie daje się stamtąd wygnać, więc wszelkie czynności fizjologiczne musimy ostatnio załatwiać w przeuroczym towarzystwie naszego sierściucha. Kiedy się kąpiemy, zawiesza się przednimi łapami na krawędzi wanny, merda ogonem, jakby pytał: ”Mogę???”. Ja jestem dość odporna na żebractwo stosowane w każdej postaci, ale mój mąż niestety nie. Dzwonię do niego ostatnio z pracy, pytam jak tam w domu, co porabia, itd. I słyszę: „Siedzimy w wannie pełnej zimnej wody”. Najpierw wydawało mi się, że go źle zrozumiałam, ale nie, odpowiedź brzmiała: „SiedziMY" . My – czyli on i pies. Pozostawię to bez komentarza. W sumie kundel cierpi najbardziej w tym swoim futrze, ostatnio przykryliśmy go mokrym ręcznikiem i tak chodził pół dnia po mieszkaniu, osiodłany jak arabski rumak. 
Żałuję, że nie mogę zastosować tego patentu w pracy, bo kuchnia korzysta z niego z powodzeniem – co kilka godzin wsadzają t-shirty pod kran, wyżymają i zakładają z powrotem na siebie. A i tak moja ekipa misteriów mokrych podkoszulek zieje przeokropnie i nie dziwota. Nawet ja odpuściłam sobie w piątek standardy i paradowałam bez rajtek, w koszulowej bluzce, ale bez rękawów i w sandałkach. W sumie lepsze byłyby kalosze, bo pot lał mi się po tyłku, miałby się gdzie zbierać.
Restauracji też było gorąco. Za gorąco. W związku z tym w weekend, o godzinie dwudziestej pierwszej, podczas apogeum ruchu, przy wszystkich zajętych miejscach na sali, knajpa nieoczekiwanie i bez uprzedzenia ogłosiła sobie sjestę.
Najpierw padła schładzarka do piwa, robiąc przy okazji zwarcie, a potem zadziałał efekt domino. Jednocześnie przegrzała się skrzynka rozdzielcza, więc zdechła i klimatyzacja, i wentylacja. Wywaliło bezpieczniki, więc dalszej pracy odmówiła zmywarka, kostkarka do lodu, muzyka, ekspres do kawy, komputery i co najgorsze – system kasowy. Przestały się drukować zamówienia na kuchni, na barze, faktury i rachunki. Ja wyrobiłam limit użycia brzydkich wyrazów na najbliższe dwa lata. Elektryk co prawda, jak na prawdziwego faceta przystało, stanął na wysokości zadania i przyjechał po 20 minutach, ale rozłożył bezradnie ręce. Za gorąco i za duży pobór prądu. Stworzyliśmy wspólnymi siłami pajęczynkę przedłużaczy, przerywając słodki odpoczynek mojej ukochanej knajpuni, stawiając ją do nieco chwiejnego pionu i mobilizując od dalszej pracy. Ale w ciągu pół godziny restauracja z uroczego, gwarnego miejsca zamieniała się w Zgromadzenie Wkurwionych Gości, czekających długo na rachunki (pisane i liczone ręcznie), na napoje (brak lodu = brak połowy drinków z karty, padnięta schładzarka – piwo ciepłe i nalewane bardzo długo, bo się pieni jak głupie), na dania (których wydawanie było mocno opóźnione, bo część zamówień utkwiła w systemie i w ogóle nie ujrzała światła dziennego, pewnie po dziś dzień gdzieś sobie krążą cyberprzestrzeni). Normalnie Armagedon... 
W sobotę rano byłam umówiona na randevous z sześcioma serwisantami: od klimatyzacji, od wentylacji, od zmywarki, od systemu kasowego, z panem z żywca i z elektrykiem. Wszyscy przyjechali, nie wiem, czy to kwestia mojego nieodpartego uroku osobistego, czy siły przekonywania. Raczej to drugie.

piątek, 17 lipca 2009

BRZYDKIE KACZĄTKO

    Bardzo lubię bajkę o Brzydkim Kaczątku.
Miałam taką koleżankę w liceum. Siedziałyśmy przez trzy lata razem w ławce, mieszkałyśmy w jednym akademiku. Studiowałyśmy na tym samym kierunku, ona rok niżej, bo nie dostała się za pierwszym podejściem. Zawsze była niesamowicie zdolną, inteligentną, miłą i sympatyczną dziewczyną. Ale pochodziła z bardzo biednej rodziny, na dodatek z problemem alkoholowym, jej ojciec pił bez opamiętania, rodzice żarli się jak dwa psy. M. całe liceum przechodziła w trzech sweterkach, nie jeździła na szkole wycieczki, bo nie miała pieniędzy. Niewysoka brunetka z wraźną nadwagą, przez wiele lat była sama i nic nie zapowiadało, że kiedykolwiek coś się w tej kwestii zmieni. Była bardzo religijna, jakby kościół był jej jedyną alternatywa i ucieczką. Na ostatnim roku studiów zaczęła chorować na depresję. Po ich ukończeniu, kiedy wróciła do małego miasteczka i zaczęła prace w szkole, choroba jeszcze się pogłębiła. Nauczanie młodzieży w katolickim gimnazjum do najlżejszych i najlepiej płatnych zajęć nie należało. Tak obiektywnie patrząc, nie miała prawie żadnych szans, żeby ułożyć sobie życie, kupić mieszkanie, związać się z kimś.
 Współczesne Brzydkie Kaczątko.
Ale mimo tego, a może dlatego, że było bardzo źle, zebrała się w sobie i poszła na kilkumiesięczną terapię w ośrodku zamkniętym. Tam poznała swojego przyszłego męża, fantastycznego człowieka. Po zakończeniu leczenia wynajęła mieszkanie i wyprowadziła się z toksycznego domu. Było jej bardzo ciężko, ale odżyła. Schudła kilkanaście kilogramów, wypiękniała, zaczęła się uśmiechać. Znajomość z ośrodka leczenia nerwic rozkwitła, po roku bycia razem zaręczyli się, potem wzięli ślub. Bawiliśmy się na tym weselu - aż miło było na nich popatrzeć, oboje wpatrzeni w siebie, zakochani, szczęśliwi. M. wyprowadziła się do męża, do Warszawy, tam znalazła pracę. Kupili mieszkanie, co prawda na kredyt, więc śmieją się teraz, że mieszkają w banku. Urządzili je po domowemu, przytulnie i kolorowo, szybko się wprowadzili. Są szczęśliwą, kochającą się rodziną. Obecnie M. jest w  ósmym miesiącu ciąży. Wszystko się pozmieniało i poukładało.
Opowiadam tę historię, bo jest przykładem, jak zaskakujące potrafi być życie i jak potrafi się zmienić. Podziwiam M., bo znalazła w sobie siłę, żeby zawalczyć o siebie i własny los. Wygrała. Cieszę się jej szczęściem.
Bo ja też byłam Brzydkim Kaczątkiem. Ale o tym innym razem :-)

czwartek, 16 lipca 2009

BIAŁASY

Nad Balatonem jest pełno żebraków. Całe stada. Potrafią nawet podpłynąć do człowieka w wodzie. Kiedy idziesz brzegiem, śledzą cię wzrokiem, łypią spod oka, a nóż widelec im coś dasz. Kiedy sięgasz do torby po bułkę, zlatują się całym stadem, wyciągają długie szyje, podszczypują się nawzajem, a nawet przeganiają. A mówią, że to królewskie ptaki – te balatońskie są najwyraźniej blisko spokrewnione z sępami. Jeden z nich wykazał wręcz niepospolitą cierpliwość. Mimo że został nakarmiony, towarzyszył nam dalej przez cały wieczór, aż do zupełnego zmroku, kiedy w końcu zrezygnowany odpłynął. Głupio mi było, ale naprawdę nie mieliśmy już więcej chleba, w desperacji poświęciłam dla niego nawet pół bułki z mężowskiego hot – doga. I zostałam oskarżona, że kupiłam go specjalnie dla łabędzia, a nie dla mojej głodnej, drugiej połowy. Która w rewanżu łypnęła na łakome ptaszysko okiem, również łakomym i powróciła do wątku już tu poruszanego…”Takie udko to bym obgryzł, duże pewnie by było.. I dobre… Jak myślisz, kochanie”? Sama go zresztą na ten trop naprowadziłam, bo wspomniałam, że podobno w Irlandii polscy emigracji zjadali łabędzie. Ptaszysko chyba coś wyczuło, bo zrejterowało na bezpieczną odległość od brzegu. A my usiedliśmy na drewnianym pomoście, gdzie do zmierzchu moczyliśmy sobie nogi, piliśmy wino i gadaliśmy.
Zastanawialiśmy się między innymi, czy szare ptaszysko, które kręciło się wśród stada dorosłych, śnieżnobiałych osobników jest młodym łabędziem, czy młodą gęsią. Ja upierałam się, że tym drugim, bo ptak o jasnym dziobie nie miał tej charakterystycznej, czarnej kreski dookoła oka. A mąż mi na to, że jej nie ma, bo młode łabędzie się nie malują. Ten argument powalił mnie na deski. A może to było wino?

środa, 15 lipca 2009

SPACERKIEM PRZEZ BALATON

Węgry to wzgórza obsypane domkami. To niekończące się pola rzepaku, kukurydzy i
słoneczników. Cudowne, żółte morza pyzatych mordek wystawionych do słońca. Van Gogh miałby problem z wyborem. My też mieliśmy. Ale nie chodziło o kwiatki do wazonu, tylko o brzeg jeziora Balaton - czy północny, bo cichszy i spokojniejszy, czy południowy, ten bardziej gwarny i zatłoczony. Wyjechaliśmy w niedzielę rano i po dziewięciu godzinach jazdy z krótkimi przerwami na zakup winiet i unicestwienie małego głoda, dotarliśmy do Balatonfured. Nie spodobało się nam, a przysłowiowym gwoździem do trumny stała się ...ogrodzona plaża z płatnym wstępem. Wiedziałam, że to nad Balatonem często spotykana praktyka, ale no cóż … nie zachęciła nas do pozostania akurat w tym miejscu.

Pojechaliśmy na południowy brzeg, do Zamardi. Malutka, cicha i spokojna mieścinka kilka kilometrów za Siofok zauroczyła nas błyskawicznie. Decyzję, że zostajemy podjęliśmy po przejściu zaledwie kilku ulic, które tonęły w kwiatach i bluszczach. No właśnie, ja składam zażalenie, tam tego zielska jest pełno, bluszcze obrastają domy jak szalone, włażą na drzewa, wiją się po trawie, rosną dziko i niepohamowanie. A u mnie w mieszkaniu to nie łaska!!! Jak listek wypuści to wypadałoby ogłosić święto narodowe... W Zamardi było takowe, ale muzyczne, „Groß Koncert”, jak mnie uprzejmie poinformowała pani, od której wynajęliśmy pokój, po małych perturbacjach językowych. Bowiem na Węgrzech oswojonego „Rooms for rent” z lupą można szukać, podobnie jak ludzi mówiących po angielsku. Język lokalny niepodobny do niczego. Za to „Piękna Danka” rządzi całą gębą… „Zimmer zu vermieten“, „Haus frei“, Danke schon“ tak dalej. Nawet podstawowa znajomość języka niemieckiego znacznie ułatwia komunikację. Ruszyłam rozleniwioną słońcem mózgownicą i poszukałam niemiecko- węgierskich napisów. Po krótkiej dedukcji doszłam do wniosku, że „elado” znaczy „do wynajęcia”, a słowo „szoba”, mimo iż niepokojąco kojarzyło się z szopą, to pokój i to o całkiem przyzwoitym standardzie, jak się okazało. Do tego z wygodnym tarasem, gdzie pierwszego dnia miło spędziliśmy przemiły wieczór we troje: ja, mój mąż i pękata butelka wina… Degustacja lokalnych trunków była jednym z wielu założeń naszej wycieczki, realizowanym z pełnym poświęceniem, aż do środy, kiedy to przelała się czara goryczy… Dosłownie :-) Po wieczorze spędzonym na ganianiu ptaszków po łazience straciliśmy ochotę na wino... a przynajmniej na wino dużych ilościach. Mężuś zaczął raczyć się dla odmiany lokalnym piwkiem, o dźwięcznej nazwie „Arany Aszok”... Po pominięciu pierwszych liter nazwa także była niepokojąca …

Ale nie było tak źle. W ogóle to było bardzo dobrze. I fajnie. Odpoczynek nad Balatonem mogę serdecznie polecić właściwie wszystkim. Woda w kolorze młodego żyta okazała się zaskakująco ciepła i płytka. Żeby sobie popływać, trzeba było drałować dobre 300 metrów w głąb jeziora, normalnie aż się nie chciało tyle iść ... maskara :-) Ale to jeszcze nic, szczyt wakacyjnego lenistwa osiągnęliśmy w czwartek, kiedy to postanowiliśmy spożyć kolację na tarasie. Zaprowiantowaliśmy się jak na wyprawę w Alpy, uczta trwała w najlepsze, kiedy mój mąż zażądał dostarczenia z pokoju pasty paprykowej. Odmówiłam, twierdząc, że cztery metry dzielące go od lodówki jest w stanie pokonać o własnych siłach i jak chce, to niech sobie ją sam przyniesie. A on patrzy na mnie smutnym wzrokiem zbitego psa i mówi, że w takim razie trudno, zje bez. I zjadł.

Tak na marginesie: do zakupu wspomnianego specjału zachęcił mnie malutki rysunek na opakowaniu - papryczki, które wyglądały zupełnie diabelskie różki… Pokusa była nie do opanowania. Pragnienie po spożyciu także. Ale polecam, zwłaszcza miłośnikom ekstremalnych wrażeń. Kulinarnych oczywiście, bo i bez tych się nie obyło. Skusiliśmy się na leczo, zupę gulaszową, sięgnęliśmy po ryby - ja w postaci pikantnej, pysznej zupy rybnej, której mój mąż chlipnął łyżkę i zapytał, czy to nie przypadkiem na wodzie bezpośrednio z Balatonu...

Ale do prawdziwego rozpasania doszło w zupełnie innej strefie żywieniowej. Pojechaliśmy sobie po prostu latem na Węgry, a trafiliśmy do owocowego raju..., gzdie królowały kilkunastokilogramowe arbuzy, brzoskwinie, nektarynki i to za psie pieniądze. Przesycone słońcem, którego smaku nie da się doszukać w polskich owocach, słodkie i pachnące... Zrobiłam z mężusia tragarza i tachał mi przez cały urlop te wypasione ogórkodynie na kwaterę w ilościach ocierających się o hurtowe. Podział był sprawiedliwy - brzoskwinie na plażę nosiłam ja... Chociaż nie jestem pewna, czy trawnik można sklasyfikować jako plażę, tych ostatnich nad Balatonem właściwie nie ma, jest miękka, zielona murawa i drzewa, które pozwoliły nam zawrzeć zadowalający obie strony kompromis. Połowę koca kładliśmy w cieniu, połowę na słońcu. Tego było sporo, więc obsmażyłam się jak frytka. Przy okazji oddawałam się lekturze, a mężuś albo taplał jak kaczucha, albo pedalił z Morfeuszem w cieniu klonów. Chyba, bo jakieś dziwne były, miały włochate kulki, a z pnia... obłaziła kora, bo pod spodem rosła już nowa. Mężuś zawyrokował, że to klony z łupieżem. Niech mi ktoś napisze, co to było, bo szukałam, a nie znalazłam. Za to drogę do Tihany namierzyłam idealnie, po przejechaniu trzydziestu kilometrów w stronę Budapesztu, który, jak się niebawem okazało, absolutnie nie leżał po drodze, wymiękłam nad mapą i nieśmiało zaproponowałam wycieczkę do stolicy... W końcu i tak mieliśmy tam jechać…

Ale zawróciliśmy. Półwysep zwiedziliśmy, warto, choćby po to, żeby zobaczyć jak wyglądają anteny satelitarne na trzcinowych dachach tradycyjnych, węgierskich chałupek :-). Pięknych mimo to, bo kryjących sklepy z ceramiką, muzeum marcepanu, muzeum zabawek, lawendowe sklepy. Stanęłam przed jednym, zrobiłam zdjęcie i pomyślałam - żeby tak można było sfotografować zapach... albo smak, na przykład węgierskich bułek z solą, pieprzem i papryką... Tej ostatniej jest wszędzie pełno, można ją znaleźć nawet w lokalnej kiełbasie, której piękny, pomarańczowy kolor po prostu mnie oczarował...

Podobne wrażenie zrobiła na mnie panorama Budapesztu ze Wzórza Gellerta – niesamowita. Tak jak zdolności adaptacyjne Węgrów, bowiem stający na tym wzniesieniu Pomnik Wyzwolenia początkowo upamiętniał oswobodzenie miasta przez Armię Czerwoną. Po demontażu charakterystycznej gwiazdki, której cień można zobaczyć jeszcze w górnej części monumentu stał się pomnikiem „Ku pamięci tych wszystkich, którzy oddali życie, wolność i dobrobyt Węgier”… Sprytne. Ale muszę zdementować plotki o modrym Dunaju, bo kolorem bardziej przypominał rzekę Jangcy... Poprzecinaną fantastycznymi mostami, na straży których stoją turule i… zgraja kotów. Przy moście łańcuchowym cztery, po dwa z każdej strony – monumentalne, wielkie, piękne, kamienne lwy, przed dziedzińcem zamkowym kolejne dwa, w herbie na wzgórzu następny. Idąc dalej tropem zwierząt w Budapeszcie – na wzgórzu Zamkowym warto odszukać konny pomnik Andrasa Hadika, komendanta Budy i faworyta cesarzowej Marii Teresy. Polecam zwłaszcza panom, bo podobno dotknięcie pewnego detalu, wypolerowanego nota bene na wysoki połysk, gwarantuje trwały przypływ męskiej energii i może śmiało konkurować z niebieską tabletką…
Zaraz obok pomnika znajduje się słynna cukiernia Ruszwurm, gdzie kiedyś po kremówki przysłano powóz aż z Wiednia. Zakładając, że jechał minimum dwa dni i tyle z nimi wracał, nie wiem, czy były tak dobre, jak głosi legenda…

My wróciliśmy do z Budapesztu do Zamardi wieczorem, poszliśmy nad brzeg Balatonu i odkryliśmy, że jadąc do Tihany i wracając wokół brzegu nadłożyliśmy dobre sto kilometrów. A można było prościej. Tak jak to robią miejscowi – ubrania i buty w foliowy worek, worek na głowę i spacerkiem jakieś 2 kilometry. Przez Balaton. Serio.

Po powrocie opowiadam o tym patencie mojej koleżance z pracy, takiej metr pięćdziesiąt w kapeluszu, ja pełna entuzjazmu i zachwycona, że przez to jezioro można PRZEJŚĆ na drugi brzeg. A ona mi na to
„Ja to bym nie przeszła…” No fakt. Ale może ją chociaż namówię na wycieczkę na Węgry. Warto. Choćby po to, żeby wybrać się na spacer przez Balaton.

sobota, 4 lipca 2009

KUNOWA PRZYGODA

Wyjeżdzamy. Plecaki spakowane, trasa opracowana, pies na wczasach pod gruszą u teściów. A więc na przód, ku nowej przygodzie, jak mawiał Pan Kleks. Wakacje będę mi upływały pod znakiem kryminałów, reportaży i sentymentalnych wspomnień. Żeby nakarmić mojego wewnętrznego, książkowego mola, przygotowałam sobie: „Stulecie detektywów” J. Thorwalda, „Białą gorączkę” J. Hugo – Badera i „Złą krew” G. Gortata. Trochę przyciężki zestaw, jak na wakacyjne, spokojne lenistwo, ale co tam, lubię kontrasty. Tysiąc pięćset stron, na siedem dni powinno mi żarełka duchowego wystarczyć. Bo przed nami tydzień tylko we dwoje, mam nadzieję, że się nie zagryziemy do przyszłej soboty. Z dala od pracy, mediów elektronicznych, w tym także internetu – tak więc informuję, że moja rozbuchana aktywność blogowa ulegnie na pewien czas ograniczeniu. Ale obiecuję, że po powrocie wyspowiadam się publicznie z wrażeń i zdarzeń. Jedziemy pozwiedzać, pomoczyć tyłki w ciepłej wodzie (i wcale nie mam tutaj na myśli Bałtyku), popróbować specjałów regionalnej kuchni i opić się jak bąki lokalnym winem. Z racji przygotowań okołourlopowych upłynniłam kolejne trzydzieści zeta i kupiłam sobie spódniczkę o horrendalnej cenie złotówka... za centymetr. Mężuś zachwycony.
Słonko na razie świeci, jeśli nawet przestanie, to świecić będę ja. Tyłkiem.

czwartek, 2 lipca 2009

BAL WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

Burza mruczy na horyzoncie jak wielki bury kocur. Znowu będzie pluło żabami całą noc. Błyskoteka już się zaczęła. Normalnie imprezują tam na górze od miesiąca, nie wiem ile już tych beczek z winem przetoczyli i wytoczyli. Ale co się im dziwić, w czerwcu tyle okazji, niedawno było Jana, teraz Piotra i Pawła. Bal wszystkich świętych.
Usłyszałam tą piosenkę niedawno w radio. I nagle płacz chwycił mnie za gardło. Tata tak ją lubił. Święty nigdy nie był, jak każdy za nas. Ale mam cichą nadzieję, że baluje teraz w niebie. W końcu niedawno miał imieniny

środa, 1 lipca 2009

TĘSKNIĘ ZA NIMI...

 
Mężuś ma urlop. Ja też – od niego i od białej kupy kłaków. Zebrali się obaj w sobotę, zapakowali do auta i pojechali wietrzyć tyłki...
W lodówce tylko pingwin i dwie marchewki, bo nie opłaca mi się dla siebie gotować. Łazienka nie wygląda jak po kąpieli stada zdziczałych kaczek z ADHD, jest czyściutka i posprzątana. Mogę się rano normalnie napić herbaty, bo nikt mi nie anektuje podstępnie całego czajnika wody, żeby ją wlać do swego mega-sagana. „No bo Ty i tak pijesz w pracy, teraz nawet jak Ci zrobię, to i tak wyleję potem do zlewu, bo już jesteś spóźniona i nie wypijesz, a nie wypijesz, bo i tak nie ma już wody i zanim się zagotuje, to już będziesz musiała wyjść, więc co się awanturujesz...” Mam dla siebie całe łóżko, mogę się zawinąć w kołdrę jak naleśnik i nikt mi jej nie wyszarpuje spod tyłka, żeby ją potem zrzucić na podłogę, bo za gorąco. Książkę zostawioną przy łóżku po powrocie ze zdumieniem znajduję w jednym kawałku. Zaczynam tracić odruch szukania dla butów bezpiecznego schronienia natychmiast po ich zdjęciu, chowania do szafy, lokowania na półce itp. Mogę się oddać bezkarnie niekontrolowanemu szałowi zakupów, co też uczyniłam z dziką przyjemnością, urządzając sobie rajd po wyprzedażach. Jak jednoosobowa armia Hunów najechałam wszystkie sklepy, gdzie na witrynie widniało obiecujące „- 50%”... I złupiłam. Łupy przywlokłam do domu. Skutkiem ubocznym jest niestety spustoszenie konta. Czekam teraz na pensję, żeby zatrzeć ślady zbrodni finansowej. Ale kupiłam sobie piękną zieloną sukienkę. Na wesele, co prawda impreza dopiero we wrześniu, ale kiecka terminu przydatności do spożycia nie ma, sprawdzałam. Z dekoltem do pasa, a co, jak szaleć, to szaleć. Tylko mam problem, taki malutki, no ...nie wiem, jak to napisać, no cóż... cycek mi z niej wylata. Jak Pawlakowi zamek z karabinu. Raz jeden, raz drugi, w zależności od kierunku obrotu. Mam duże szanse, żeby stać się większą atrakcją niż panna młoda.
Ps.Tęsknię za nimi. Nie ma mi kto podokuczać. I polizać po nosie.