niedziela, 7 czerwca 2009

WSPÓLE ZAINTERESOWANIA - CZYLI JAK UGRYŹĆ LITERATURĘ NAJNOWSZĄ...

Podobno pies wybiera sobie Pana. Mój tak zrobił – nieodwołalnie za przewodnika naszego małego stada uznał mojego męża. On go wybrał spośród innych szczeniaków, a pies wybrał jego. I już. I ma w małej, czarnej kropce pod ogonem to, że miał być moim psem. ..
To dla mojego męża są zarezerwowane podskoki czterema łapami w górę, na wysokość nosa, najlepiej, żeby się jeszcze dało liznąć Pana po nosie. To dla mojego męża jest zaklepane czekanie przy oknie i popiskiwanie, kiedy zbliża się godzina powrotu z pracy. To on jest witany szaleńczym tańcem radości połączonym z dzikim slalomem dookoła mieszkania i z przynoszeniem piłki, szczura, misia, starej butelki. Jakby mówił: „Oddam ci wszystko, tak Cię kocham i tak się cieszę, że wróciłeś...” Słowem: dla Pana – serce na łapie. Dla Pani - czarna kropka, bo mój powrót do domu wygląda tak: otwieram drzwi, rozglądam się po mieszkaniu, psa nie ma. Nie ma pod drzwiami, nie ma na jego legowisku, nie ma w sypialni. Wołam cichutko – nic, zero odzewu, kundla nadal nie widać, ale słychać ciche „Pac, pac, pac, pac”. Wchodzę do salonu, a tam leży mój pies, rozłożony na kanapie jak pasztetowa na słońcu i klepie w nią ogonem. W kanapę, nie w pasztetową. Wołam go ponownie – reakcji brak, tylko częstotliwość klepania zwiększa się i zmienia w energiczne tłuczenie ogonem. Aż dudni w mieszkaniu: „Pacpacpacpacpacpac...” I to ja w końcu muszę się pofatygować, idę poczochrać Białą Dupę, która nawet nie raczy zleźć z sofy, żeby się ze mną przywitać...
Jedyne co mnie łączy z własnym psem, poza wspólnym Panem, to miłość do książek. Czytam, jak na polskie standardy dużo, dwie, czasem trzy książki tygodniowo. Czytam, gdy tylko mam chwilę wolnego czasu, w tramwaju, w pociągu, zdarzało mi się przeglądać gazetę w drodze do pracy, a chodzę sobie pieszo. Tylko w aucie nie mogę oddawać się temu ulubionemu zajęciu, bo mi to przeszkadza w kierowaniu, jako pasażer też niestety nie mogę, bo robi mi się niedobrze. Czytam: gazety, blogi, książki. Czytam ogłoszenia na przystankach, ulotki, instrukcje obsługi, kartki na drzwiach. Mam bezwarunkowy odruch czytania absolutnie wszystkiego. Ale najbardziej kocham książki. Pies podziela moje zainteresowania, też kocha słowo pisane... Tylko on je kocha „inaczej”.
Kiedy ostatnio mój mąż zapytał mnie, co to za książka BYŁA, taka z zieloną okładką, z serii „Archipelagi”, już wiedziałam, co się stało. To BYŁA moja „Piaskowa góra” - tzn, nie moja, ale Joanny Bator. Jedna z najlepszych polskich książek, jaką w ogóle przeczytałam. Opowiadająca niebywale plastycznym językiem losy ludzi z powojennego Wałbrzycha, zmiecionych tam jak ziarna piasku na kupę przez wiatr historii. Kreśląca postacie np. zdewociałej matki młodego księdza jednym zdaniem „Potrząsała z dezaprobatą głową, a łupież sypał się jej z trwałej ondulacji, jak zarodniki pleśni spod kapelusza starego grzyba”. Książka pełna opowieści splatających się ze sobą jak korzenie drzew, chwytających za serce i ściskających je smutkiem. Brak mi słów, żeby ją opisać, to trzeba po prostu przeczytać. Polecam, ale swój prywatny egzemplarz mogę pożyczyć jedynie wielbicielom puzzli składających się z tysiąca elementów...
Sierściuch psim swędem wybiera moje ulubione lektury – pewnie pod naszą nieobecność drapie się łapą po głowie i zastanawia: „Chmmmm, Pani to długo czytała tą książkę , musi być w niej coś zajmującego, sprawdzę... jak ją ugryźć”....
Jakiś czas temu kupiłam „Moją najdłuższą podróż do domu”, pięknie wydaną, autobiograficzną powieść autora książki „Marley i ja”, Johna Grogana. Magiczną historię o powrocie do beztroskich czasów dzieciństwa prawie połknęłam w jeden wieczór. Prawie, bo o godzinie trzeciej w nocy rozsądek przemówił i kazał mi iść spać, a lekturę końcowych trzydziestu stron przełożyć na kolejny dzień. Posłuchałam, bo czekał mnie ciężki poniedziałek w pracy, pod koniec którego zadzwonił mój mąż i zapytał:
- „Kochanie, przeczytałaś już tą pomarańczowa książkę, która leżała przy łóżku?”
Lekko zdziwiona nagłym, mężowskim zainteresowaniem moja lekturą, bo ślubny do gatunku czytających nie należy, odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że nie. A on mi na to:
- „Bo piesek już przeczytał”
Dla niedomyślnych: psia lektura polegała na wygryzieniu i zjedzeniu połowy okładki, wyrwaniu książki z obwoluty i wyszarpaniu z niej kilkunastu początkowych kartek. Wróciłam późno do domu, z trudem powstrzymałam się, żeby nie zrobić prania ręcznego Białej Dupie i poszłam spać. Na drugi dzień sytuacja się powtórzyła się. Wieczorem dzwoni mój mąż i pyta
- „Skończyłaś już tą książkę? Nie? Bo piesek skończył"
Rozwiązanie problemu "Jak ugryźć literaturę najnowszą" podam, po konsultacji z moim psem temu, kto mi poukłada i poskleja mało zróżnicowane puzzle z tysiąca elementów...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz