niedziela, 21 czerwca 2009

SZPINAKOWI MÓWIĘ ZDECYDOWANE NIE!

No to mnie k….onet uszczęśliwił. @#*!!!%???#@*+**!!!!!! - to mi się wyrwało, kiedy bladym niedzielnym świtem, to jest w okolicach godziny dwunastej w południe odpaliłam rupcia, żeby sprawdzić pocztę. Nie powiem dokładnie, jakich słów użyłam, bo nie umieszczałam przed blogiem ostrzeżenia, że treść przeznaczona jest dla osób powyżej osiemnastego roku życia. Wydawało mi się zbędne, pornografii nie zamierzam tutaj propagować, chyba że Gombrowiczowską, cięższym słowem czasem rzucę, ale bez przesady. Ale dziś porzucałam sobie mięchem przez dłuższą chwilę i na monitor też miałam wielką ochotę machnąć jakiś krwisty kawałek. No bo jakby mało było dyskusji na temat czy brud w Tunezji jest zajmujący, frapujący, czy też dokuczliwy… to jeszcze onet wywalił zdjęcia mojego psa na pierwszą stronę. Serdecznie dziękuję za polecenie, ale fotka jest charakterystyczna, parę osób je widziało i może skojarzyć z moją wielce szanowną osobą. A ja cenię sobie swoją anonimowość, ona pozwala napisać więcej i szczerzej, co niestety widać czasami w komentarzach. Nie jestem zwolenniczką wywalania bebechów, tak żeby publika mogą sobie i jelito grube, i wątrobę obejrzeć, ale jakaś część siebie na tym blogu odsłaniam, piszę w końcu sieci o tym, co MNIE zastanowiło, rozśmieszyło, rozzłościło. Generalnie jak jestem wkurzona to piszę najlepiej. Ale dziś wyhamowałam i zaczęłam się zastanawiać nad granicami prywatności. Nigdy, nawet jako dziecko, nie marzyłam, żeby zostać kimś znanym, nie śniłam o byciu gwiazdą. Sławę mam w tak zwanym głębokim poważaniu, w każdej postaci. Uważam, że nie pozwala na bycie sobą… Podobnie jak jej skromniejsza siostra – rozpoznawalność, którą właśnie mógł mi przy okazji zafundować onet. Zastanawiam się, ile osób skojarzyło mojego psa i czuję się z tym niezręcznie… 
No bo sobie właśnie szykowałam ciętego posta, o tym, jak to mi dupa urosła od ślubu. I co teraz? Pisać, nie pisać, oto jest pytanie? W końcu to moje własne, prywatne cztery litery, a może nikt nie zauważył, że zwiększyły gabaryty i lepiej publicznie palcem nie pokazywać? Łatwiej pisać o cudzym tyłku, choćby o białej dupie własnego psa. Tak na marginesie – podpis pod zdjęciem, z racji tego, kogo siersciuch wytypował na przywódcę stada, powinien brzmieć: „Biała Dupa mojego męża”. Obawiam się jednak, że tej dwuznaczności mój ślubny nie puścił by mi płazem…

A co do mojej – no urosła. W ciągu dwóch lat, które minęły od naszego ślubu, przybyło mi po drodze siedem kilogramów. I nie jest to wbrew pozorom szczęśliwa dla mnie cyfra. O matko, przeczytałam właśnie ostatnie zdanie ze zgrozą … aż siedem. Nie powiem, ile ważę i proszę mnie o to nie indagować, prędzej połknę własny język niż się przyznam. Za Chiny Ludowe nie powiem i za demokratyczne też nie. Na pewno wyglądam na mniej, bo jestem wysoka. Ale cyfry są okrutne, a mój mąż bardzo, bardzo dowcipny; jak chce mnie unerwić to woła do mnie per „Serdelku”… gadzina. Taki żarcik, ale szafa nie kłamie, półka z rzeczami „wktóresięniemieszcze” rozmnożyła się przez pączkowanie i stała się dwoma półkami. A ja przeszłam łagodnie z przyciasnego rozmiaru 36 na nieco przyciasny 40 z tendencjami do 42, kiedy próbuję kupić coś, w czym nie wyglądam jak świąteczny baleron. 

No masakra! Wiem, że jakoś tego bardzo po mnie nie widać, zwłaszcza, że wszystko, co "nabyłam", kumuluje się we wspomnianych czterech literach, a te zawsze jakoś tam można zakryć. Ale kiedyś miałam fajny „kaloryferek” na brzuchu, a teraz mam trzy… w mieszkaniu. I żadnego więcej. Nigdzie. Za to coś zaczęło mi się wylewać delikatnie ze spodni, zahodowałam sobie, nie wiem jak i kiedy, tak zwane boczki… Trochę fałdek zawdzięczam pracy w gastronomii, trochę przepysznej, ale bardzo tradycyjnej kuchni mojej teściowej, większość jednak – swojemu łakomstwu. Próbuję się ich pozbyć od jakiegoś czasu, ale bez efektu. W sumie nie jem wiele, żywię się głównie sałatkami, a nie chudnę. Zaczynam podejrzewać, że w jakiś cudowny sposób mój organizm absorbuje tłuszcz unoszący się w powietrzu. Szkoda, że nie kumuluje go nieco powyżej pasa, tam by się przydało, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, trudno. Ja w zasadzie lubię siebie, ale te kilka kilogramów zaczyna mi coraz bardziej przeszkadzać. No i jak się teoretyzuje w cyberprzestrzeni i wymądrza na temat wyglądu zaniedbanych kobiet, to wypadałoby pomyśleć także nad praktyką. Zwłaszcza nad dobrą praktyką żywieniową. Moja jest fatalna – wybieganie z domu bez śniadania, zamiast tego kawa, mocno posłodzona, oczywiście z tłustym mlekiem, jedzenie w biegu, zapychanie małego głoda słodyczami, jeszcze raz kawa, kawa i kawa, plus grzech najcięższy – napoje energetyczne. Do tego jedzenie na noc, wypady na chińszczyznę i moje ukochane włoskie żarcie… Ach to penne z sosem śmietanowym, serem pleśniowym i kurkami…. Na razie musi zostać tam, gdzie jest, czyli w restauracji. Ja też, bo w takowym miejscu pracuję. Odchudzanie w lokalu, gdzie przez cały dzień pięknie pachnie jedzeniem, to katorga. Ale postanowienie to postanowienie: słowem dieta. Taka mała, żeby skorygować skrzywione nawyki i oczyścić organizm. Czyli żadnego żarcia po 18, zamiast kawy, herbaty i energetyków – woda niegazowana. I zielona herbata… bleeee… jak ona komuś może smakować, chyba, że ktoś dobrze się kojarzy zapach siana… Ale smak? Mokra trawa… bleeee… kupiłam aromatyzowaną, cytrynową i w saszetkach, bo zajrzałam ostatnio do czajniczka i widok tej plantacji wodorostów znacznie osłabił we mnie ducha walki.
Dziś prawie pokonał mnie szpinak. Gotowany, bez soli i przypraw. Luuuudzie…to jest ohydne. Nawet pomijając fakt, że przed opuszczeniem organizmu konsumenta wygląda dokładnie tak samo jak po… Ja się nie dziwię, że wiele osób utożsamia ten smak z koszmarem dzieciństwa, mnie szpinakiem nie katowali, na szczęście, bo to zahacza o paragraf „znęcanie się nad dzieckiem…” Podlałam go trochę sokiem z cytryny, co nadało tej podłej roślinie smak szczawiu i jakoś pokonałam ten etap. Ale nie ukrywam, że miałam wielką ochotę go porządnie posolić, ale odgórne wytyczne zabraniają. Podobno człowiekowi w tydzień po odstawieniu „białej śmierci” zaczyna wracać prawdziwy smak… coś w tym jest, faktycznie pomidor zaczyna smakować jak pomidor, mięso jak mięso. Ale niestety szpinak niestety też smakuje jak szpinak… Nikt mnie więcej nie zmusi do skonsumowania tego zielska pod żadną postacią. Wszelkie inne, a i owszem, nie jestem na nic uczulona i właśnie nadchodzi mój wielki sezon – uwielbiam warzywa i owoce pod każdą postacią, mogę nic innego nie jeść latem.
W związku z tym i jednocześnie na fali wprowadzania zdrowych nawyków żywieniowych w życie zrobiłam na obiad sałatkę z tuńczykiem: sałata lodowa, pomidor, ogórek, jajko, czerwona cebula, szczypiorek, trochę sosu czosnkowego – pycha. Wręczyłam mężusiowi zieloną michę, popatrzył, zapadło milczenie, po chwili zapytał z nadzieją w głosie:
„….A coś do tego jeszcze będzie???”
Faceci… 
Mój wieczorem przylazł i zapytał
"Masz jeszcze trochę tej sałatki ?" :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz