sobota, 6 czerwca 2009

SŁODKO - GORZKI

Moje urodziny zaczęły się smutno. Było już po północy, siedziałam nadal w pracy, próbując rozpaczliwie skończyć raport finansowy… Na sali wydzierali się i przeklinali pijani, agresywni goście. Catering, który miał dać nam reklamę, okazał się kompletnym niewypałem, bo imprezę odwołano. Do mnie ustawiła się kolejka interesantów – bo ja bym chciał: pieniądze, rozliczyć się, druki, zamówienie, już iść itd… Ja też chciałam już iść. Siedziałam, patrzyłam na migocącą lampkę potwornie zmęczona i zastanawiałam się „Co ja tu do cholery robię?”. Data w kalendarzu domagała się uporczywie podsumowania ostatniego dziesięciolecia. No to zbilansowałam na szybko. Ukończone studia, ale czy dobrze wybrane? Praca od pięciu lat w tej samej firmie, teraz na wysokim stanowisku, ale kosztem życia prywatnego i rodzinnego. Niepokój niespłaconego kredytu. Małżeństwo po kilkunastu latach znajomości, po rozstaniach i powrotach. Własna rodzina, ale z psem zamiast dziecka. Dopadła mnie jakaś kumulacja negatywnych myśli i pytań pozbawionych odpowiedzi: Czy na pewno moje życie poszło w dobrym kierunku? Czy dokonałam dobrych wyborów? A jeśli nie? A jeśli przegapiałam coś ważnego, jeśli coś mnie ominęło? Jeśli coś bezpowrotnie straciłam? Było mi tak potwornie źle i smutno. Do tego komputer chyba wyczuł mój nastrój i… powiesił się. Na amen. Chyba dla towarzystwa, bo wyszłam z pracy w wisielczym nastroju. Wzięłam gorący prysznic, wtuliłam w poduszkę i wyłączyłam telefon. Obudził mnie mój mąż, stając przy łóżku z bukietem moich ulubionych pomarańczowych róż i z psem, którego przyciągnął siłą za obrożę. Pies miał na białym łbie odbite czarne kółko z sadzy; jako klasyczna Biała Pierdoła na spacerze tak się oglądał za innym psem, że wyrżnął łbem w tłumik samochodu, bo go po prostu nie zauważył.. Sierściucha nie rozumiał za bardzo powagi chwili, ale merdał przyjaźnie ogonem, nie wiem, czy do mnie, czy do tortu, postawionego przez mojego męża tuż przed czarnym, mokrym nosem. Tort miał napis „Dla mojej osiemnastki”, ale niedługo, bo wystarczyła chwila naszej nieuwagi i dyplomatyczne kłamstwo zostało… zlizane. Zjedliśmy pyszne śniadanie przygotowane przez mojego ślubnego. Potem rozdzwoniły się telefony – życzenia od przyjaciół, koleżanek, mamy, bratowej, brata, który mnie budująco pocieszał, że jeszcze tylko 30 lat do emerytury… Listonosz przyniósł mi kolejną niespodziankę i czekoladowy telegram z napisem, od którego zakręciła mi się łezka w oku: „Słodkiego życia”. No i mam dylemat, za który ofiarodawcom serdecznie dziękuję: prezent jest zbyt smaczny, żeby go nie zjeść…I zbyt piękny, żeby go tak po prostu zjeść. 
 W południe kawa z przyjaciółką i małe zakupy – a co, stwierdziłam, że na urodziny prezent od samej siebie też mi się należy. Wygrzebałam sobie nową bluzeczkę, baletki z satyny i dwie książki. Złapał mnie deszcz i uciekłam do domu, ale szybko się wypogodziło i zabrałam Białą Dupę na spacer do parku. Mamy taki swój ulubiony, gdzie jest zawsze mało ludzi, a dużo kaczek i stawów, w których mój pies uwielbia się kąpać. W parku wielka, czterdziestokilogramowa, Biała Pierdoła została zaatakowana przez dwukilogramową, tak na oko, kaczkę krzyżówkę. Ptaszyna ruszyła, bijąc skrzydłami i sycząc w stronę sierściucha tak ostro, że ten … zrejterował i wycofał się z zamiaru kąpieli. Kaczkę do tego szalonego czynu pchnęła gromadka szaroburych kaczątek, kręcących się za nią po wodzie, a nas kolejna nadchodząca chmura skłoniła do powrotu do domu. Nabyłam po drodze chińskie żarcie na wynos, żeby mi mężulo z głodu nie padł po powrocie z pracy, a żebym ja nie musiała się kalać gotowaniem w takim pięknym dniu. Ucięłam sobie drzemkę, pies zasiadł pod balkonem w oczekiwaniu na powrót Pana. Kiedy ten wrócił, przytuliłam się do niego, potem obejrzeliśmy film, kłócąc się zawzięcie, jaki wybrać. Pies jak zwykle, niemal niepostrzeżenie zakradł się nam do łóżka, anektując przy okazji dwie trzecie jego powierzchni dla siebie. To był fajny dzień. Taki zwyczajny - niezwyczajny.
Kiedy gasiłam nocną lampkę, pomyślałam: Jestem szczęśliwa. Mam dobrego, kochającego męża, fantastycznych przyjaciół i rodzinę. Jestem zdrowa. Mam wykształcenie. Mam mieszkanie i pracę. Mam tak dużo. I cieszę się z tego. Bardzo. Jestem szczęśliwa. 
A czemu tytuł „słodko – gorzki?”. Bo życie ma właśnie taki smak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz