piątek, 12 czerwca 2009

NOSTALGIA - BOŻE CIAŁO W ŁOWICZU



Do Łowicza chętnie wracam ze względów sentymentalnych. To miasto mojego dzieciństwa i czasów licealnych. Szczególnie lubię Boże Ciało w tym mieście. Pamiętam jak babcia już od wczesnej wiosny zbierała różnokolorowe kwiaty i suszyła je „na sypanie”. Bez, jaśmin, płatki piwonii, polne chabry i maki. A my z bratem i rodzicami co roku jeździliśmy na procesję, a potem szliśmy na Błonia nad Bzurą, gdzie rozkładało się wesołe miasteczko, a za nim, na zielonej trawie i kolorowych kocach – połowa mieszkańców Łowicza. Były karuzele z łabędziami i słonikami, w kształcie smoka jeżdżącego po torach w górę i w dół, grające i migające światełkami.. I ta największa – łańcuchowa, przyciągająca mnie z nieodpartą siłą, do momentu, aż się na niej przejechałam. Raz. I wystarczyło mi na długie lata. Na łąkach pod Łowiczem rozkładały się jarmarczne stragany, gdzie można było kupić ręcznie malowane wiatraczki, piłeczki ze złotka i trocin, takie na gumce, skaczące pająki na pompkę, głowy diabełków, które naciśnięte, wywieszały różowy język. Były strzelnice z tęczą różnokolorowych kwiatów z farbowanych piór, które można było zdobyć, strzelając z wiatrówki do określonej liczby zapałek. Byli sprzedawcy baloników, kiełbasek na ciepło z musztardą i chrzanem, pachnących obarzanków i cukrowej waty. Były stragany z odpustowymi pierścionkami, do których ciągnęły rodziców małe dziewczynki. Głośno nawoływali właściciele loteryjek, gdzie po zakręceniu kółkiem, wygrywało się wskazaną przez piórko nagrodę – np. gipsową głowę Jana Pawła Drugiego. Pamiętam, bo taką wygrałam i płakałam okropnie, bo w drodze do domu papieżowi odpadł nos...
Sentyment do Bożego Ciała w Łowiczu mam w sobie do dziś i chętnie tam wracam. W tym roku wzięłam wolne w pracy i też pojechaliśmy. Kocham klimat tego miejsca, gdzie czas toczy się leniwie po zabytkowym bruku i atmosferę Bożego Ciała, gdy zatrzymuje się, a nawet cofa. Prawie wszystko jest takie jak kiedyś: dzieci sypiące kwiaty, zapach kadzideł, dźwięk dzwonków i dzwonów, bicie w wielki bęben, stare chorągwie kołyszące się na wietrze. Wśród mieszkańców okolicznych, podłowickich wsi, tradycja „chodzenia” na procesji, oczywiście w ludowym stroju, jest ciągle żywa. Można powiedzieć, że przechodzi z matki na córkę: w procesji uczestniczą malutkie dzieci, młode dziewczyny i leciwe staruszki. Co roku te same, tylko o rok starsze, czasem kogoś zabraknie, bo po prostu umarł, czasem ktoś przybywa, bo właśnie nauczył się chodzić. Rozczulają mnie ta kilkuletnie maluchy w zielonych adidaskach założonych do tradycyjnego, kolorowego stroju, wzruszają staruszki o siwych włosach pieczołowicie ukrytych pod chustką w róże, dźwigające na przygarbionych plecach ciężar wełniaka. A jest co nosić – tradycyjna, łowicka kiecka tkana z wełny i ręcznie haftowana, waży kilkanaście kilogramów. Do tego halka, zapaska, bielonka, szalinówka, wianek z kwiatów, kilkanaście sznurów korali i tradycyjne, czarne trzewiki sznurowane na czerwono. Te ostatnie można zobaczyć najrzadziej, są masowo zastępowane szpilkami, sandałkami i pantoflami, zdradzającymi, że jednak w Łowiczu czas płynie.
Niestety najwyraźniej to widać podczas tradycyjnego kiedyś jarmarku, zasypanego obecnie lawiną chińskiej tandety. Nie ma już kwiatów z piórek, diabełków, piłeczek z trocin. Są lalki barbie, pluszowe pieski na baterie, pistolety na kulki, świecące ledowe breloczki, tańczące i wygrywające melodyjki kwiaty made in Tajwan. Na stoiskach z jedzeniem zamiast kiełbasek sprzedają kebaby. Z dawnych lat zostały tylko obwarzanki i w jednym miejscu – wata na patyku. Mężuś widząc moje błagalne spojrzenie, zatrzymał się i mi ją kupił. Słodką, białą, puchatą, jak kawałek chmury. Brakowało mi tego smaku dzieciństwa, tak jak brakuje mi tego ludycznego klimatu odpustu sprzed lat. Tego najbardziej mi żal... Kolorowych jarmarków...

Zgodnie z tradycją, odłamałam spod jednego z czterech ołtarzy gałązki brzozy i zabrałam do domu. Wieść ludowa głosi, że jak się nimi zbije niegrzeczne dziecko, to będzie spokojniejsze. Przylałam mężowi z brzozowej witki. Tak profilaktycznie. Jest dobry, ale co mi szkodzi spróbować? Może się poprawi i będzie jeszcze lepszy?

Ps. W środę do restauracji zamiast trójkątnych chipsów przywieźli nam okrągłe, bo akurat tylko takie mieli. Ale towarzycho w czwartek od razu zinterpretowało to sobie na swój sposób, znajdując bardzo logiczną odpowiedź na pytanie: Dlaczego dziś nachos są okrągłe. To proste. Bo jest Boże Ciało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz