środa, 17 czerwca 2009

NIGDY WIĘCEJ DO TUNEZJI!

Musimy zdecydować, gdzie jedziemy na urlop… I w związku z tym, mamy oboje twardy orzech do zgryzienia. Ja jestem stworzeniem ciepłolubnym, trzydzieści pięć stopni to dla mnie optymalne warunki do wypoczynku. Dla mojego męża niestety nie – zieje jak pies i tylko szuka kawałka cienia, żeby się w nim schować, zły i nadęty, no bo mu gorąco…. Tak więc boję się wyrywać z propozycją wyjazdu do Turcji lub Egiptu, bo wiem, że on najchętniej pojechałby na wakacje do Szwecji… lub jeszcze dalej na północ. Już raz wybrałam miejsce na urlop, zwiedziona wizją rajskiej wycieczki prosto z barwnych folderów. Polecieliśmy do Tunezji. We wrześniu miało być chłodniej. I było. Zamiast pięćdziesięciu stopni - czterdzieści. Kiedy lądowaliśmy w Monastyrze o 23.30, było trzydzieści siedem…. Wysiedliśmy z samolotu i wpadliśmy w obrzydliwie ciepłą zupę wilgotnego powietrza… spojrzałam na mojego męża i już wiedziałam, że mam przesrane…
Ja tam nie narzekałam, bo mi rankiem nawet w Tunezji bywało zimno, ale on zniósł ten pobyt z trudem… Gdybym morsa chciała zakwaterować na stałe w Afryce, to miałby taką samą minę, jak moja brzydsza połowa po lądowaniu… Ale nie tylko masakryczna temperatura była minusem tego wyjazdu. Niestety, w żadnym folderze nikt nie pokazał, nie wspomniał, nawet drobnym druczkiem na ostatniej stronie, że tam jest wszędzie potwornie BRUDNO. Może z wyjątkiem okolic najlepszych, pięciogwiazdkowych hoteli, gdzie dokładnie sprząta się także plażę. My pewnego dnia postanowiliśmy wybrać się na romantyczny spacer brzegiem morza do oddalonego o ok. 2 kilometry miasteczka Sousse. Wycieczka przypominała przejście przez wysypisko śmieci. Plaża pełna niedopałków i gnijących wodorostów zmieszanych z breją bliżej nieokreślonych odpadków, pływające w morzu foliowe reklamówki i puszki – ten widok jakoś nie przypominał zdjęć z folderu, który tak nas zachęcił w biurze podróży. A im dalej wyjeżdżało się poza tereny stricte uturystycznione, bo na pewno nie można powiedzieć, że zeuropeizowane, tym wyraźniej Afryka pokazywała swoje prawdziwe oblicze, zupełnie obce i inne od tego z kolorowych zdjęć reklamowych… Przedmieścia zbudowane z tradycyjnych glinianych domów po prostu tonęły w śmieciach, w nich grzebały stadka kóz i owiec, bo nie można powiedzieć, że się pasły... I bawiły się małe, brudne dzieci. Raz mignęło mi jakieś zwierzę z rozprutym brzuchem, powieszone za kopyta na belce przed domem, chyba właśnie oprawiane pośród tego kurzu, pyłu z drogi, w środku południowego skwaru. Zszokowało mnie to, ale nie bardziej niż głowa takiej pięknej, jasnobeżowej krowy o aksamitnym pyszczku, którą widziałam wcześniej na tradycyjnym arabskim targu. Głowa – reklama, powieszona była na ścianie budki z mięsem, które leżało nota bene wyłożone wprost na straganie, przy temperaturze ponad czterdzieści stopni, tak, że można było sobie swobodnie każdy kawałek obejrzeć i obmacać. Co też ochoczo czynili kupujący, ignorując zupełnie wesoło pobzykującą nad mięsem chmarę much …
  Po przedmieściach przyszedł czas na niekończące się gaje oliwne, przetykane gdzieniegdzie małymi, sennymi miasteczkami. Potem był już tylko coraz uboższy krajobraz, tylko wysuszona ziemia, piasek, kępki trawy, jakieś chałupki i wychudzone osły, sterczące w mizernym cieniu rachitycznych palm… Dla nas była to prawdziwa egzotyka, ale codzienne życie tam pewnie do przyjemnych nie należy. A może jest takie jak wszędzie – normalne, kiedy się nie zna żadnego innego?
Na pewno warto zobaczyć ten Czarny Ląd, zwłaszcza tą jego inną, niefolderową wersję, ale ja drugi raz się tam raczej nie wybiorę, chyba po prostu wolę europejską mentalność. Bo tu, u nas wiadomo doskonale, że płacisz za tygodniowy pobyt z wyżywieniem w gospodarstwie agroturystycznym na przykład tysiąc złotych. I nikt do cholery nie żąda od ciebie dodatkowych 100 złotych za zdjęcie z kozą!!! I nikt nie oczekuje od ciebie, że będziesz się z nim godzinę targował, żeby zbić tę cenę do 10 groszy!!!!
 Bo to wcale nie wszechobecny brud i wysoka temperatura najbardziej mnie tam męczyły…Powiem tak: Kochani Naiwniacy, wybierający się do Tunezji w poszukiwaniu urlopowego wypoczynku! Pamiętajcie, że od momentu przekroczenia granicy przestaniecie być ludźmi! Od tej chwili zmienicie się w Dojne Krowy… Spróbujcie wybrać się na romantyczny spacer we dwoje i pokonać kilometr afrykańskiej plaży. Życzę powodzenia… Tubylcy rzucą się na was jak sępy na padlinę. W ciągu dziesięciu minut zaczepi was kilkadziesiąt osób próbując sprzedać wam: wycieczkę na Saharę, miejsce na leżaku, przejażdżkę na osiołku, lot balonem, chusty na głowę, pluszowego wielbłąda, drewnianego wielbłąda, plastikowego wielbłąda, banany, ananasy, pomarańcze, prażone orzeszki, daktyle, papierosy na sztuki i paczki, palmy daktylowe, wodę do picia, bransoletki z kamyków, wisiorki na szyję, małe dywaniki, duże dywaniki, wielgachnedywany i tysiące ton innej tandety. Zaręczam, że dostaniecie szału… ja dostawałam. Bo dodatkowo chorobą ogólnonarodową Tunezyjczyków jest głuchota absolutna. Żadne „Nie”, ani „Dziękuję” nie pomaga, nawet powtórzone po raz milionowy… Zastanawiałam się nawet w akcie desperacji, czy nie pomogłoby zdzielenie takiego natręta kijem bejsbolowym po głowie, albo przynajmniej wymachiwanie nim podczas spacerów, tak, żeby nikt nie mógł zbliżyć się na odległość mniejszą niż metr. Ale akurat takiego sprzętu nie mieliśmy z sobą. A szkoda. Pomóc mogłoby jeszcze ewentualnie spędzenie tygodnia przed wyjazdem na solarium, żeby nie wabić turystyczną bielą skóry miejscowych handlarzy. Bo oni ze szczególną zajadłością atakują tych najmniej opalonych, a brązowy odcień skóry jest dla nich sygnałem: „Aha, on już tutaj trochę jest, skoro tak, już pewnie mu wcisnęliśmy i dywan, i wielbłąda, i palmę i daktyle…”  I lecą do tych bielszych, obsiadają ich jak muchy krowi placek, i są jak one – niewygnani. No normalnie nie da się od nich odczepić. Ja dostałam nerwicy po tygodniu, ale zrozumiałam dlaczego ten kraj zgarnia najwyższe opłaty za przekroczenie limitu wagi bagażu… Miałam okazję na lotnisku zaobserwować efekty sprawnych działań marketingowych tamtejszych plażowych „ekonomistów” – walizki turystów powracających do Europy pękały w szwach… jedna pani miała chyba dwadzieścia kilo nadbagażu, bo ktoś jej takie piękne, tunezyjskie kamienie sprzedał… 
Już wiem, gdzie nie chce jechać, to już coś, ale nadal trudno mi podjąć decyzję, gdzie chcę jechać… Przekonałam się boleśnie na własnej skórze, że w przypadku wakacji w Tunezji błędny był już sam wybór miejsca. Ja potrzebowałam spokoju, bo setki upierdliwych osób, które czegoś ode mnie chcą to ja mam w pracy na co dzień. Właśnie przed tym chciałam uciec… Zamienił stryjek siekierkę na kijek

1 komentarz:

  1. Mam takie samo zdanie na temat Tunezji...wlasnie wrocilismy z urlopu,,,hotel mielimy swietny ale po wyjsciu z hotelu po 5 minutach konczylismy nasz spacer...zniesmaczeni Tunezyjka natarczywoscia!!!Nigdy wiecej do Tunezji!!!

    OdpowiedzUsuń