sobota, 13 czerwca 2009

NIEPEDAGOGICZNA LEKCJA POSŁUSZEŃSTWA

W sumie to powinnam tą brzozową witką spod ołtarza przylać Białej Dupie w futrzasty tyłek. Może by się kundel poprawił pod względem posłuszeństwa na przykład??? Ale ludowa tradycja nic nie mówi o wpływie chłosty poświęconą gałęzią na zmianę psiego charakteru. No i bicie samo w sobie jest niepedagogiczne. Ale ostatnio okazało się, że bywa skuteczne i pewne efekty przynosi. Słowem: nasz Sierściuch dostał pierwsze w życiu, solidne manto. I to od swojego ukochanego Pana…

Mężuś był zmęczony i niewyspany, poświęcił się i wyprowadził wieczorem na spacer biednego piesusia. Nie bardzo mu się chciało, ale wziął smycz i mimo deszczu, błota, słoty i niepogody, wyszedł na spacer, żeby psinka się nie męczyła w domu i sobie chociaż trochę pobiegała. A co zrobiła biedna istotka na czterech łapach? Spuszczona z przysłowiowego łańcucha pobiegła natychmiast do swojego kolegi Pana Kotka, nie reagując oczywiście na żadne wezwania do powrotu i pokazując swojemu Panu opisaną już tutaj czarną kropkę pod ogonem. W sumie nie byłoby problemu, ale Pan Kotek w krzakach za dworcem leżał sobie dość długo, konkretnie od zimy. Nie wykazując żadnych oznak życia, dodam, poza tym, które go trawiło powoli od wewnątrz. Temperatura dawno już zmieniła się na wiosenną, więc biedny zwierzak zdążył rozmarznąć, napuchnąć jak balon i mówiąc wprost – porządnie się zaśmierdzieć…
A co zrobił ten debil ??? (określenie „pies” w tym przypadku to eufemizm)
Uciekł mężusiowi i … wytarzał się w tym zdechłym kocie….
wcierając tą specyficzną, „psią parfumę” w każdy kłaczek swojej białej dupy i nie tylko
. Nie powiem, jak zareagowała mój mąż, bo to się nie nadaje do powtórzenia. Ale fakt jest faktem – za ten wyczyn ukochany piesek swojego Pana dostał LANIE. Porządne, absolutnie niepedagogiczne LANIE, które przyniosło skutki natychmiastowe, widoczne, lepsze i szybsze niż kilkutygodniowe, profesjonalne szkolenie. Pies zgrzeczniał błyskawicznie, a poziom dyscypliny i posłuszeństwa przekroczył wszystkie dopuszczalne u labradorów normy. Sierściuch, który osobę uczepioną na drugim końcu smyczy zawsze holował z siła konia pociągowego gdzie chciał, wrócił do domu grzecznie przy nodze jak wytresowany, nawet o centymetr nie wyprzedzając swojego Pana. Po drodze przeszedł pierwsze, wstępne mycie w głębokiej, poburzowej kałuży, do której wepchnął go mój mąż, nie mogąc znieść aromatu, jaki kundel roztaczał. A ten w magiczny sposób nagle załapał, co znaczą słowa „właź tam”, nie mówiąc już o „chodź tu”. W domu bez szemrania i chwili zastanowienia wykonał polecenia, zupełnie mu wcześniej nieznane: „Do łazienki marsz!!!, „Pod prysznic, jazda!!!”, „Siad na dupę!!!”. Wszedł, wlazł do brodzika i w tej pozycji przeszedł drugie, gruntowne mycie z wykorzystaniem proszku do prania, ponieważ zapach „kociny” nie należał do najłatwiejszych do usunięcia. 
Nie popieram bicia kogokolwiek, ani dzieci, ani zwierząt. Ale rozumiem reakcję mojego, zazwyczaj bardzo spokojnego męża. Czasem zdarzają się takie sytuacje, że człowiekowi po prostu puszczają nerwy. Tarzanie się w zdechłym kocie na pewno do nich należy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz