poniedziałek, 22 czerwca 2009

JESTEM ZŁOŚLIWCEM I IRONISTKĄ

No jestem, taka informacja dla tych, którzy jeszcze nie zauważyli. Jestem ten typ, co tak ma. Miałam od zawsze i czasem nie mogę się powstrzymać, żeby jadem publicznie nie strzyknąć. Mówię, co myślę, rzucam cięte komentarze, często nie myśląc o konsekwencjach. Notorycznie miałam obniżoną ocenę z zachowania za pyskowanie. Na studiach też mi się wyrywały różne nieprawożądne opinie, ale raz to przegięłam: napisałam taką pracę zaliczeniową; nie mogę się powstrzymać, żeby jej tutaj nie upublicznić . Bo jak ją przeczytałam ostatnio, to włos mi się zjeżył na głowie... I do dziś się zastanawiam, jak ja ją mogłam oddać... A oddałam. Poniżej wersja oryginalna, bez cenzury:
1. TYTUŁEM WSTĘPU

No i znów sesja zimowa mówi letniej „dzień dobry”. Wykopana zostanie pewnie w końcu za drzwi (ona lub ja), które co semestr zatrzaskuję z wysiłkiem. Głównie dzięki żądzy pieniądza kolejnych lekarzy, potwierdzających choroby bardzo ciężkie i przewlekłe, dobrej woli dziekana i przymknięciu niejednego oka przez panie z sekretariatu. A do mnie już zaczynają groźnie szczerzyć kły następne prace zaliczeniowe z kolejnej sesji. Jedynym ratunkiem jest zastosowanie Jedynego i Niepowtarzalnego Przepisu na Wyprodukowanie Super Pracy Zaliczeniowej, zgodnej z oczekiwaniami nieomal wszystkich wykładowców (chylę czoła przed nielicznymi wyjątkami wspierającymi inwencję twórczą :-)

- weź temat jak dziwka, chwytliwy, prowokujący, pociągający… zaproś go do siebie na kolację, pamiętaj jednak, że bez gry wstępnej w bibliotece nie uda Ci się rozbierać go do końca i wykorzystać w całości – a wyczerpanie tematu jest niezwykle ważne!
- nie wybieraj jednak zbyt oryginalnego i egzotycznego, bo odbiorca pracy skrzywi się i oceni cię po japońsku, rzucając z niechęcią: jako – tako…
- pamiętaj, że każda Super – Praca przypominać musi dobrze skomponowany posiłek - składać się z przystawek, dania głównego i deseru. Słowem: bez wstępu, rozwinięcia i zakończenia nie masz szans na zaliczenie.
- przygotuj sobie bibliografię nie krótszą niż Mur Chiński; nie martw się, nikt nie zdoła się przez to przebić! Mongołowie nie dali rady, Turcy też nie, a co dopiero Zwyczajny doktor lub profesor, nawet niezwyczajni wymiękają, więc po cóż próbować…! Tą łyżkę tranu po posiłku zwykle każdy pomija z niechęcią.
- twoja praca, choćby była siermiężna jak kasza gryczana na sypko bez dodatków, okraszona garścią cytatów, niczym skwarkami, od razu nabierze smaku dla wyrafinowanych podniebień prowadzących. Podlanie sosem cudzych autorytetów przywoływanych, by zagęścić treść, nader wskazane!
- zaleca się jednocześnie unikanie własnych pomysłów i improwizacji, mogących zniszczyć przewidywalny, ogólnie znany i oczekiwany smak.
- oddaj pracę w terminie! Zniecierpliwieni zbyt długim oczekiwaniem na wyrafinowaną, oryginalną potrawę wykładowcy wolą zadowolić się fast – foodem, byle był na czas, gorący i zgodny z oczekiwaniami.
- sprawdź uprzednio sobie tylko znanymi drogami, czy trafiłeś z wyborem tematu w wyrafinowane gusta wykładowcy, jedni trawią tylko Ridleya Scotta, drudzy Wajdę, który Wielkim Reżyserem był (co za faux – paux, jest, oczywiście, jest!), a inni gustują w finezyjnym Jarmanie. Danie nie dobrane zgodnie z gustem wykładowcy zostanie zwrócone!
- a kiedy już ugotujesz produkt genialny w smaku, kunsztowny i wyrafinowany, bądź szczęśliwy, jeśli wykładowca raczy w nim zanurzyć choć koniec widelca, tj. jeśli przekartkuje całość, nie będzie źle! Pogódź się z myślą, że twoja praca podzieli los tysięcy innych zalegających na półkach magazynów uniwersyteckich. I będzie czekać na swój Dzień Wielkiego Recyclingu, kiedy to Student kolejnej generacji odnajdzie ją, posieka, odgrzeje, doprawi, dorzuci świeżych myśli, usunie przeterminowane składniki i poda ponownie na stół, życząc smacznego…

2. COŚ O JARMANIE
Mam napisać coś o Jarmanie. Pół roku temu – „coś” o obcym nazwisku w wyszukiwarce internetowej. Teraz – coś o reżyserze? Czy malarzu? Aktorze? Scenografie teatralnym? Pisarzu? Scenariopisarzu? O artyście, wizjonerze lub ostrzej – o hifie, pedale, oszołomie (oj, zgrzyta to słownictwo w pracy zaliczeniowej…).
Podstępem podpełza, wręcz pcha się na wokandę wytarte z treści, wyślizgane: postmodernista. O jak kusi, żeby wtłoczyć to wszystko, co wiąże się z Jarmanem, co nie przystaje do tradycyjnych definicji i pojęć filozoficznych, religijnych i obyczajowych (uwaga! Zaczyna się zakradać tu jakiś pseudonaukowy bełkocik!), w ten pusty liczman. A może nazwać go artystą metafizycznym? W końcu to pojęcie równie pojemnie i rozciągliwe jak prezerwatywa . Jak określić autora, który łazi jak krowa tam i z powrotem po granicy między sztuką, a nie – sztuką i nie wiadomo jeszcze czym. Aż mnie kusi, żeby użyć elektrycznego pastucha i zagnać tę/to (?) (upsss, pomyłka „krowa” jest rodzaju żeńskiego! Co robić? Może „bydlę”?…nie, nie przejdzie mi to przez klawiaturę!… postawię trzy kropki… na początek, dopóki nie oswoję się z tym słowem) …… do zagrody z napisem twórca awangardowy. Postawić na granicy płot pod napięciem elektrycznym, może się nie wymknie z tej definicji, poobija się trochę o płot, jeszcze żadna krowa od tego nie zdechła, a nie wylezie poza ogrodzenie.
No co, co do ch….a zrobić z kimś tak dziwnym, jak nazwa wiewiórki po czesku? (Czy nie przesadziłam? Wulgaryzmy to chyba za wiele, jak na pracę zaliczeniową…?)

A może poddać się nurtowi akademickiej, praworządnej konwencji i napisać tak:
Derek Jarman … nie, nie „Barman”, nie wiem, czemu ta uparta maszyna usiłuje mi udowodnić, że wie lepiej ode mnie? - to brytyjski reżyser filmowy urodzony w 1942 roku w Londynie, gdzie studiował malarstwo. Swoją „przygodę z kinem” rozpoczął przygotowując megaprojekty scenografii do filmów Kena Russella „Diabły” i „Dziki Mesjasz”. Zadebiutował w 1976 roku filmem „Sebastian” – warto zwrócić uwagę, na niezwykle ciekawy fakt, iż w tym filmie dialogi były wypowiadane po łacinie. Następnie zrealizował, równie arcyciekawą, futurystyczną wizję podróży królowej Elżbiety do Anglii ogarniętej przerażającą apokalipsą. Tworząc „Burzę” w 1979 roku sięgnął po sztukę Szekspira i poddał ją hipertwórczej adaptacji, ponownie zmierzył się z jego twórczością w filmie „The Anglic Conversation”. Z kolej w bulwersującym „Edwardzie II” przywołał historię romansu króla opisaną przez Christopera Marlowe’a.
Derek Jarman był scenografem, pisarzem, reżyserem (ble, ble, ble…), uprawiał kino wizyjne, plastycznie wysmakowane a jednocześnie niebywale teatralne. Chory na AIDS reżyser publicznie przyznawał się do swojego homoseksualizmu, próbując walczyć ze społeczna homofobią…. Itd., itd., itd…

 A jak “walczyć” z uniwersytecką fobia – nazwijmy ja 4 X P: Produkowania Prac, Preferowania i Premiowania? Papierowym mieczykiem trzech kartek? Wieloletnie doświadczenie w studiowaniu mówi mi, że nie ma się co kopać z koniem, ponieważ koń ma większe kopyta…

3. PODSUMOWANIE CZYLI KONIEC LUB POCZĄTEK

 Tak więc zacznijmy od nowa:
DEREK JARMAN WIELKIM TWÓRCĄ BYŁ.
Cdn. Lub nie. 
Na szczęście dla mnie, prowadząca fakltet Pani Dagmara, była i jest fantastycznym człowiekiem. Uśmiała się, a ja ... zaliczyłam!!!  Dostałam trzy. Czy muszę pisać, że bardzo cenię i szanuję ludzi, którzy mają poczucie humoru? :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz