czwartek, 25 czerwca 2009

IMPREZA W NIEBIE

Nie będzie to zbyt odkrywcze stwierdzenie, każdy chyba już zauważył, że ostatnio w naszym kochanym kraju tradycyjne cztery pory roku zostały zastąpione dwiema: porą deszczową i suchą. Co gorsza występują one naprzemiennie, czasem trwają tylko jeden dzień każda. A nawet potrafiłą przyleźć obie w ciągu doby. Na zmiany pracują czy co? Na rano dziś miała sucha, na popołudnie deszczowa…
  Obudził mnie dziś pies, chlapnął mokrym jęzorem po moim nosie, sygnalizując niedwuznacznie, że zaworek zaczyna przepuszczać i pora na spacer. Ale zanim zwlokłam się z łóżka, kochany mężunio wziął smycz i wywietrzył naszego obscymurka. Powlokłam się pod prysznic, a następnie ubrałam się tak, jak wyjątkowo przyjazna i ciepła aura nakazywała – w cienką sukieneczkę na ramiączkach, dorzuciłam do zestawu klapeczki – japonki. Zajrzałam na moment do pracy, w której nastąpiły ostatnio zmiany i wymiany kadrowe. W związku z debiutem nowej pracownicy na kierowniczym stanowisku, wpadam od czasu do czasu w dzień wolny, żeby zobaczyć, co tam moje "dziecię" wyprawia. Nie odnotowałam od rana żadnego telefonu z firmy, ewenement na skalę światową, więc gnana niepokojem, poszłam zobaczyć, co się dzieje. W głowie już miałam czarne wizje, że mi knajpę spalili i została po niej tylko dziura w ziemi, a nie dzwonią, bo boją się przyznać. Ale przypomniało mi się, że w wiadomościach nie mówili nic o żadnych pożarach, więc zajrzałam tak kontrolnie, na pół godziny. Wyszłam po czterech. Tak to już bywa, kiedy pracuję, to cały dzień, a kiedy mam wolne, to mogę wyjść o szesnastej… 
 Wylazłam i złapała mnie burza, taka solidna, z ulewnym deszczem i piorunami. Postałam trochę we wnęce drzwiowej kamienicy, przeczekałam oberwanie chmury i poczłapałam sobie do domu, ignorując zupełnie spokojny już, czerwcowy deszcz.
 Bo ja lubię moknąć, lubię chłodne krople na skórze, lubię mieć mokre włosy… Kocham zapach ziemi po burzy i to symboliczne oczyszczenie, jakie z sobą przynosi, zwłaszcza miastu, kiedy woda zmyje już kurz i smród z wszystkich dachów, domów i ulic. Jedyne czego nie lubię po burzy to zapachu mojego mokrego psa… 

Wracałam do domu, brodząc po kostki w wodzie płynącej strumieniami po chodnikach, to co mi się wlało do butów przodem, tyłem wyleciało. Mokłam i było mi dobrze. Pachniało latem. W pewnym momencie zobaczyłam kobietę ciągnącą za rękę dziewczynkę, tak na oko, pięcioletnią. W dżinsowej spódniczce z falbanką, różowych rajstopkach, która śmiała się na cały głos, uciekała matce spod parasola, wskakując w co większe kałuże i chlapiąc wodą dookoła. W pewnym momencie matka szarpnęła ją za rękę, powiedziała do niej, jak do psa, ostrym, nieprzyjaznym tonem: „Słuchaj poleceń, co ty głupia jesteś, żeby po wodzie latać?” Radosny chichot urwał się, jak ucięty nożem. Wciągnęła małą pod parasol i poszły dalej, ona opatulona kurtką, omijając każdą kałużę, dziewczynka już noga za nogą.
 Żal mi się zrobiło. Obydwu. Matki, która nawet nie pamięta, czym jest frajda chodzenia po kałużach, i małej, której rodzicielka zabrała chwilę absolutnie beztroskiej, dziecięcej radości Nie rozumiem dlaczego – bo dziewczynka ubrudziłaby się, zachlapała? Podobno dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe…
Wróciłam cała mokra, pies odtańczył na mój widok obowiązkowy, powitalny taniec, zrobiłam sobie gorącej herbaty. Zielonej oczywiście – dieta w toku. Żarcie marchewki i sałaty ma niestety swoje skutki uboczne, powoli zaczynają mi wyrastać zajęcze uszy… Wlazłam pod koc i słuchałam, jak deszcz szumi za oknem, przeplatany grzmotami. Przypomniało mi się, jak była mała i po każdej burzy, razem z tatą i bratem wychodziliśmy z domu, żeby na boso połazić po kałużach i mokrej trawie. A ja niecierpliwie czekałam na „oberwanie chmury”, zadzierałam głowę, patrzyłam na wełniste obłoki i wyglądałam, wyglądałam, no… kiedy w końcu ta chmura się dosłownie „oberwie” i klapnie na ziemię. Wierzyłam, że spada taka biała i miękka, o strukturze waty cukrowej i myślałam, że jak już zleci, to będzie można w niej bawić w chowanego. Ale chmury nie spadały, czasem jeszcze tylko trochę grzmiało. Babcia zawsze wtedy mówiła, że to w niebie beczki z winem przetaczają. 
No to niezła dziś imprezę mieli tam na górze…:-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz