piątek, 26 czerwca 2009

DZIECKO

Najpierw robisz wszystko, żeby go nie mieć. Uważasz, kalkulujesz, liczysz dni, zabezpieczasz się. Matka ci powtarza, że zmarnujesz sobie życie, że szkoły nie skończysz, że do niczego w życiu nie dojdziesz. Ostrzega i straszy, że zagrzebanie się w pieluchy w tym wieku to apokalipsa i koniec wszystkiego. Potem idziesz na studia i myślisz sobie, że jak je sfinalizujesz, to wtedy będzie dobry moment. Odbierasz dyplom, zaczynasz szukać pracy i myślisz – nie, jeszcze nie teraz, mam przecież czas, zdążę, muszę najpierw znaleźć posadę, przecież będą potrzebne pieniądze, trzeba mu jakiś poziom zagwarantować. Idziesz więc do pierwszej pracy, zdobywasz doświadczenie zawodowe, zaczynasz dobrze zarabiać. W związku się układa, więc podejmujecie decyzję o kupnie mieszkania i znów zaczyna się przesuwanie: jak już je znajdziemy, jak dostaniemy kredyt, jak wyremontujemy. Coraz częściej zatrzymujesz się przed wystawą sklepu z artykułami dla niemowląt, coraz częściej oglądasz się na ulicy za piłeczkami brzuszków przyszłych mamuś, zaglądasz z zazdrością do wózków, pokazujesz mężowi fajnego malucha, jak toczy się koślawo chodnikiem. W końcu już wiesz – tak chcę, chcemy oboje. Jednocześnie zapada decyzja o ślubie i pojawia się kolejny argument na nie, rodzice znów przestrzegają – nie przed ślubem, nie zrób mi wstydu, co ty chcesz z brzuchem iść do ołtarza, żeby się wszyscy z Ciebie śmiali, nie możesz się powstrzymać, przecież to tylko kilka miesięcy? Więc znów czekasz. Bierzecie ślub i przestajecie uważać, co ma być to będzie, liczysz na małą niespodziankę. Nie nadchodzi, za to małpa co miesiąc – jak najbardziej. Więc zaczynacie się na serio starać, znów liczysz dni, planujesz, kalkulujesz, ale już w zupełnie innym celu. Przychodzą się czasy bliskości na zawołanie, miłości na gwizdek i potwornego czekania. Jednocześnie pojawia się ten straszny lęk i pierwsze zwątpienie: a jeśli coś jest nie tak? Mijają kolejne miesiące, każdy zaczyna dzielić się na cztery tygodnie. Dwa pierwsze – czekanie na dobry moment, dwa kolejne – na dwie upragnione kreseczki. Nie pojawiają się, mimo że płyną następne dni i tygodnie. W końcu trafiacie do lekarza, potem do kolejnego lekarza, do kliniki i zaczynacie się leczyć. Czekasz na wyniki badań, jak na wyrok lub zbawienie.

 Nie wiem, do której kategorii zaliczyć przyznane nam kilkanaście procent szansy. Ale zastanawiam się, jak wiele innych kobiet, par, przeszło tą samą drogę. Pewnie dużo. Niczego w swoim życiu bym nie zmieniła, zawsze uważałam, że lepiej grzeszyć i żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło. Nie cofnęłabym żadnej swojej decyzji, ani dobrej, ani złej. Poza tą jedną, jedyną, z podjęciem której zwlekałam tak długo. Boję się, że omija/ominie mnie coś najcudowniejszego w życiu, że przegapiłam to przez własną głupotę. Boję się, że nikt nigdy nie powie do mnie „mamo”…

Nie wiem, czy byłoby inaczej, gdybyśmy zdecydowali się na dziecko wcześniej, nie mam na to żadnej gwarancji. Ale i tak żałuję. Czasem myślę, że miałoby teraz już kilka lat i zastanawiam się, jak wygląda takie prawdziwe życie na przykład z ośmiolatkiem w domu. Nie wiem.

Wierzę jednak głęboko, że wszystko, co w moim życiu się dzieje, ma swój cel i sens. Wierzę, że każda rzecz dzieje się po coś. Żeby mi coś pokazać, żeby mnie czegoś nauczyć, żebym coś zauważyła i zrozumiała. Wierzę, że jest ktoś tam na górze, kto jest mądrzejszy ode mnie, kto wie lepiej, co jest w danym momencie dla mnie dobre. Choćbym ja tego teraz jeszcze nie rozumiała i uważała, że to co się dzieje, jest dla mnie najbardziej krzywdzące na świecie. Wierzę. Buntuję się, złoszczę, ale staram się wierzyć.

Na razie mam psa i nadzieję. Podobno umiera ostatnia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz