środa, 10 czerwca 2009

DIABELSKI MŁYN

Czuję się ostatnio, jakbym jechała na diabelskim młynie, który kręci się coraz szybciej, i szybciej, i szybciej. Kolejny rok przecieka mi przez palce. Dopiero był początek miesiąca, już jest prawie połowa, za chwilę będzie lipiec, zaraz po nim przyjdzie sierpień, a potem nadbiegnie galopem jesień. Czas pędzi jak oszalała kobyła. Kiedy udaje mi się na moment przystanąć, z sentymentem i cichą rozpaczą wspominam okres dzieciństwa, gdy czas wlókł się noga za nogą. Dzień trwał całĄ wieczność, tydzień miesiąc, miesiąc rok, a rok, który dzielił święta od kolejnej Gwiazdki był czasem niewyobrażalnie długim i nie chciał minąć. Dziś dzień zanim się na dobre zacznie, już się kończy, pozostawiając mnie z bagażem spraw niezałatwionych, spiętrzonych coraz wyżej. Dni w pracy mijają błyskawicznie, pracuję po kilkanaście godzin, a zaległości i tak się nawarstwiają. Dni wolne rozpoczynają się telefonem z firmy, a kończą spotkaniem w sprawie rozliczenia, nowej umowy, zmiany dostawcy, wizytą w biurze, u księgowej, w urzędzie i tak dalej… Wszystko się zlewa w jeden ciąg, czasem całkiem serio zastanawiam się, jaki jest dzień tygodnia. Nie pamiętam, kiedy z kim rozmawiałam, nie potrafię sobie przypomnieć, co robiłam tydzień temu. Zaczynam nienawidzić swojego imienia, bo kiedy je słyszę, już wiem, że ZNOWU ktoś czegoś ode mnie chce. Rozmawiałam o tym ostatnio z barmanem i stwierdził, że doskonale mnie rozumie. Jemu własne imię kojarzy się z… przerwanym jedzeniem. Bo kiedy tylko próbuje sobie zrobić przerwę, zejść na zaplecze i coś szybko skonsumować, natychmiast ktoś go woła. Tak jak mnie, a co najgorsze - zwykle po jakąś pierdołę.  
Próbowałam przeciwdziałać W przypływie desperacji wywiesiłam na tablicy ogłoszeń w pracy kartkę o treści:
 „Wprowadzam zakaz:
- marudzenia,
-zawracania dupy
-zadawania głupich pytań”.

 A towarzycho się uśmiało i nadal przyłazi do mnie z kwestiami typu: „Masz może długopis?”, co wywołuje u mnie niezrozumiały dla osób z zewnątrz napad agresji. Kelner powinien składać się z dwóch elementów: z długopisu i kelnera właściwego… A nie ma dnia, żeby te ofiary losu nie przyłaziły do mnie miaucząc: pani kierownik, bo ja nie mam nic do pisania – zgubiłem, ukradli mi, goście zabrali, wypisał się, złamałem itp. itd.…. Nienawidzę tego!!! Bo kiedy ja potrzebuję jakiegoś pisaka, to okazuje się, że znowu mi go jakaś ofiara podprowadziła. I nie mam!. Ciągle nie mam długopisu i ciągle go szukam! Doprowadza mnie to do szału. Ale od niedawna wzięłam się na sposób i postępuję tak jak cały mój personel, słowem stosuje się do ich sprawdzonej zasady:
„Nie masz? To zabierz komuś innemu…”. 
Kolejne pytanie z cyklu znienawidzonych to: „Gdzie jest zszywacz?”. Jeśli jeszcze raz ktoś mnie o to spyta, to poderżnę mu gardło tępym nożem. Kupiłam ostatnio dwa: jeden dla mnie, drugi do ogólnego użytku. Minęły dwa dni i ten kelnerski zszywacz zniknął, zapadł się pod ziemię, normalnie diabeł ogonem nakrył i znów się zaczęło: „Pani kierownik….” A barmani się uśmiali i stwierdzili, że nasza firma jest jak allegro – rzeczy stają się bliższe… Podejrzewałam ich o udział w spisku, dopóki nie zaginął im w tajemniczych okolicznościach shaker z baru, gdzie – nie wiadomo. Ale oczywiście pytanie „Nie wiesz może, gdzie jest…” usłyszałam jako pierwsza.

Ale to jeszcze nic. Najgłupsze pytanie zadała mi jedna z dziewczyn w pracy kilka miesięcy temu. To był hit hitów. Siedziałam sobie zanurzona po czubek głowy w rozliczeniach, próbując zmontować coś logicznego, kiedy nagle słyszę pytanie. Najpierw wstępne:
- „Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałabym się o coś zapytać….Mogę?”
Wyrwana z toku myślenia, wynurzam się z otchłani kolumn, cyfr i działań, uprzejmość nie pozwala mi odmówić, więc potakuję:
„Tak, proszę, możesz”
I słyszę:
„Nie wiesz może, czy w łódzkim ZOO jest już nowy hipopotam??? Bo ten stary zdechł i mieli….”
 Dalszego ciągu nie usłyszałam, bo mnie krew zalała…. Oczy mi zaszły mgłą i gdyby spojrzenie mogło zabijać, to Kasia padłaby trupem na miejscu…

Nie mam niestety takiej siły i koleżanka uszła z życiem. I dobrze, bo bardzo ją lubię. Ale ja niedługo padnę. Ze zmęczenia. Jak ten hipopotam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz