niedziela, 28 czerwca 2009

CZY ZJADŁBYŚ WŁĄSNEGO PSA?

No właśnie, zjadłbyś? Wydawało mi się, że to pytanie retoryczne, ale nie.
Strasznie się kiedyś o to pokłóciłam z mężem.
Nie wiem już nawet gdzie, ale usłyszałam historię z czasów Powstania Warszawskiego.
W jednej z kamienic mieszkała elegancka, starsza pani, która miała małego, białego pudelka. Podczas końcowych tygodni powstania, zamieszkali w niej także żołnierze, biorący udział w walkach. Jeden z nich opowiadał, czy też opisywał – nie pamiętam dokładnie, jak pewnej nocy, potwornie głodny, czuwał na posterunku i marzył o kotlecie schabowym. Myślał, że śni, kiedy koledzy przynieśli mu kanapkę z pieczonym mięsem. Pysznym, pachnącym, pieczonym mięsem... Pożarł ją i zapytał, czy nie mają tego więcej, a oni mu na to:
- A co ty myślisz, że piesek to słonik był?
Opowiedziałam tę historię mężowi, a on mi mówi, cały, uchachany, że jak by był głodny,
to też by zjadł naszego pieska... Zagotowałam się:
- Jak to, zjadłbyś naszego sierściuszka???
 - No pewnie
- Naszego kochanego labka, który też Cię kocha, patrzy Ci teraz w oczy, merda do Ciebie ufnie ogonem???
- No pewnie, że bym go zjadł, no co się dziwisz, o zobacz, jaki jest spasiony, na trochę by nam mięska starczyło.
- Nam???? W życiu bym nie zjadła własnego psa, jesteś odrażający, ja mógłbyś, naprawdę byś go zjadł??????
- No tak....gdybym bym głodny...
Nie wiem, czy powinnam zostawiać swojego męża w domu razem z psem. Zwłaszcza swojego głodnego męża. Potwór. Przyjaciół nie wolno zjadać. I już.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz