czwartek, 4 czerwca 2009

BEZROBOCIE TO FIKCJA

Kiedy słyszę w wiadomościach, że w tym kraju jest kilkunastoprocentowe bezrobocie, zaczynam zgrzytać zębami ze złości. Kiedy mówi się o milionach ludzi bezskutecznie poszukujących miesiącami jakiejkolwiek pracy, zaczynam dostawać nerwowych drgawek.
Bo bezrobocie w Polsce to FIKCJA.
Znalezienie zaś i zatrudnienie normalnego pracownika nawet w czasach rzekomego kryzysu graniczy z cudem. Niech mi ktoś powie, gdzie są te dwa miliony bezrobotnych???
Od tygodnia poszukujemy osób do rozdawania ulotek. Młodych, energicznych, uśmiechniętych. Niezbyt wygórowane wymagania, prawda? Praca od dziesiątej rano do osiemnastej, płatna osiem złotych za godzinę, wychodzi po zsumowaniu tysiąc trzysta brutto miesięcznie. Teoretycznie najprostsza sprawa pod słońcem – nic tylko dać ogłoszenie, obdzwonić otrzymane cv i czekać na tłumy młodych ludzi spragnionych zatrudnienia.
A tu okazuje się, że zatrudnienie ulotkarzy jest proste jak pięć metrów drutu w kieszeni. W odpowiedzi na ogłoszenie dostajemy na przykład maile o następującej treści:
Witam,chciałbym prosić Państwa o przyblirzenie warunków pracy w Państwa restauracji. Pracowalem 3 lata w Anglii w restarajii. Parcowalem na stanowisku supervizyora . Prosze o przyblirzenie i warunkow pracy i płacy”
Witam. Zainteresowala mnie panstwa oferta chcialbym zlozyc swoja kandydature
poprzez pozostawienie swojego CV w zalacznkiu maila i dowiedzieć się ile bede zarabiac”
A ile płacicie za stanie z ulotkami? Proszę o szybkom odpowiedź”
Przykłady autentyczne, z maili otrzymanych w tym tygodniu – żaden z pytających nie skalał się dołączeniem cv czy listu motywacyjnego. Postawa roszczeniowa przy szukaniu pracy to przecież podstawa. Pozwoliłam sobie zachować oryginalną pisownię i składnię. Zwykle publikacji ogłoszenia towarzyszy kilka telefonów o zbliżonej treści: „Bo ja dzwonie w sprawie ogłoszenia i chce zapytać ile płacicie, bo nie wiem, czy mi się opłaca przychodzić”. „Dzień doby” na początek to zbytek łaski, a ta rozbrajająca szczerość jest po prostu powalająca... I to wszystko oczywiście w odpowiedzi na ogłoszenie, gdzie prosimy o „przesłanie cv lub zgłoszenia osobiste”. Żeby było jasne – nie, nie zawierało ono klauzuli o treści: „Pamiętaj, żeby przed wysłaniem swojej oferty skontaktować się z nami i dokładnie wypytać, ile będziesz zarabiać. Musisz przecież wiedzieć, czy opłaca się się wstać z kanapy”. Hitem dzisiejszego dnia było cv chłopaka, nazwijmy go Szanownym Panem P. Pozwolę sobie przybliżyć je pokrótce, żeby pokazać oblicze polskiego bezrobocia: lat 22, wykształcenie podstawowe gimnazjalne, trzymiesięczne doświadczenie na stanowisku specjalisty do spraw handlowych, czyli – przy wykładaniu towarów na półki w hipermarkecie. Co Szanowny Pan P robił w pozostałych latach, nie zostało zdradzone, prawdopodobnie nic, czekał, aż praca przybiegnie i rzuci mu się namiętnie na szyję, prosząc: „Weź mnie, proszę, błagam, tu i teraz...” A on odtrącał ją z pogardą, bo przecież trzeba się cenić i szanować. A to pierwsze Szanowny Pan P potrafił: w rubryce „oczekiwane zarobki” wpisał „Miedzy 1800 a 2500 zł brutto” (pisownia oryginalna). Ręce i nogi opadają.
Kiedy już się uda wyselekcjonować cv ludzi w miarę normalnych, zaczyna się męka rozmów kwalifikacyjnych. Dzwonisz do ludzi, wszyscy są zainteresowani, wszyscy bardzo chętnie przyjdą na spotkanie. A potem siedzisz jak kwoka na jajach i czekasz, co się wykluje. Z umówionych trzydziestu osób ostatnio przyszło ... osiem. Kilka lat rekrutowania personelu i nauczyłam się precyzyjnego stawiania pytań. Wielokrotnie przekonałam się na własnej skórze, że słowo „dyspozycyjny” może znaczyć wiele. Prowadząc w kwietniu rozmowę z kandydatką do pracy, usłyszałam, że ona mam masę czasu, ale jak zda maturę. Lekko zdziwiona próbowałam uściślić, czy w takim razie może w końcu podjąć pracę, czy nie. A ona mi na to, z pretensją i świętym oburzeniem: „Ale o co Pani chodzi, przecież to chyba nie jest praca od jutra?”.
Teraz nawet jeśli usłyszę: „Jestem dyspozycyjny”, dopytuje się natrętnie: „Ale uczy się Pan, studiuje?”. I nie raz padła odpowiedź: „Tak, dziennie, ale mam wolne soboty i czwartki po południu”, „Tak, wieczorowo, ale mogę przychodzić od poniedziałku do środy między 10 a 13”. Jak widać na tym przykładzie słowo „dyspozycyjność” ma wiele znaczeń, a punkt widzenia zależny od miejsca siedzenia.
Także stwierdzenie „Pilnie potrzebuję pracy” coraz częściej budzi mój sarkastyczny śmiech. Bo nawet kiedy już taki „pilnie potrzebujący” pracy delikwent przebrnie przez cały proces rekrutacji, zrobi badania wstępne (na koszt firmy oczywiście), umówi się na podpisanie umowy, często ... wcale nie przychodzi (czy muszę dodawać, że telefon z informacją „Przepraszam, ale rezygnuję” to zbytek łaski?) lub zwalnia się po kilku dniach z przyczyn rozmaitych. Bo trzeba się nauczyć trzech stron na pamięć, a on myślał, że zacznie od razu pracować. Bo trzeba zabrać brudne naczynia ze stołu, a on się najmował na kelnera, nie na sprzątaczkę. Widać puste talerze wszędzie zbiegają ze stołów na gwizdnięcie i same pędza na zmywak, tylko u nas trzeba je nosić.
Czasem mam wrażenie, że ludzie zwalniają się, bo ... muszą pracować. Najlepiej to byłoby przyjść na osiem godzin do pracy, wypić kawę, posiedzieć i otrzymać za to pięć tysięcy złotych. Ach, zapomniałam wspomnieć o warunkach, jakie należałoby spełnić: wykształcenie nie wyższe niż podstawowe/średnie i obowiązkowo: brak jakiegokolwiek doświadczenia zawodowego. To jest ważne! Należy o tym pamiętać.!!! Ja też muszę, żeby mi co chwilę oczy z orbit nie wychodziły, bo niedługo mi wypadną i będę sobie musiała wstawić szklane. I żeby mi szczęka nie opadała za każdym razem ze zdziwienia, bo ostatnio, po przeprowadzeniu następującej rozmowy z nowym pracownikiem, to mi huknęła o podłogę:
- Proszę, weź płyn do szyb i umyj okna, tak jak już Ci wcześniej mówiłam.
- Ale ja umyłem.
- Tak, ale tylko od środka.
- TO Z DRUGIEJ STRONY TEŻ SIĘ MYJE???

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz