wtorek, 30 czerwca 2009

ROZMOWA Z PERSONLEME - autentyczne historie restauracyjne



Szef kuchni przyszedł dziś do pracy z Reksiem pod okiem. Zaniepokoiło mnie to, bo z racji pełnionej funkcji wskazane jest, żeby widział, co ludziom kładzie na talerz. Wiedziona szeroko rozumianą troską o pracownika i kobiecą ciekawością, próbowałam dowiedzieć się, co się stało. Odbiłam się od męskiego muru milczenia. Spuchnięta paszcza barmana także rzucała się w oczy już od wejścia, więc połączyłam fakty i uderzyłam do drugiego delikwenta z kilkoma niewinnymi pytaniami:- Wychodziliście gdzieś może wczoraj po pracy? Stało się coś?- No… przewróciłem się i mnie kopali.- A co było z Piotrkiem?- ….Yyyyyy…. Piotrka kopali trochę dalej…. Mimo całej sympatii, jaką żywię dla obu, nie zgodziłam się na pracę w przeciwsłonecznych okularach…

niedziela, 28 czerwca 2009

CZY ZJADŁBYŚ WŁĄSNEGO PSA?

No właśnie, zjadłbyś? Wydawało mi się, że to pytanie retoryczne, ale nie.
Strasznie się kiedyś o to pokłóciłam z mężem.
Nie wiem już nawet gdzie, ale usłyszałam historię z czasów Powstania Warszawskiego.
W jednej z kamienic mieszkała elegancka, starsza pani, która miała małego, białego pudelka. Podczas końcowych tygodni powstania, zamieszkali w niej także żołnierze, biorący udział w walkach. Jeden z nich opowiadał, czy też opisywał – nie pamiętam dokładnie, jak pewnej nocy, potwornie głodny, czuwał na posterunku i marzył o kotlecie schabowym. Myślał, że śni, kiedy koledzy przynieśli mu kanapkę z pieczonym mięsem. Pysznym, pachnącym, pieczonym mięsem... Pożarł ją i zapytał, czy nie mają tego więcej, a oni mu na to:
- A co ty myślisz, że piesek to słonik był?
Opowiedziałam tę historię mężowi, a on mi mówi, cały, uchachany, że jak by był głodny,
to też by zjadł naszego pieska... Zagotowałam się:
- Jak to, zjadłbyś naszego sierściuszka???
 - No pewnie
- Naszego kochanego labka, który też Cię kocha, patrzy Ci teraz w oczy, merda do Ciebie ufnie ogonem???
- No pewnie, że bym go zjadł, no co się dziwisz, o zobacz, jaki jest spasiony, na trochę by nam mięska starczyło.
- Nam???? W życiu bym nie zjadła własnego psa, jesteś odrażający, ja mógłbyś, naprawdę byś go zjadł??????
- No tak....gdybym bym głodny...
Nie wiem, czy powinnam zostawiać swojego męża w domu razem z psem. Zwłaszcza swojego głodnego męża. Potwór. Przyjaciół nie wolno zjadać. I już.

piątek, 26 czerwca 2009

DZIECKO

Najpierw robisz wszystko, żeby go nie mieć. Uważasz, kalkulujesz, liczysz dni, zabezpieczasz się. Matka ci powtarza, że zmarnujesz sobie życie, że szkoły nie skończysz, że do niczego w życiu nie dojdziesz. Ostrzega i straszy, że zagrzebanie się w pieluchy w tym wieku to apokalipsa i koniec wszystkiego. Potem idziesz na studia i myślisz sobie, że jak je sfinalizujesz, to wtedy będzie dobry moment. Odbierasz dyplom, zaczynasz szukać pracy i myślisz – nie, jeszcze nie teraz, mam przecież czas, zdążę, muszę najpierw znaleźć posadę, przecież będą potrzebne pieniądze, trzeba mu jakiś poziom zagwarantować. Idziesz więc do pierwszej pracy, zdobywasz doświadczenie zawodowe, zaczynasz dobrze zarabiać. W związku się układa, więc podejmujecie decyzję o kupnie mieszkania i znów zaczyna się przesuwanie: jak już je znajdziemy, jak dostaniemy kredyt, jak wyremontujemy. Coraz częściej zatrzymujesz się przed wystawą sklepu z artykułami dla niemowląt, coraz częściej oglądasz się na ulicy za piłeczkami brzuszków przyszłych mamuś, zaglądasz z zazdrością do wózków, pokazujesz mężowi fajnego malucha, jak toczy się koślawo chodnikiem. W końcu już wiesz – tak chcę, chcemy oboje. Jednocześnie zapada decyzja o ślubie i pojawia się kolejny argument na nie, rodzice znów przestrzegają – nie przed ślubem, nie zrób mi wstydu, co ty chcesz z brzuchem iść do ołtarza, żeby się wszyscy z Ciebie śmiali, nie możesz się powstrzymać, przecież to tylko kilka miesięcy? Więc znów czekasz. Bierzecie ślub i przestajecie uważać, co ma być to będzie, liczysz na małą niespodziankę. Nie nadchodzi, za to małpa co miesiąc – jak najbardziej. Więc zaczynacie się na serio starać, znów liczysz dni, planujesz, kalkulujesz, ale już w zupełnie innym celu. Przychodzą się czasy bliskości na zawołanie, miłości na gwizdek i potwornego czekania. Jednocześnie pojawia się ten straszny lęk i pierwsze zwątpienie: a jeśli coś jest nie tak? Mijają kolejne miesiące, każdy zaczyna dzielić się na cztery tygodnie. Dwa pierwsze – czekanie na dobry moment, dwa kolejne – na dwie upragnione kreseczki. Nie pojawiają się, mimo że płyną następne dni i tygodnie. W końcu trafiacie do lekarza, potem do kolejnego lekarza, do kliniki i zaczynacie się leczyć. Czekasz na wyniki badań, jak na wyrok lub zbawienie.

 Nie wiem, do której kategorii zaliczyć przyznane nam kilkanaście procent szansy. Ale zastanawiam się, jak wiele innych kobiet, par, przeszło tą samą drogę. Pewnie dużo. Niczego w swoim życiu bym nie zmieniła, zawsze uważałam, że lepiej grzeszyć i żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło. Nie cofnęłabym żadnej swojej decyzji, ani dobrej, ani złej. Poza tą jedną, jedyną, z podjęciem której zwlekałam tak długo. Boję się, że omija/ominie mnie coś najcudowniejszego w życiu, że przegapiłam to przez własną głupotę. Boję się, że nikt nigdy nie powie do mnie „mamo”…

Nie wiem, czy byłoby inaczej, gdybyśmy zdecydowali się na dziecko wcześniej, nie mam na to żadnej gwarancji. Ale i tak żałuję. Czasem myślę, że miałoby teraz już kilka lat i zastanawiam się, jak wygląda takie prawdziwe życie na przykład z ośmiolatkiem w domu. Nie wiem.

Wierzę jednak głęboko, że wszystko, co w moim życiu się dzieje, ma swój cel i sens. Wierzę, że każda rzecz dzieje się po coś. Żeby mi coś pokazać, żeby mnie czegoś nauczyć, żebym coś zauważyła i zrozumiała. Wierzę, że jest ktoś tam na górze, kto jest mądrzejszy ode mnie, kto wie lepiej, co jest w danym momencie dla mnie dobre. Choćbym ja tego teraz jeszcze nie rozumiała i uważała, że to co się dzieje, jest dla mnie najbardziej krzywdzące na świecie. Wierzę. Buntuję się, złoszczę, ale staram się wierzyć.

Na razie mam psa i nadzieję. Podobno umiera ostatnia.

czwartek, 25 czerwca 2009

IMPREZA W NIEBIE

Nie będzie to zbyt odkrywcze stwierdzenie, każdy chyba już zauważył, że ostatnio w naszym kochanym kraju tradycyjne cztery pory roku zostały zastąpione dwiema: porą deszczową i suchą. Co gorsza występują one naprzemiennie, czasem trwają tylko jeden dzień każda. A nawet potrafiłą przyleźć obie w ciągu doby. Na zmiany pracują czy co? Na rano dziś miała sucha, na popołudnie deszczowa…
  Obudził mnie dziś pies, chlapnął mokrym jęzorem po moim nosie, sygnalizując niedwuznacznie, że zaworek zaczyna przepuszczać i pora na spacer. Ale zanim zwlokłam się z łóżka, kochany mężunio wziął smycz i wywietrzył naszego obscymurka. Powlokłam się pod prysznic, a następnie ubrałam się tak, jak wyjątkowo przyjazna i ciepła aura nakazywała – w cienką sukieneczkę na ramiączkach, dorzuciłam do zestawu klapeczki – japonki. Zajrzałam na moment do pracy, w której nastąpiły ostatnio zmiany i wymiany kadrowe. W związku z debiutem nowej pracownicy na kierowniczym stanowisku, wpadam od czasu do czasu w dzień wolny, żeby zobaczyć, co tam moje "dziecię" wyprawia. Nie odnotowałam od rana żadnego telefonu z firmy, ewenement na skalę światową, więc gnana niepokojem, poszłam zobaczyć, co się dzieje. W głowie już miałam czarne wizje, że mi knajpę spalili i została po niej tylko dziura w ziemi, a nie dzwonią, bo boją się przyznać. Ale przypomniało mi się, że w wiadomościach nie mówili nic o żadnych pożarach, więc zajrzałam tak kontrolnie, na pół godziny. Wyszłam po czterech. Tak to już bywa, kiedy pracuję, to cały dzień, a kiedy mam wolne, to mogę wyjść o szesnastej… 
 Wylazłam i złapała mnie burza, taka solidna, z ulewnym deszczem i piorunami. Postałam trochę we wnęce drzwiowej kamienicy, przeczekałam oberwanie chmury i poczłapałam sobie do domu, ignorując zupełnie spokojny już, czerwcowy deszcz.
 Bo ja lubię moknąć, lubię chłodne krople na skórze, lubię mieć mokre włosy… Kocham zapach ziemi po burzy i to symboliczne oczyszczenie, jakie z sobą przynosi, zwłaszcza miastu, kiedy woda zmyje już kurz i smród z wszystkich dachów, domów i ulic. Jedyne czego nie lubię po burzy to zapachu mojego mokrego psa… 

Wracałam do domu, brodząc po kostki w wodzie płynącej strumieniami po chodnikach, to co mi się wlało do butów przodem, tyłem wyleciało. Mokłam i było mi dobrze. Pachniało latem. W pewnym momencie zobaczyłam kobietę ciągnącą za rękę dziewczynkę, tak na oko, pięcioletnią. W dżinsowej spódniczce z falbanką, różowych rajstopkach, która śmiała się na cały głos, uciekała matce spod parasola, wskakując w co większe kałuże i chlapiąc wodą dookoła. W pewnym momencie matka szarpnęła ją za rękę, powiedziała do niej, jak do psa, ostrym, nieprzyjaznym tonem: „Słuchaj poleceń, co ty głupia jesteś, żeby po wodzie latać?” Radosny chichot urwał się, jak ucięty nożem. Wciągnęła małą pod parasol i poszły dalej, ona opatulona kurtką, omijając każdą kałużę, dziewczynka już noga za nogą.
 Żal mi się zrobiło. Obydwu. Matki, która nawet nie pamięta, czym jest frajda chodzenia po kałużach, i małej, której rodzicielka zabrała chwilę absolutnie beztroskiej, dziecięcej radości Nie rozumiem dlaczego – bo dziewczynka ubrudziłaby się, zachlapała? Podobno dzieci dzielą się na czyste i szczęśliwe…
Wróciłam cała mokra, pies odtańczył na mój widok obowiązkowy, powitalny taniec, zrobiłam sobie gorącej herbaty. Zielonej oczywiście – dieta w toku. Żarcie marchewki i sałaty ma niestety swoje skutki uboczne, powoli zaczynają mi wyrastać zajęcze uszy… Wlazłam pod koc i słuchałam, jak deszcz szumi za oknem, przeplatany grzmotami. Przypomniało mi się, jak była mała i po każdej burzy, razem z tatą i bratem wychodziliśmy z domu, żeby na boso połazić po kałużach i mokrej trawie. A ja niecierpliwie czekałam na „oberwanie chmury”, zadzierałam głowę, patrzyłam na wełniste obłoki i wyglądałam, wyglądałam, no… kiedy w końcu ta chmura się dosłownie „oberwie” i klapnie na ziemię. Wierzyłam, że spada taka biała i miękka, o strukturze waty cukrowej i myślałam, że jak już zleci, to będzie można w niej bawić w chowanego. Ale chmury nie spadały, czasem jeszcze tylko trochę grzmiało. Babcia zawsze wtedy mówiła, że to w niebie beczki z winem przetaczają. 
No to niezła dziś imprezę mieli tam na górze…:-)

poniedziałek, 22 czerwca 2009

JESTEM ZŁOŚLIWCEM I IRONISTKĄ

No jestem, taka informacja dla tych, którzy jeszcze nie zauważyli. Jestem ten typ, co tak ma. Miałam od zawsze i czasem nie mogę się powstrzymać, żeby jadem publicznie nie strzyknąć. Mówię, co myślę, rzucam cięte komentarze, często nie myśląc o konsekwencjach. Notorycznie miałam obniżoną ocenę z zachowania za pyskowanie. Na studiach też mi się wyrywały różne nieprawożądne opinie, ale raz to przegięłam: napisałam taką pracę zaliczeniową; nie mogę się powstrzymać, żeby jej tutaj nie upublicznić . Bo jak ją przeczytałam ostatnio, to włos mi się zjeżył na głowie... I do dziś się zastanawiam, jak ja ją mogłam oddać... A oddałam. Poniżej wersja oryginalna, bez cenzury:
1. TYTUŁEM WSTĘPU

No i znów sesja zimowa mówi letniej „dzień dobry”. Wykopana zostanie pewnie w końcu za drzwi (ona lub ja), które co semestr zatrzaskuję z wysiłkiem. Głównie dzięki żądzy pieniądza kolejnych lekarzy, potwierdzających choroby bardzo ciężkie i przewlekłe, dobrej woli dziekana i przymknięciu niejednego oka przez panie z sekretariatu. A do mnie już zaczynają groźnie szczerzyć kły następne prace zaliczeniowe z kolejnej sesji. Jedynym ratunkiem jest zastosowanie Jedynego i Niepowtarzalnego Przepisu na Wyprodukowanie Super Pracy Zaliczeniowej, zgodnej z oczekiwaniami nieomal wszystkich wykładowców (chylę czoła przed nielicznymi wyjątkami wspierającymi inwencję twórczą :-)

- weź temat jak dziwka, chwytliwy, prowokujący, pociągający… zaproś go do siebie na kolację, pamiętaj jednak, że bez gry wstępnej w bibliotece nie uda Ci się rozbierać go do końca i wykorzystać w całości – a wyczerpanie tematu jest niezwykle ważne!
- nie wybieraj jednak zbyt oryginalnego i egzotycznego, bo odbiorca pracy skrzywi się i oceni cię po japońsku, rzucając z niechęcią: jako – tako…
- pamiętaj, że każda Super – Praca przypominać musi dobrze skomponowany posiłek - składać się z przystawek, dania głównego i deseru. Słowem: bez wstępu, rozwinięcia i zakończenia nie masz szans na zaliczenie.
- przygotuj sobie bibliografię nie krótszą niż Mur Chiński; nie martw się, nikt nie zdoła się przez to przebić! Mongołowie nie dali rady, Turcy też nie, a co dopiero Zwyczajny doktor lub profesor, nawet niezwyczajni wymiękają, więc po cóż próbować…! Tą łyżkę tranu po posiłku zwykle każdy pomija z niechęcią.
- twoja praca, choćby była siermiężna jak kasza gryczana na sypko bez dodatków, okraszona garścią cytatów, niczym skwarkami, od razu nabierze smaku dla wyrafinowanych podniebień prowadzących. Podlanie sosem cudzych autorytetów przywoływanych, by zagęścić treść, nader wskazane!
- zaleca się jednocześnie unikanie własnych pomysłów i improwizacji, mogących zniszczyć przewidywalny, ogólnie znany i oczekiwany smak.
- oddaj pracę w terminie! Zniecierpliwieni zbyt długim oczekiwaniem na wyrafinowaną, oryginalną potrawę wykładowcy wolą zadowolić się fast – foodem, byle był na czas, gorący i zgodny z oczekiwaniami.
- sprawdź uprzednio sobie tylko znanymi drogami, czy trafiłeś z wyborem tematu w wyrafinowane gusta wykładowcy, jedni trawią tylko Ridleya Scotta, drudzy Wajdę, który Wielkim Reżyserem był (co za faux – paux, jest, oczywiście, jest!), a inni gustują w finezyjnym Jarmanie. Danie nie dobrane zgodnie z gustem wykładowcy zostanie zwrócone!
- a kiedy już ugotujesz produkt genialny w smaku, kunsztowny i wyrafinowany, bądź szczęśliwy, jeśli wykładowca raczy w nim zanurzyć choć koniec widelca, tj. jeśli przekartkuje całość, nie będzie źle! Pogódź się z myślą, że twoja praca podzieli los tysięcy innych zalegających na półkach magazynów uniwersyteckich. I będzie czekać na swój Dzień Wielkiego Recyclingu, kiedy to Student kolejnej generacji odnajdzie ją, posieka, odgrzeje, doprawi, dorzuci świeżych myśli, usunie przeterminowane składniki i poda ponownie na stół, życząc smacznego…

2. COŚ O JARMANIE
Mam napisać coś o Jarmanie. Pół roku temu – „coś” o obcym nazwisku w wyszukiwarce internetowej. Teraz – coś o reżyserze? Czy malarzu? Aktorze? Scenografie teatralnym? Pisarzu? Scenariopisarzu? O artyście, wizjonerze lub ostrzej – o hifie, pedale, oszołomie (oj, zgrzyta to słownictwo w pracy zaliczeniowej…).
Podstępem podpełza, wręcz pcha się na wokandę wytarte z treści, wyślizgane: postmodernista. O jak kusi, żeby wtłoczyć to wszystko, co wiąże się z Jarmanem, co nie przystaje do tradycyjnych definicji i pojęć filozoficznych, religijnych i obyczajowych (uwaga! Zaczyna się zakradać tu jakiś pseudonaukowy bełkocik!), w ten pusty liczman. A może nazwać go artystą metafizycznym? W końcu to pojęcie równie pojemnie i rozciągliwe jak prezerwatywa . Jak określić autora, który łazi jak krowa tam i z powrotem po granicy między sztuką, a nie – sztuką i nie wiadomo jeszcze czym. Aż mnie kusi, żeby użyć elektrycznego pastucha i zagnać tę/to (?) (upsss, pomyłka „krowa” jest rodzaju żeńskiego! Co robić? Może „bydlę”?…nie, nie przejdzie mi to przez klawiaturę!… postawię trzy kropki… na początek, dopóki nie oswoję się z tym słowem) …… do zagrody z napisem twórca awangardowy. Postawić na granicy płot pod napięciem elektrycznym, może się nie wymknie z tej definicji, poobija się trochę o płot, jeszcze żadna krowa od tego nie zdechła, a nie wylezie poza ogrodzenie.
No co, co do ch….a zrobić z kimś tak dziwnym, jak nazwa wiewiórki po czesku? (Czy nie przesadziłam? Wulgaryzmy to chyba za wiele, jak na pracę zaliczeniową…?)

A może poddać się nurtowi akademickiej, praworządnej konwencji i napisać tak:
Derek Jarman … nie, nie „Barman”, nie wiem, czemu ta uparta maszyna usiłuje mi udowodnić, że wie lepiej ode mnie? - to brytyjski reżyser filmowy urodzony w 1942 roku w Londynie, gdzie studiował malarstwo. Swoją „przygodę z kinem” rozpoczął przygotowując megaprojekty scenografii do filmów Kena Russella „Diabły” i „Dziki Mesjasz”. Zadebiutował w 1976 roku filmem „Sebastian” – warto zwrócić uwagę, na niezwykle ciekawy fakt, iż w tym filmie dialogi były wypowiadane po łacinie. Następnie zrealizował, równie arcyciekawą, futurystyczną wizję podróży królowej Elżbiety do Anglii ogarniętej przerażającą apokalipsą. Tworząc „Burzę” w 1979 roku sięgnął po sztukę Szekspira i poddał ją hipertwórczej adaptacji, ponownie zmierzył się z jego twórczością w filmie „The Anglic Conversation”. Z kolej w bulwersującym „Edwardzie II” przywołał historię romansu króla opisaną przez Christopera Marlowe’a.
Derek Jarman był scenografem, pisarzem, reżyserem (ble, ble, ble…), uprawiał kino wizyjne, plastycznie wysmakowane a jednocześnie niebywale teatralne. Chory na AIDS reżyser publicznie przyznawał się do swojego homoseksualizmu, próbując walczyć ze społeczna homofobią…. Itd., itd., itd…

 A jak “walczyć” z uniwersytecką fobia – nazwijmy ja 4 X P: Produkowania Prac, Preferowania i Premiowania? Papierowym mieczykiem trzech kartek? Wieloletnie doświadczenie w studiowaniu mówi mi, że nie ma się co kopać z koniem, ponieważ koń ma większe kopyta…

3. PODSUMOWANIE CZYLI KONIEC LUB POCZĄTEK

 Tak więc zacznijmy od nowa:
DEREK JARMAN WIELKIM TWÓRCĄ BYŁ.
Cdn. Lub nie. 
Na szczęście dla mnie, prowadząca fakltet Pani Dagmara, była i jest fantastycznym człowiekiem. Uśmiała się, a ja ... zaliczyłam!!!  Dostałam trzy. Czy muszę pisać, że bardzo cenię i szanuję ludzi, którzy mają poczucie humoru? :-)

niedziela, 21 czerwca 2009

SZPINAKOWI MÓWIĘ ZDECYDOWANE NIE!

No to mnie k….onet uszczęśliwił. @#*!!!%???#@*+**!!!!!! - to mi się wyrwało, kiedy bladym niedzielnym świtem, to jest w okolicach godziny dwunastej w południe odpaliłam rupcia, żeby sprawdzić pocztę. Nie powiem dokładnie, jakich słów użyłam, bo nie umieszczałam przed blogiem ostrzeżenia, że treść przeznaczona jest dla osób powyżej osiemnastego roku życia. Wydawało mi się zbędne, pornografii nie zamierzam tutaj propagować, chyba że Gombrowiczowską, cięższym słowem czasem rzucę, ale bez przesady. Ale dziś porzucałam sobie mięchem przez dłuższą chwilę i na monitor też miałam wielką ochotę machnąć jakiś krwisty kawałek. No bo jakby mało było dyskusji na temat czy brud w Tunezji jest zajmujący, frapujący, czy też dokuczliwy… to jeszcze onet wywalił zdjęcia mojego psa na pierwszą stronę. Serdecznie dziękuję za polecenie, ale fotka jest charakterystyczna, parę osób je widziało i może skojarzyć z moją wielce szanowną osobą. A ja cenię sobie swoją anonimowość, ona pozwala napisać więcej i szczerzej, co niestety widać czasami w komentarzach. Nie jestem zwolenniczką wywalania bebechów, tak żeby publika mogą sobie i jelito grube, i wątrobę obejrzeć, ale jakaś część siebie na tym blogu odsłaniam, piszę w końcu sieci o tym, co MNIE zastanowiło, rozśmieszyło, rozzłościło. Generalnie jak jestem wkurzona to piszę najlepiej. Ale dziś wyhamowałam i zaczęłam się zastanawiać nad granicami prywatności. Nigdy, nawet jako dziecko, nie marzyłam, żeby zostać kimś znanym, nie śniłam o byciu gwiazdą. Sławę mam w tak zwanym głębokim poważaniu, w każdej postaci. Uważam, że nie pozwala na bycie sobą… Podobnie jak jej skromniejsza siostra – rozpoznawalność, którą właśnie mógł mi przy okazji zafundować onet. Zastanawiam się, ile osób skojarzyło mojego psa i czuję się z tym niezręcznie… 
No bo sobie właśnie szykowałam ciętego posta, o tym, jak to mi dupa urosła od ślubu. I co teraz? Pisać, nie pisać, oto jest pytanie? W końcu to moje własne, prywatne cztery litery, a może nikt nie zauważył, że zwiększyły gabaryty i lepiej publicznie palcem nie pokazywać? Łatwiej pisać o cudzym tyłku, choćby o białej dupie własnego psa. Tak na marginesie – podpis pod zdjęciem, z racji tego, kogo siersciuch wytypował na przywódcę stada, powinien brzmieć: „Biała Dupa mojego męża”. Obawiam się jednak, że tej dwuznaczności mój ślubny nie puścił by mi płazem…

A co do mojej – no urosła. W ciągu dwóch lat, które minęły od naszego ślubu, przybyło mi po drodze siedem kilogramów. I nie jest to wbrew pozorom szczęśliwa dla mnie cyfra. O matko, przeczytałam właśnie ostatnie zdanie ze zgrozą … aż siedem. Nie powiem, ile ważę i proszę mnie o to nie indagować, prędzej połknę własny język niż się przyznam. Za Chiny Ludowe nie powiem i za demokratyczne też nie. Na pewno wyglądam na mniej, bo jestem wysoka. Ale cyfry są okrutne, a mój mąż bardzo, bardzo dowcipny; jak chce mnie unerwić to woła do mnie per „Serdelku”… gadzina. Taki żarcik, ale szafa nie kłamie, półka z rzeczami „wktóresięniemieszcze” rozmnożyła się przez pączkowanie i stała się dwoma półkami. A ja przeszłam łagodnie z przyciasnego rozmiaru 36 na nieco przyciasny 40 z tendencjami do 42, kiedy próbuję kupić coś, w czym nie wyglądam jak świąteczny baleron. 

No masakra! Wiem, że jakoś tego bardzo po mnie nie widać, zwłaszcza, że wszystko, co "nabyłam", kumuluje się we wspomnianych czterech literach, a te zawsze jakoś tam można zakryć. Ale kiedyś miałam fajny „kaloryferek” na brzuchu, a teraz mam trzy… w mieszkaniu. I żadnego więcej. Nigdzie. Za to coś zaczęło mi się wylewać delikatnie ze spodni, zahodowałam sobie, nie wiem jak i kiedy, tak zwane boczki… Trochę fałdek zawdzięczam pracy w gastronomii, trochę przepysznej, ale bardzo tradycyjnej kuchni mojej teściowej, większość jednak – swojemu łakomstwu. Próbuję się ich pozbyć od jakiegoś czasu, ale bez efektu. W sumie nie jem wiele, żywię się głównie sałatkami, a nie chudnę. Zaczynam podejrzewać, że w jakiś cudowny sposób mój organizm absorbuje tłuszcz unoszący się w powietrzu. Szkoda, że nie kumuluje go nieco powyżej pasa, tam by się przydało, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, trudno. Ja w zasadzie lubię siebie, ale te kilka kilogramów zaczyna mi coraz bardziej przeszkadzać. No i jak się teoretyzuje w cyberprzestrzeni i wymądrza na temat wyglądu zaniedbanych kobiet, to wypadałoby pomyśleć także nad praktyką. Zwłaszcza nad dobrą praktyką żywieniową. Moja jest fatalna – wybieganie z domu bez śniadania, zamiast tego kawa, mocno posłodzona, oczywiście z tłustym mlekiem, jedzenie w biegu, zapychanie małego głoda słodyczami, jeszcze raz kawa, kawa i kawa, plus grzech najcięższy – napoje energetyczne. Do tego jedzenie na noc, wypady na chińszczyznę i moje ukochane włoskie żarcie… Ach to penne z sosem śmietanowym, serem pleśniowym i kurkami…. Na razie musi zostać tam, gdzie jest, czyli w restauracji. Ja też, bo w takowym miejscu pracuję. Odchudzanie w lokalu, gdzie przez cały dzień pięknie pachnie jedzeniem, to katorga. Ale postanowienie to postanowienie: słowem dieta. Taka mała, żeby skorygować skrzywione nawyki i oczyścić organizm. Czyli żadnego żarcia po 18, zamiast kawy, herbaty i energetyków – woda niegazowana. I zielona herbata… bleeee… jak ona komuś może smakować, chyba, że ktoś dobrze się kojarzy zapach siana… Ale smak? Mokra trawa… bleeee… kupiłam aromatyzowaną, cytrynową i w saszetkach, bo zajrzałam ostatnio do czajniczka i widok tej plantacji wodorostów znacznie osłabił we mnie ducha walki.
Dziś prawie pokonał mnie szpinak. Gotowany, bez soli i przypraw. Luuuudzie…to jest ohydne. Nawet pomijając fakt, że przed opuszczeniem organizmu konsumenta wygląda dokładnie tak samo jak po… Ja się nie dziwię, że wiele osób utożsamia ten smak z koszmarem dzieciństwa, mnie szpinakiem nie katowali, na szczęście, bo to zahacza o paragraf „znęcanie się nad dzieckiem…” Podlałam go trochę sokiem z cytryny, co nadało tej podłej roślinie smak szczawiu i jakoś pokonałam ten etap. Ale nie ukrywam, że miałam wielką ochotę go porządnie posolić, ale odgórne wytyczne zabraniają. Podobno człowiekowi w tydzień po odstawieniu „białej śmierci” zaczyna wracać prawdziwy smak… coś w tym jest, faktycznie pomidor zaczyna smakować jak pomidor, mięso jak mięso. Ale niestety szpinak niestety też smakuje jak szpinak… Nikt mnie więcej nie zmusi do skonsumowania tego zielska pod żadną postacią. Wszelkie inne, a i owszem, nie jestem na nic uczulona i właśnie nadchodzi mój wielki sezon – uwielbiam warzywa i owoce pod każdą postacią, mogę nic innego nie jeść latem.
W związku z tym i jednocześnie na fali wprowadzania zdrowych nawyków żywieniowych w życie zrobiłam na obiad sałatkę z tuńczykiem: sałata lodowa, pomidor, ogórek, jajko, czerwona cebula, szczypiorek, trochę sosu czosnkowego – pycha. Wręczyłam mężusiowi zieloną michę, popatrzył, zapadło milczenie, po chwili zapytał z nadzieją w głosie:
„….A coś do tego jeszcze będzie???”
Faceci… 
Mój wieczorem przylazł i zapytał
"Masz jeszcze trochę tej sałatki ?" :-)

sobota, 20 czerwca 2009

BURZA W SZKLANCE WODY - KOMENTARZ DO KOMENTARZY

 
Nie sadziłam, że swoim postem o Tunezji wywołam przysłowiową burzę w szklance wody.
Halo!!! Gdzie są te firmy które płacą grube pieniądza za pozycjonowanie w wyszukiwarce, której zawdzięczam (tak mi się wydaje), tę niechcianą reklamę mojej antyreklamy??? Ja płacić nie zamierzam, uprzedzam, jak tak dalej pójdzie, to wystąpię do google o odszkodowanie za straty moralne i uszczerbek na zdrowiu. Także dla osób święcie oburzonych moim postem. Bo nerwica i nadciśnienie to podobno najgroźniejsze choroby dwudziestego pierwszego wieku, a ja nie zamierzałam przyczyniać się do ich rozwoju u kogokolwiek... Licznik odwiedzin się zagrzał, zawiesił, komentarze się posypały... Słowem: niektórym ciśnienie skoczyło... Człowiek sobie rzepkę skrobie i coś tam pisze dla wąskiego grona znajomych (dokładnie sztuk cztery) i dla nieco szerszego grona tych, co się zabłąkają od czasu do czasu ... I przede wszystkim dla siebie. Jeden śpiewać musi, inaczej się udusi, inny musi pisać. Nie sadziłam, że przy okazji luźnego blogowania wsadzę przysłowiowy kij w mrowisko. A tu proszę, ciężka dyskusja, bo mi się nie spodobało w Tunezji.
Tak jak ktoś słusznie zauważył i chwała mu za to, niekoniecznie na wysokościach, chyba, że mu blisko i po drodze, chociaż nie wiem, daty urodzenia nie zostawił... wracając do tematu: Uroczyście oznajmiam, że MÓJ blog zawiera tylko i wyłącznie MOJE poglądy, opinie i wrażenia, do których mam MOJE święte, niezbywalne prawo. Zapytajcie Avionetki, ona na prawie się zna. Jednocześnie informuję wszystkich niedoinformowanych, że nie ma powszechnego, ustawowego obowiązku czytania mojego bloga, żadne kary, ani sankcje za to nie grożą. Podobnie jak za pisanie, więc będę pisać, co myślę i co mi się żywnie podoba, nie obrażając nikogo, mam nadzieję. Tego samego też oczekuję – nie, nie pisania, ale kultury, w związku z czym uprzejmie zawiadamiam, że komentarze wulgarne lub obrażające mnie i opisane osoby, będę kasować. Podobnie jak notatki w stylu „kolejna idiotka”, „jesteś beznadziejna”, „żal mi ciebie” nie wnoszące nic do dyskusji. Aczkolwiek dziękuje autorom za poświęcony czas i publiczne zaprezentowanie poziomu elokwencji, który pozostawię bez komentarza. Reszty nie ruszam, niech sobie żyją swoim życiem, lubię zdrowy ferment, byle efektem nie były kwasy. A najbardziej lubię, uwaga, mądre słowo, też na f - fermentację, najlepiej jeszcze taką,  w wyniku której powstaje winko. Bo drinków nie pijam, dresów nie noszę, chyba że na rower, lalunią to bym nawet czasem chciała być, ale niestety, pustostany w głowie dawno zagospodarowane i nic z tego. Czytałam i czytam także, wbrew opinii miażdżącej większości, co nieco o krajach, do których się wybieram, a byłam już w kilku. Tu powinna pojawić się dłuuuuuga lista, potwierdzająca mój domniemany snobizm, ale nie pojawi się, z góry przepraszam rozczarowanych.
I wierzcie mi, zwłaszcza dzięki opowieściom zachwyconych turystów, a takich wielu pisało w necie dużo dobrego o pięknej Tunezji, i dzięki statystykom, obiecującym 30 stopni ciepła w końcówce września, można być tak niemile zaskoczonym. Ja byłam. Podczas naszego pobytu temperatura nie spadała poniżej 45 stopni, zaś na plaży ilość niedopałków porównywalna była z ilością piasku. Aż się chciało zatrudnić petowego Kopciuszka, żeby to wszystko przebrał, ziarnko po ziarnku.
Nigdzie indziej, w żadnym kraju nie spotkałam się z takim brudem i syfem, jak w Tunezji, ani z tak natrętnymi tubylcami. I tyle, zdania ani wspomnień nie zmienię. Znawcą tego kraju nie jestem i ani mi w głowie pretendowanie do tego tytułu, terminu „Czarny Ląd” użyłam w złym kontekście, mea culpa. A w poście opisałam tylko i wyłącznie własne, prywatne odczucia i wrażenia, podlewając je równie prywatna, wrodzoną i gryzącą niestety ironią. Tym, którzy ją poczuli, acz nie dostrzegli, obiecuję poprawę. Spuszczę swoją ironię z łańcucha, jak wrócę z kolejnych wakacji :-)
Pisząc posta o pobycie w Tunezji nie zamierzałam tworzyć ani pełnego, obiektywnego obrazu odwiedzonego kraju, ani wystawiać mu lukrowanej laurki. Przed tymi, którzy to dostrzegli i uśmiechnęli się chociaż raz podczas czytania, chylę głowę i zamiatam czapką podłogę.
A wy, Szanowni Wielbiciele Tunezji możecie sobie na mnie psy wieszać do woli, uwielbiam psy, jeśli można to poproszę same labradory, najlepiej czarne i brąz, bo biszkopta mam. Zaznaczam jednak wyraźnie: proszę o psy, a nie o uniwersalne niszczarki do butów i książek, jedna takową już posiadam i wystarczy.

czwartek, 18 czerwca 2009

PS.

Siedzę przy biurku i piszę. Pies siedzi obok mnie i żebrze. Patrzy błagalnie tymi swoimi brązowymi ślepiami, trąca mnie niedwuznacznie mokrym nosem, daje mi nieproszony swoją wielką, brudną łapę. Ogonem zamiata podłogę. Ślina mu kapie z pyska tak, że na panelach zaczyna się tworzyć małe jeziorko. Język mu zaraz ucieknie w tyłek
Niby nic niezykłego, ot pies, siedzi i łasuchuje, bo wyczuł, że Pani ma coś smakowitego.
Niby nic...
Ale on żebrze o ... czereśnie!!!
 Dałam. Jedną. Może coś się w białym łbie poprzestawiało, niech spróbuje. Zjadł. I nadal siedzi. I nadal żebrze...
Co za pies.
Czereśniowy??????????

środa, 17 czerwca 2009

NIGDY WIĘCEJ DO TUNEZJI!

Musimy zdecydować, gdzie jedziemy na urlop… I w związku z tym, mamy oboje twardy orzech do zgryzienia. Ja jestem stworzeniem ciepłolubnym, trzydzieści pięć stopni to dla mnie optymalne warunki do wypoczynku. Dla mojego męża niestety nie – zieje jak pies i tylko szuka kawałka cienia, żeby się w nim schować, zły i nadęty, no bo mu gorąco…. Tak więc boję się wyrywać z propozycją wyjazdu do Turcji lub Egiptu, bo wiem, że on najchętniej pojechałby na wakacje do Szwecji… lub jeszcze dalej na północ. Już raz wybrałam miejsce na urlop, zwiedziona wizją rajskiej wycieczki prosto z barwnych folderów. Polecieliśmy do Tunezji. We wrześniu miało być chłodniej. I było. Zamiast pięćdziesięciu stopni - czterdzieści. Kiedy lądowaliśmy w Monastyrze o 23.30, było trzydzieści siedem…. Wysiedliśmy z samolotu i wpadliśmy w obrzydliwie ciepłą zupę wilgotnego powietrza… spojrzałam na mojego męża i już wiedziałam, że mam przesrane…
Ja tam nie narzekałam, bo mi rankiem nawet w Tunezji bywało zimno, ale on zniósł ten pobyt z trudem… Gdybym morsa chciała zakwaterować na stałe w Afryce, to miałby taką samą minę, jak moja brzydsza połowa po lądowaniu… Ale nie tylko masakryczna temperatura była minusem tego wyjazdu. Niestety, w żadnym folderze nikt nie pokazał, nie wspomniał, nawet drobnym druczkiem na ostatniej stronie, że tam jest wszędzie potwornie BRUDNO. Może z wyjątkiem okolic najlepszych, pięciogwiazdkowych hoteli, gdzie dokładnie sprząta się także plażę. My pewnego dnia postanowiliśmy wybrać się na romantyczny spacer brzegiem morza do oddalonego o ok. 2 kilometry miasteczka Sousse. Wycieczka przypominała przejście przez wysypisko śmieci. Plaża pełna niedopałków i gnijących wodorostów zmieszanych z breją bliżej nieokreślonych odpadków, pływające w morzu foliowe reklamówki i puszki – ten widok jakoś nie przypominał zdjęć z folderu, który tak nas zachęcił w biurze podróży. A im dalej wyjeżdżało się poza tereny stricte uturystycznione, bo na pewno nie można powiedzieć, że zeuropeizowane, tym wyraźniej Afryka pokazywała swoje prawdziwe oblicze, zupełnie obce i inne od tego z kolorowych zdjęć reklamowych… Przedmieścia zbudowane z tradycyjnych glinianych domów po prostu tonęły w śmieciach, w nich grzebały stadka kóz i owiec, bo nie można powiedzieć, że się pasły... I bawiły się małe, brudne dzieci. Raz mignęło mi jakieś zwierzę z rozprutym brzuchem, powieszone za kopyta na belce przed domem, chyba właśnie oprawiane pośród tego kurzu, pyłu z drogi, w środku południowego skwaru. Zszokowało mnie to, ale nie bardziej niż głowa takiej pięknej, jasnobeżowej krowy o aksamitnym pyszczku, którą widziałam wcześniej na tradycyjnym arabskim targu. Głowa – reklama, powieszona była na ścianie budki z mięsem, które leżało nota bene wyłożone wprost na straganie, przy temperaturze ponad czterdzieści stopni, tak, że można było sobie swobodnie każdy kawałek obejrzeć i obmacać. Co też ochoczo czynili kupujący, ignorując zupełnie wesoło pobzykującą nad mięsem chmarę much …
  Po przedmieściach przyszedł czas na niekończące się gaje oliwne, przetykane gdzieniegdzie małymi, sennymi miasteczkami. Potem był już tylko coraz uboższy krajobraz, tylko wysuszona ziemia, piasek, kępki trawy, jakieś chałupki i wychudzone osły, sterczące w mizernym cieniu rachitycznych palm… Dla nas była to prawdziwa egzotyka, ale codzienne życie tam pewnie do przyjemnych nie należy. A może jest takie jak wszędzie – normalne, kiedy się nie zna żadnego innego?
Na pewno warto zobaczyć ten Czarny Ląd, zwłaszcza tą jego inną, niefolderową wersję, ale ja drugi raz się tam raczej nie wybiorę, chyba po prostu wolę europejską mentalność. Bo tu, u nas wiadomo doskonale, że płacisz za tygodniowy pobyt z wyżywieniem w gospodarstwie agroturystycznym na przykład tysiąc złotych. I nikt do cholery nie żąda od ciebie dodatkowych 100 złotych za zdjęcie z kozą!!! I nikt nie oczekuje od ciebie, że będziesz się z nim godzinę targował, żeby zbić tę cenę do 10 groszy!!!!
 Bo to wcale nie wszechobecny brud i wysoka temperatura najbardziej mnie tam męczyły…Powiem tak: Kochani Naiwniacy, wybierający się do Tunezji w poszukiwaniu urlopowego wypoczynku! Pamiętajcie, że od momentu przekroczenia granicy przestaniecie być ludźmi! Od tej chwili zmienicie się w Dojne Krowy… Spróbujcie wybrać się na romantyczny spacer we dwoje i pokonać kilometr afrykańskiej plaży. Życzę powodzenia… Tubylcy rzucą się na was jak sępy na padlinę. W ciągu dziesięciu minut zaczepi was kilkadziesiąt osób próbując sprzedać wam: wycieczkę na Saharę, miejsce na leżaku, przejażdżkę na osiołku, lot balonem, chusty na głowę, pluszowego wielbłąda, drewnianego wielbłąda, plastikowego wielbłąda, banany, ananasy, pomarańcze, prażone orzeszki, daktyle, papierosy na sztuki i paczki, palmy daktylowe, wodę do picia, bransoletki z kamyków, wisiorki na szyję, małe dywaniki, duże dywaniki, wielgachnedywany i tysiące ton innej tandety. Zaręczam, że dostaniecie szału… ja dostawałam. Bo dodatkowo chorobą ogólnonarodową Tunezyjczyków jest głuchota absolutna. Żadne „Nie”, ani „Dziękuję” nie pomaga, nawet powtórzone po raz milionowy… Zastanawiałam się nawet w akcie desperacji, czy nie pomogłoby zdzielenie takiego natręta kijem bejsbolowym po głowie, albo przynajmniej wymachiwanie nim podczas spacerów, tak, żeby nikt nie mógł zbliżyć się na odległość mniejszą niż metr. Ale akurat takiego sprzętu nie mieliśmy z sobą. A szkoda. Pomóc mogłoby jeszcze ewentualnie spędzenie tygodnia przed wyjazdem na solarium, żeby nie wabić turystyczną bielą skóry miejscowych handlarzy. Bo oni ze szczególną zajadłością atakują tych najmniej opalonych, a brązowy odcień skóry jest dla nich sygnałem: „Aha, on już tutaj trochę jest, skoro tak, już pewnie mu wcisnęliśmy i dywan, i wielbłąda, i palmę i daktyle…”  I lecą do tych bielszych, obsiadają ich jak muchy krowi placek, i są jak one – niewygnani. No normalnie nie da się od nich odczepić. Ja dostałam nerwicy po tygodniu, ale zrozumiałam dlaczego ten kraj zgarnia najwyższe opłaty za przekroczenie limitu wagi bagażu… Miałam okazję na lotnisku zaobserwować efekty sprawnych działań marketingowych tamtejszych plażowych „ekonomistów” – walizki turystów powracających do Europy pękały w szwach… jedna pani miała chyba dwadzieścia kilo nadbagażu, bo ktoś jej takie piękne, tunezyjskie kamienie sprzedał… 
Już wiem, gdzie nie chce jechać, to już coś, ale nadal trudno mi podjąć decyzję, gdzie chcę jechać… Przekonałam się boleśnie na własnej skórze, że w przypadku wakacji w Tunezji błędny był już sam wybór miejsca. Ja potrzebowałam spokoju, bo setki upierdliwych osób, które czegoś ode mnie chcą to ja mam w pracy na co dzień. Właśnie przed tym chciałam uciec… Zamienił stryjek siekierkę na kijek

sobota, 13 czerwca 2009

NIEPEDAGOGICZNA LEKCJA POSŁUSZEŃSTWA

W sumie to powinnam tą brzozową witką spod ołtarza przylać Białej Dupie w futrzasty tyłek. Może by się kundel poprawił pod względem posłuszeństwa na przykład??? Ale ludowa tradycja nic nie mówi o wpływie chłosty poświęconą gałęzią na zmianę psiego charakteru. No i bicie samo w sobie jest niepedagogiczne. Ale ostatnio okazało się, że bywa skuteczne i pewne efekty przynosi. Słowem: nasz Sierściuch dostał pierwsze w życiu, solidne manto. I to od swojego ukochanego Pana…

Mężuś był zmęczony i niewyspany, poświęcił się i wyprowadził wieczorem na spacer biednego piesusia. Nie bardzo mu się chciało, ale wziął smycz i mimo deszczu, błota, słoty i niepogody, wyszedł na spacer, żeby psinka się nie męczyła w domu i sobie chociaż trochę pobiegała. A co zrobiła biedna istotka na czterech łapach? Spuszczona z przysłowiowego łańcucha pobiegła natychmiast do swojego kolegi Pana Kotka, nie reagując oczywiście na żadne wezwania do powrotu i pokazując swojemu Panu opisaną już tutaj czarną kropkę pod ogonem. W sumie nie byłoby problemu, ale Pan Kotek w krzakach za dworcem leżał sobie dość długo, konkretnie od zimy. Nie wykazując żadnych oznak życia, dodam, poza tym, które go trawiło powoli od wewnątrz. Temperatura dawno już zmieniła się na wiosenną, więc biedny zwierzak zdążył rozmarznąć, napuchnąć jak balon i mówiąc wprost – porządnie się zaśmierdzieć…
A co zrobił ten debil ??? (określenie „pies” w tym przypadku to eufemizm)
Uciekł mężusiowi i … wytarzał się w tym zdechłym kocie….
wcierając tą specyficzną, „psią parfumę” w każdy kłaczek swojej białej dupy i nie tylko
. Nie powiem, jak zareagowała mój mąż, bo to się nie nadaje do powtórzenia. Ale fakt jest faktem – za ten wyczyn ukochany piesek swojego Pana dostał LANIE. Porządne, absolutnie niepedagogiczne LANIE, które przyniosło skutki natychmiastowe, widoczne, lepsze i szybsze niż kilkutygodniowe, profesjonalne szkolenie. Pies zgrzeczniał błyskawicznie, a poziom dyscypliny i posłuszeństwa przekroczył wszystkie dopuszczalne u labradorów normy. Sierściuch, który osobę uczepioną na drugim końcu smyczy zawsze holował z siła konia pociągowego gdzie chciał, wrócił do domu grzecznie przy nodze jak wytresowany, nawet o centymetr nie wyprzedzając swojego Pana. Po drodze przeszedł pierwsze, wstępne mycie w głębokiej, poburzowej kałuży, do której wepchnął go mój mąż, nie mogąc znieść aromatu, jaki kundel roztaczał. A ten w magiczny sposób nagle załapał, co znaczą słowa „właź tam”, nie mówiąc już o „chodź tu”. W domu bez szemrania i chwili zastanowienia wykonał polecenia, zupełnie mu wcześniej nieznane: „Do łazienki marsz!!!, „Pod prysznic, jazda!!!”, „Siad na dupę!!!”. Wszedł, wlazł do brodzika i w tej pozycji przeszedł drugie, gruntowne mycie z wykorzystaniem proszku do prania, ponieważ zapach „kociny” nie należał do najłatwiejszych do usunięcia. 
Nie popieram bicia kogokolwiek, ani dzieci, ani zwierząt. Ale rozumiem reakcję mojego, zazwyczaj bardzo spokojnego męża. Czasem zdarzają się takie sytuacje, że człowiekowi po prostu puszczają nerwy. Tarzanie się w zdechłym kocie na pewno do nich należy.

piątek, 12 czerwca 2009

NOSTALGIA - BOŻE CIAŁO W ŁOWICZU



Do Łowicza chętnie wracam ze względów sentymentalnych. To miasto mojego dzieciństwa i czasów licealnych. Szczególnie lubię Boże Ciało w tym mieście. Pamiętam jak babcia już od wczesnej wiosny zbierała różnokolorowe kwiaty i suszyła je „na sypanie”. Bez, jaśmin, płatki piwonii, polne chabry i maki. A my z bratem i rodzicami co roku jeździliśmy na procesję, a potem szliśmy na Błonia nad Bzurą, gdzie rozkładało się wesołe miasteczko, a za nim, na zielonej trawie i kolorowych kocach – połowa mieszkańców Łowicza. Były karuzele z łabędziami i słonikami, w kształcie smoka jeżdżącego po torach w górę i w dół, grające i migające światełkami.. I ta największa – łańcuchowa, przyciągająca mnie z nieodpartą siłą, do momentu, aż się na niej przejechałam. Raz. I wystarczyło mi na długie lata. Na łąkach pod Łowiczem rozkładały się jarmarczne stragany, gdzie można było kupić ręcznie malowane wiatraczki, piłeczki ze złotka i trocin, takie na gumce, skaczące pająki na pompkę, głowy diabełków, które naciśnięte, wywieszały różowy język. Były strzelnice z tęczą różnokolorowych kwiatów z farbowanych piór, które można było zdobyć, strzelając z wiatrówki do określonej liczby zapałek. Byli sprzedawcy baloników, kiełbasek na ciepło z musztardą i chrzanem, pachnących obarzanków i cukrowej waty. Były stragany z odpustowymi pierścionkami, do których ciągnęły rodziców małe dziewczynki. Głośno nawoływali właściciele loteryjek, gdzie po zakręceniu kółkiem, wygrywało się wskazaną przez piórko nagrodę – np. gipsową głowę Jana Pawła Drugiego. Pamiętam, bo taką wygrałam i płakałam okropnie, bo w drodze do domu papieżowi odpadł nos...
Sentyment do Bożego Ciała w Łowiczu mam w sobie do dziś i chętnie tam wracam. W tym roku wzięłam wolne w pracy i też pojechaliśmy. Kocham klimat tego miejsca, gdzie czas toczy się leniwie po zabytkowym bruku i atmosferę Bożego Ciała, gdy zatrzymuje się, a nawet cofa. Prawie wszystko jest takie jak kiedyś: dzieci sypiące kwiaty, zapach kadzideł, dźwięk dzwonków i dzwonów, bicie w wielki bęben, stare chorągwie kołyszące się na wietrze. Wśród mieszkańców okolicznych, podłowickich wsi, tradycja „chodzenia” na procesji, oczywiście w ludowym stroju, jest ciągle żywa. Można powiedzieć, że przechodzi z matki na córkę: w procesji uczestniczą malutkie dzieci, młode dziewczyny i leciwe staruszki. Co roku te same, tylko o rok starsze, czasem kogoś zabraknie, bo po prostu umarł, czasem ktoś przybywa, bo właśnie nauczył się chodzić. Rozczulają mnie ta kilkuletnie maluchy w zielonych adidaskach założonych do tradycyjnego, kolorowego stroju, wzruszają staruszki o siwych włosach pieczołowicie ukrytych pod chustką w róże, dźwigające na przygarbionych plecach ciężar wełniaka. A jest co nosić – tradycyjna, łowicka kiecka tkana z wełny i ręcznie haftowana, waży kilkanaście kilogramów. Do tego halka, zapaska, bielonka, szalinówka, wianek z kwiatów, kilkanaście sznurów korali i tradycyjne, czarne trzewiki sznurowane na czerwono. Te ostatnie można zobaczyć najrzadziej, są masowo zastępowane szpilkami, sandałkami i pantoflami, zdradzającymi, że jednak w Łowiczu czas płynie.
Niestety najwyraźniej to widać podczas tradycyjnego kiedyś jarmarku, zasypanego obecnie lawiną chińskiej tandety. Nie ma już kwiatów z piórek, diabełków, piłeczek z trocin. Są lalki barbie, pluszowe pieski na baterie, pistolety na kulki, świecące ledowe breloczki, tańczące i wygrywające melodyjki kwiaty made in Tajwan. Na stoiskach z jedzeniem zamiast kiełbasek sprzedają kebaby. Z dawnych lat zostały tylko obwarzanki i w jednym miejscu – wata na patyku. Mężuś widząc moje błagalne spojrzenie, zatrzymał się i mi ją kupił. Słodką, białą, puchatą, jak kawałek chmury. Brakowało mi tego smaku dzieciństwa, tak jak brakuje mi tego ludycznego klimatu odpustu sprzed lat. Tego najbardziej mi żal... Kolorowych jarmarków...

Zgodnie z tradycją, odłamałam spod jednego z czterech ołtarzy gałązki brzozy i zabrałam do domu. Wieść ludowa głosi, że jak się nimi zbije niegrzeczne dziecko, to będzie spokojniejsze. Przylałam mężowi z brzozowej witki. Tak profilaktycznie. Jest dobry, ale co mi szkodzi spróbować? Może się poprawi i będzie jeszcze lepszy?

Ps. W środę do restauracji zamiast trójkątnych chipsów przywieźli nam okrągłe, bo akurat tylko takie mieli. Ale towarzycho w czwartek od razu zinterpretowało to sobie na swój sposób, znajdując bardzo logiczną odpowiedź na pytanie: Dlaczego dziś nachos są okrągłe. To proste. Bo jest Boże Ciało.

środa, 10 czerwca 2009

DIABELSKI MŁYN

Czuję się ostatnio, jakbym jechała na diabelskim młynie, który kręci się coraz szybciej, i szybciej, i szybciej. Kolejny rok przecieka mi przez palce. Dopiero był początek miesiąca, już jest prawie połowa, za chwilę będzie lipiec, zaraz po nim przyjdzie sierpień, a potem nadbiegnie galopem jesień. Czas pędzi jak oszalała kobyła. Kiedy udaje mi się na moment przystanąć, z sentymentem i cichą rozpaczą wspominam okres dzieciństwa, gdy czas wlókł się noga za nogą. Dzień trwał całĄ wieczność, tydzień miesiąc, miesiąc rok, a rok, który dzielił święta od kolejnej Gwiazdki był czasem niewyobrażalnie długim i nie chciał minąć. Dziś dzień zanim się na dobre zacznie, już się kończy, pozostawiając mnie z bagażem spraw niezałatwionych, spiętrzonych coraz wyżej. Dni w pracy mijają błyskawicznie, pracuję po kilkanaście godzin, a zaległości i tak się nawarstwiają. Dni wolne rozpoczynają się telefonem z firmy, a kończą spotkaniem w sprawie rozliczenia, nowej umowy, zmiany dostawcy, wizytą w biurze, u księgowej, w urzędzie i tak dalej… Wszystko się zlewa w jeden ciąg, czasem całkiem serio zastanawiam się, jaki jest dzień tygodnia. Nie pamiętam, kiedy z kim rozmawiałam, nie potrafię sobie przypomnieć, co robiłam tydzień temu. Zaczynam nienawidzić swojego imienia, bo kiedy je słyszę, już wiem, że ZNOWU ktoś czegoś ode mnie chce. Rozmawiałam o tym ostatnio z barmanem i stwierdził, że doskonale mnie rozumie. Jemu własne imię kojarzy się z… przerwanym jedzeniem. Bo kiedy tylko próbuje sobie zrobić przerwę, zejść na zaplecze i coś szybko skonsumować, natychmiast ktoś go woła. Tak jak mnie, a co najgorsze - zwykle po jakąś pierdołę.  
Próbowałam przeciwdziałać W przypływie desperacji wywiesiłam na tablicy ogłoszeń w pracy kartkę o treści:
 „Wprowadzam zakaz:
- marudzenia,
-zawracania dupy
-zadawania głupich pytań”.

 A towarzycho się uśmiało i nadal przyłazi do mnie z kwestiami typu: „Masz może długopis?”, co wywołuje u mnie niezrozumiały dla osób z zewnątrz napad agresji. Kelner powinien składać się z dwóch elementów: z długopisu i kelnera właściwego… A nie ma dnia, żeby te ofiary losu nie przyłaziły do mnie miaucząc: pani kierownik, bo ja nie mam nic do pisania – zgubiłem, ukradli mi, goście zabrali, wypisał się, złamałem itp. itd.…. Nienawidzę tego!!! Bo kiedy ja potrzebuję jakiegoś pisaka, to okazuje się, że znowu mi go jakaś ofiara podprowadziła. I nie mam!. Ciągle nie mam długopisu i ciągle go szukam! Doprowadza mnie to do szału. Ale od niedawna wzięłam się na sposób i postępuję tak jak cały mój personel, słowem stosuje się do ich sprawdzonej zasady:
„Nie masz? To zabierz komuś innemu…”. 
Kolejne pytanie z cyklu znienawidzonych to: „Gdzie jest zszywacz?”. Jeśli jeszcze raz ktoś mnie o to spyta, to poderżnę mu gardło tępym nożem. Kupiłam ostatnio dwa: jeden dla mnie, drugi do ogólnego użytku. Minęły dwa dni i ten kelnerski zszywacz zniknął, zapadł się pod ziemię, normalnie diabeł ogonem nakrył i znów się zaczęło: „Pani kierownik….” A barmani się uśmiali i stwierdzili, że nasza firma jest jak allegro – rzeczy stają się bliższe… Podejrzewałam ich o udział w spisku, dopóki nie zaginął im w tajemniczych okolicznościach shaker z baru, gdzie – nie wiadomo. Ale oczywiście pytanie „Nie wiesz może, gdzie jest…” usłyszałam jako pierwsza.

Ale to jeszcze nic. Najgłupsze pytanie zadała mi jedna z dziewczyn w pracy kilka miesięcy temu. To był hit hitów. Siedziałam sobie zanurzona po czubek głowy w rozliczeniach, próbując zmontować coś logicznego, kiedy nagle słyszę pytanie. Najpierw wstępne:
- „Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałabym się o coś zapytać….Mogę?”
Wyrwana z toku myślenia, wynurzam się z otchłani kolumn, cyfr i działań, uprzejmość nie pozwala mi odmówić, więc potakuję:
„Tak, proszę, możesz”
I słyszę:
„Nie wiesz może, czy w łódzkim ZOO jest już nowy hipopotam??? Bo ten stary zdechł i mieli….”
 Dalszego ciągu nie usłyszałam, bo mnie krew zalała…. Oczy mi zaszły mgłą i gdyby spojrzenie mogło zabijać, to Kasia padłaby trupem na miejscu…

Nie mam niestety takiej siły i koleżanka uszła z życiem. I dobrze, bo bardzo ją lubię. Ale ja niedługo padnę. Ze zmęczenia. Jak ten hipopotam.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

PUSTE MIEJSCE

Zebrało mi się w sobotę na gruntowne porządki, takie z odsuwaniem mebli od ścian. Wszędzie walały się już białe kłaki, zresztą w mieszkanku sierść naszego pupila można znaleźć absolutnie wszędzie, nawet pod skorupką jajka ugotowanego na twardo. I nie jest to efekt li tylko mojego bałaganiarstwa, wystarczy nie odkurzać przez jeden dzień. Labradory są psami, które mają bardzo gęstą sierść i intensywnie linieją dwa razy do roku. Wiosną, kiedy zrzucają sierść zimową i jesienią, kiedy pozbywają się letniej. Co plus minus daje okrągłe dwanaście miesięcy z psem, z którego kłaki sypią się bezustannie. Czasem mam ochotę owinąć go folią streczową od czubka nosa do końca ogona...
Wykurzyłam białe koty spod łóżka, a przy okazji przestawiłam je pod okno. Szafki nocne też. Komodę wymeldowałam pod przeciwległą ścianę, biurko eksmitowałam... I nagle, w kącie sypialni zostało mi puste miejsce. W sam raz, żeby ustawić łóżeczko dla małego dziecka. Miejsce tak bardzo smutne i puste, że aż nie mogę tego znieść.
Pies także zmarkotniał po przemeblowaniu, bo to on zawsze spał pod oknem, a my tam postawiliśmy nasze wyrko. Wieczorem, kiedy już leżeliśmy pod kołdrą, przyszedł do sypialni i obszedł ją dookoła. Po krótkim namyśle uznał, że absolutnie żaden inny kawałek podłogi się nie nadaje, żeby się na nim położyć. Postał chwilę, jakby czekał na coś, pomerdał ogonem, popatrzył na nas z wyraźną pretensją, potem obraził się i poszedł spać do salonu. Aż mi się głupio zrobiło, że zajęliśmy mu JEGO miejsce.
Ale on tak naprawdę też zajął – puste miejsce w moim sercu.
A z przemeblowaniem poradził sobie doskonale. Dziś znalazłam go zwiniętego w kłębek tam, gdzie zawsze spał - w sypialni pod oknem. Zastawiliśmy mu jego kawałek podłogi łóżkiem, to się położył na nim. Cwaniak jeden

niedziela, 7 czerwca 2009

WSPÓLE ZAINTERESOWANIA - CZYLI JAK UGRYŹĆ LITERATURĘ NAJNOWSZĄ...

Podobno pies wybiera sobie Pana. Mój tak zrobił – nieodwołalnie za przewodnika naszego małego stada uznał mojego męża. On go wybrał spośród innych szczeniaków, a pies wybrał jego. I już. I ma w małej, czarnej kropce pod ogonem to, że miał być moim psem. ..
To dla mojego męża są zarezerwowane podskoki czterema łapami w górę, na wysokość nosa, najlepiej, żeby się jeszcze dało liznąć Pana po nosie. To dla mojego męża jest zaklepane czekanie przy oknie i popiskiwanie, kiedy zbliża się godzina powrotu z pracy. To on jest witany szaleńczym tańcem radości połączonym z dzikim slalomem dookoła mieszkania i z przynoszeniem piłki, szczura, misia, starej butelki. Jakby mówił: „Oddam ci wszystko, tak Cię kocham i tak się cieszę, że wróciłeś...” Słowem: dla Pana – serce na łapie. Dla Pani - czarna kropka, bo mój powrót do domu wygląda tak: otwieram drzwi, rozglądam się po mieszkaniu, psa nie ma. Nie ma pod drzwiami, nie ma na jego legowisku, nie ma w sypialni. Wołam cichutko – nic, zero odzewu, kundla nadal nie widać, ale słychać ciche „Pac, pac, pac, pac”. Wchodzę do salonu, a tam leży mój pies, rozłożony na kanapie jak pasztetowa na słońcu i klepie w nią ogonem. W kanapę, nie w pasztetową. Wołam go ponownie – reakcji brak, tylko częstotliwość klepania zwiększa się i zmienia w energiczne tłuczenie ogonem. Aż dudni w mieszkaniu: „Pacpacpacpacpacpac...” I to ja w końcu muszę się pofatygować, idę poczochrać Białą Dupę, która nawet nie raczy zleźć z sofy, żeby się ze mną przywitać...
Jedyne co mnie łączy z własnym psem, poza wspólnym Panem, to miłość do książek. Czytam, jak na polskie standardy dużo, dwie, czasem trzy książki tygodniowo. Czytam, gdy tylko mam chwilę wolnego czasu, w tramwaju, w pociągu, zdarzało mi się przeglądać gazetę w drodze do pracy, a chodzę sobie pieszo. Tylko w aucie nie mogę oddawać się temu ulubionemu zajęciu, bo mi to przeszkadza w kierowaniu, jako pasażer też niestety nie mogę, bo robi mi się niedobrze. Czytam: gazety, blogi, książki. Czytam ogłoszenia na przystankach, ulotki, instrukcje obsługi, kartki na drzwiach. Mam bezwarunkowy odruch czytania absolutnie wszystkiego. Ale najbardziej kocham książki. Pies podziela moje zainteresowania, też kocha słowo pisane... Tylko on je kocha „inaczej”.
Kiedy ostatnio mój mąż zapytał mnie, co to za książka BYŁA, taka z zieloną okładką, z serii „Archipelagi”, już wiedziałam, co się stało. To BYŁA moja „Piaskowa góra” - tzn, nie moja, ale Joanny Bator. Jedna z najlepszych polskich książek, jaką w ogóle przeczytałam. Opowiadająca niebywale plastycznym językiem losy ludzi z powojennego Wałbrzycha, zmiecionych tam jak ziarna piasku na kupę przez wiatr historii. Kreśląca postacie np. zdewociałej matki młodego księdza jednym zdaniem „Potrząsała z dezaprobatą głową, a łupież sypał się jej z trwałej ondulacji, jak zarodniki pleśni spod kapelusza starego grzyba”. Książka pełna opowieści splatających się ze sobą jak korzenie drzew, chwytających za serce i ściskających je smutkiem. Brak mi słów, żeby ją opisać, to trzeba po prostu przeczytać. Polecam, ale swój prywatny egzemplarz mogę pożyczyć jedynie wielbicielom puzzli składających się z tysiąca elementów...
Sierściuch psim swędem wybiera moje ulubione lektury – pewnie pod naszą nieobecność drapie się łapą po głowie i zastanawia: „Chmmmm, Pani to długo czytała tą książkę , musi być w niej coś zajmującego, sprawdzę... jak ją ugryźć”....
Jakiś czas temu kupiłam „Moją najdłuższą podróż do domu”, pięknie wydaną, autobiograficzną powieść autora książki „Marley i ja”, Johna Grogana. Magiczną historię o powrocie do beztroskich czasów dzieciństwa prawie połknęłam w jeden wieczór. Prawie, bo o godzinie trzeciej w nocy rozsądek przemówił i kazał mi iść spać, a lekturę końcowych trzydziestu stron przełożyć na kolejny dzień. Posłuchałam, bo czekał mnie ciężki poniedziałek w pracy, pod koniec którego zadzwonił mój mąż i zapytał:
- „Kochanie, przeczytałaś już tą pomarańczowa książkę, która leżała przy łóżku?”
Lekko zdziwiona nagłym, mężowskim zainteresowaniem moja lekturą, bo ślubny do gatunku czytających nie należy, odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że nie. A on mi na to:
- „Bo piesek już przeczytał”
Dla niedomyślnych: psia lektura polegała na wygryzieniu i zjedzeniu połowy okładki, wyrwaniu książki z obwoluty i wyszarpaniu z niej kilkunastu początkowych kartek. Wróciłam późno do domu, z trudem powstrzymałam się, żeby nie zrobić prania ręcznego Białej Dupie i poszłam spać. Na drugi dzień sytuacja się powtórzyła się. Wieczorem dzwoni mój mąż i pyta
- „Skończyłaś już tą książkę? Nie? Bo piesek skończył"
Rozwiązanie problemu "Jak ugryźć literaturę najnowszą" podam, po konsultacji z moim psem temu, kto mi poukłada i poskleja mało zróżnicowane puzzle z tysiąca elementów...

sobota, 6 czerwca 2009

SŁODKO - GORZKI

Moje urodziny zaczęły się smutno. Było już po północy, siedziałam nadal w pracy, próbując rozpaczliwie skończyć raport finansowy… Na sali wydzierali się i przeklinali pijani, agresywni goście. Catering, który miał dać nam reklamę, okazał się kompletnym niewypałem, bo imprezę odwołano. Do mnie ustawiła się kolejka interesantów – bo ja bym chciał: pieniądze, rozliczyć się, druki, zamówienie, już iść itd… Ja też chciałam już iść. Siedziałam, patrzyłam na migocącą lampkę potwornie zmęczona i zastanawiałam się „Co ja tu do cholery robię?”. Data w kalendarzu domagała się uporczywie podsumowania ostatniego dziesięciolecia. No to zbilansowałam na szybko. Ukończone studia, ale czy dobrze wybrane? Praca od pięciu lat w tej samej firmie, teraz na wysokim stanowisku, ale kosztem życia prywatnego i rodzinnego. Niepokój niespłaconego kredytu. Małżeństwo po kilkunastu latach znajomości, po rozstaniach i powrotach. Własna rodzina, ale z psem zamiast dziecka. Dopadła mnie jakaś kumulacja negatywnych myśli i pytań pozbawionych odpowiedzi: Czy na pewno moje życie poszło w dobrym kierunku? Czy dokonałam dobrych wyborów? A jeśli nie? A jeśli przegapiałam coś ważnego, jeśli coś mnie ominęło? Jeśli coś bezpowrotnie straciłam? Było mi tak potwornie źle i smutno. Do tego komputer chyba wyczuł mój nastrój i… powiesił się. Na amen. Chyba dla towarzystwa, bo wyszłam z pracy w wisielczym nastroju. Wzięłam gorący prysznic, wtuliłam w poduszkę i wyłączyłam telefon. Obudził mnie mój mąż, stając przy łóżku z bukietem moich ulubionych pomarańczowych róż i z psem, którego przyciągnął siłą za obrożę. Pies miał na białym łbie odbite czarne kółko z sadzy; jako klasyczna Biała Pierdoła na spacerze tak się oglądał za innym psem, że wyrżnął łbem w tłumik samochodu, bo go po prostu nie zauważył.. Sierściucha nie rozumiał za bardzo powagi chwili, ale merdał przyjaźnie ogonem, nie wiem, czy do mnie, czy do tortu, postawionego przez mojego męża tuż przed czarnym, mokrym nosem. Tort miał napis „Dla mojej osiemnastki”, ale niedługo, bo wystarczyła chwila naszej nieuwagi i dyplomatyczne kłamstwo zostało… zlizane. Zjedliśmy pyszne śniadanie przygotowane przez mojego ślubnego. Potem rozdzwoniły się telefony – życzenia od przyjaciół, koleżanek, mamy, bratowej, brata, który mnie budująco pocieszał, że jeszcze tylko 30 lat do emerytury… Listonosz przyniósł mi kolejną niespodziankę i czekoladowy telegram z napisem, od którego zakręciła mi się łezka w oku: „Słodkiego życia”. No i mam dylemat, za który ofiarodawcom serdecznie dziękuję: prezent jest zbyt smaczny, żeby go nie zjeść…I zbyt piękny, żeby go tak po prostu zjeść. 
 W południe kawa z przyjaciółką i małe zakupy – a co, stwierdziłam, że na urodziny prezent od samej siebie też mi się należy. Wygrzebałam sobie nową bluzeczkę, baletki z satyny i dwie książki. Złapał mnie deszcz i uciekłam do domu, ale szybko się wypogodziło i zabrałam Białą Dupę na spacer do parku. Mamy taki swój ulubiony, gdzie jest zawsze mało ludzi, a dużo kaczek i stawów, w których mój pies uwielbia się kąpać. W parku wielka, czterdziestokilogramowa, Biała Pierdoła została zaatakowana przez dwukilogramową, tak na oko, kaczkę krzyżówkę. Ptaszyna ruszyła, bijąc skrzydłami i sycząc w stronę sierściucha tak ostro, że ten … zrejterował i wycofał się z zamiaru kąpieli. Kaczkę do tego szalonego czynu pchnęła gromadka szaroburych kaczątek, kręcących się za nią po wodzie, a nas kolejna nadchodząca chmura skłoniła do powrotu do domu. Nabyłam po drodze chińskie żarcie na wynos, żeby mi mężulo z głodu nie padł po powrocie z pracy, a żebym ja nie musiała się kalać gotowaniem w takim pięknym dniu. Ucięłam sobie drzemkę, pies zasiadł pod balkonem w oczekiwaniu na powrót Pana. Kiedy ten wrócił, przytuliłam się do niego, potem obejrzeliśmy film, kłócąc się zawzięcie, jaki wybrać. Pies jak zwykle, niemal niepostrzeżenie zakradł się nam do łóżka, anektując przy okazji dwie trzecie jego powierzchni dla siebie. To był fajny dzień. Taki zwyczajny - niezwyczajny.
Kiedy gasiłam nocną lampkę, pomyślałam: Jestem szczęśliwa. Mam dobrego, kochającego męża, fantastycznych przyjaciół i rodzinę. Jestem zdrowa. Mam wykształcenie. Mam mieszkanie i pracę. Mam tak dużo. I cieszę się z tego. Bardzo. Jestem szczęśliwa. 
A czemu tytuł „słodko – gorzki?”. Bo życie ma właśnie taki smak.

czwartek, 4 czerwca 2009

BEZROBOCIE TO FIKCJA

Kiedy słyszę w wiadomościach, że w tym kraju jest kilkunastoprocentowe bezrobocie, zaczynam zgrzytać zębami ze złości. Kiedy mówi się o milionach ludzi bezskutecznie poszukujących miesiącami jakiejkolwiek pracy, zaczynam dostawać nerwowych drgawek.
Bo bezrobocie w Polsce to FIKCJA.
Znalezienie zaś i zatrudnienie normalnego pracownika nawet w czasach rzekomego kryzysu graniczy z cudem. Niech mi ktoś powie, gdzie są te dwa miliony bezrobotnych???
Od tygodnia poszukujemy osób do rozdawania ulotek. Młodych, energicznych, uśmiechniętych. Niezbyt wygórowane wymagania, prawda? Praca od dziesiątej rano do osiemnastej, płatna osiem złotych za godzinę, wychodzi po zsumowaniu tysiąc trzysta brutto miesięcznie. Teoretycznie najprostsza sprawa pod słońcem – nic tylko dać ogłoszenie, obdzwonić otrzymane cv i czekać na tłumy młodych ludzi spragnionych zatrudnienia.
A tu okazuje się, że zatrudnienie ulotkarzy jest proste jak pięć metrów drutu w kieszeni. W odpowiedzi na ogłoszenie dostajemy na przykład maile o następującej treści:
Witam,chciałbym prosić Państwa o przyblirzenie warunków pracy w Państwa restauracji. Pracowalem 3 lata w Anglii w restarajii. Parcowalem na stanowisku supervizyora . Prosze o przyblirzenie i warunkow pracy i płacy”
Witam. Zainteresowala mnie panstwa oferta chcialbym zlozyc swoja kandydature
poprzez pozostawienie swojego CV w zalacznkiu maila i dowiedzieć się ile bede zarabiac”
A ile płacicie za stanie z ulotkami? Proszę o szybkom odpowiedź”
Przykłady autentyczne, z maili otrzymanych w tym tygodniu – żaden z pytających nie skalał się dołączeniem cv czy listu motywacyjnego. Postawa roszczeniowa przy szukaniu pracy to przecież podstawa. Pozwoliłam sobie zachować oryginalną pisownię i składnię. Zwykle publikacji ogłoszenia towarzyszy kilka telefonów o zbliżonej treści: „Bo ja dzwonie w sprawie ogłoszenia i chce zapytać ile płacicie, bo nie wiem, czy mi się opłaca przychodzić”. „Dzień doby” na początek to zbytek łaski, a ta rozbrajająca szczerość jest po prostu powalająca... I to wszystko oczywiście w odpowiedzi na ogłoszenie, gdzie prosimy o „przesłanie cv lub zgłoszenia osobiste”. Żeby było jasne – nie, nie zawierało ono klauzuli o treści: „Pamiętaj, żeby przed wysłaniem swojej oferty skontaktować się z nami i dokładnie wypytać, ile będziesz zarabiać. Musisz przecież wiedzieć, czy opłaca się się wstać z kanapy”. Hitem dzisiejszego dnia było cv chłopaka, nazwijmy go Szanownym Panem P. Pozwolę sobie przybliżyć je pokrótce, żeby pokazać oblicze polskiego bezrobocia: lat 22, wykształcenie podstawowe gimnazjalne, trzymiesięczne doświadczenie na stanowisku specjalisty do spraw handlowych, czyli – przy wykładaniu towarów na półki w hipermarkecie. Co Szanowny Pan P robił w pozostałych latach, nie zostało zdradzone, prawdopodobnie nic, czekał, aż praca przybiegnie i rzuci mu się namiętnie na szyję, prosząc: „Weź mnie, proszę, błagam, tu i teraz...” A on odtrącał ją z pogardą, bo przecież trzeba się cenić i szanować. A to pierwsze Szanowny Pan P potrafił: w rubryce „oczekiwane zarobki” wpisał „Miedzy 1800 a 2500 zł brutto” (pisownia oryginalna). Ręce i nogi opadają.
Kiedy już się uda wyselekcjonować cv ludzi w miarę normalnych, zaczyna się męka rozmów kwalifikacyjnych. Dzwonisz do ludzi, wszyscy są zainteresowani, wszyscy bardzo chętnie przyjdą na spotkanie. A potem siedzisz jak kwoka na jajach i czekasz, co się wykluje. Z umówionych trzydziestu osób ostatnio przyszło ... osiem. Kilka lat rekrutowania personelu i nauczyłam się precyzyjnego stawiania pytań. Wielokrotnie przekonałam się na własnej skórze, że słowo „dyspozycyjny” może znaczyć wiele. Prowadząc w kwietniu rozmowę z kandydatką do pracy, usłyszałam, że ona mam masę czasu, ale jak zda maturę. Lekko zdziwiona próbowałam uściślić, czy w takim razie może w końcu podjąć pracę, czy nie. A ona mi na to, z pretensją i świętym oburzeniem: „Ale o co Pani chodzi, przecież to chyba nie jest praca od jutra?”.
Teraz nawet jeśli usłyszę: „Jestem dyspozycyjny”, dopytuje się natrętnie: „Ale uczy się Pan, studiuje?”. I nie raz padła odpowiedź: „Tak, dziennie, ale mam wolne soboty i czwartki po południu”, „Tak, wieczorowo, ale mogę przychodzić od poniedziałku do środy między 10 a 13”. Jak widać na tym przykładzie słowo „dyspozycyjność” ma wiele znaczeń, a punkt widzenia zależny od miejsca siedzenia.
Także stwierdzenie „Pilnie potrzebuję pracy” coraz częściej budzi mój sarkastyczny śmiech. Bo nawet kiedy już taki „pilnie potrzebujący” pracy delikwent przebrnie przez cały proces rekrutacji, zrobi badania wstępne (na koszt firmy oczywiście), umówi się na podpisanie umowy, często ... wcale nie przychodzi (czy muszę dodawać, że telefon z informacją „Przepraszam, ale rezygnuję” to zbytek łaski?) lub zwalnia się po kilku dniach z przyczyn rozmaitych. Bo trzeba się nauczyć trzech stron na pamięć, a on myślał, że zacznie od razu pracować. Bo trzeba zabrać brudne naczynia ze stołu, a on się najmował na kelnera, nie na sprzątaczkę. Widać puste talerze wszędzie zbiegają ze stołów na gwizdnięcie i same pędza na zmywak, tylko u nas trzeba je nosić.
Czasem mam wrażenie, że ludzie zwalniają się, bo ... muszą pracować. Najlepiej to byłoby przyjść na osiem godzin do pracy, wypić kawę, posiedzieć i otrzymać za to pięć tysięcy złotych. Ach, zapomniałam wspomnieć o warunkach, jakie należałoby spełnić: wykształcenie nie wyższe niż podstawowe/średnie i obowiązkowo: brak jakiegokolwiek doświadczenia zawodowego. To jest ważne! Należy o tym pamiętać.!!! Ja też muszę, żeby mi co chwilę oczy z orbit nie wychodziły, bo niedługo mi wypadną i będę sobie musiała wstawić szklane. I żeby mi szczęka nie opadała za każdym razem ze zdziwienia, bo ostatnio, po przeprowadzeniu następującej rozmowy z nowym pracownikiem, to mi huknęła o podłogę:
- Proszę, weź płyn do szyb i umyj okna, tak jak już Ci wcześniej mówiłam.
- Ale ja umyłem.
- Tak, ale tylko od środka.
- TO Z DRUGIEJ STRONY TEŻ SIĘ MYJE???

wtorek, 2 czerwca 2009

MĘŻCZYŹNI A DIZAJN

Kupiłam w Ikea doniczki na kwiaty. Metalowe, ocynkowane, piękne - mam wizję połączenia szarego koloru ze srebrnymi i zielonymi dodatkami w dużym pokoju. Konsekwentnie ją realizuję, jednocześnie zalesiając nasze mieszkanie dużą ilością rozmaitej zieleniny (i nie chodzi mi tu o sałatę w lodówce, którą właśnie nabyłam i upchnęłam w lodówce). Chociaż nie, kłamię, pisząc "rozmaitej" - wręcz przeciwnie, precyzyjnie dobieram gatunki wyjątkowo odporne na brak wody. Ostatnio wyżebrałam w Castoramie wielkiego, pieknęgo kwiata. Stanęłam po prostu obok niego, posłałam do mojego męża najpiękniejszy z uśmiechów, zrobiłam oczy kota ze Shreka i ... kupiliśmy :-) Ale kwiatek byl tak wielki, że ledwo zmieścił się w aucie. Ja się już nie zmieściłam. Pies też nie. Musieliśmy wracać pieszo, a mężulo pojechał do domu w towarzystwie zielska, nie wiedzieć czemu, uchachany po pachy. 
W związku  z zakupem zieleniny, postanowiłam nabyć stosowną doniczkę do niej. Wykorzystałam służbowy wyjad zaopatrzeniowca do Poznania i skorygowałam mu trochę kurs, tak, żeby zahaczył o Ikea. Zahaczył i nabył dla mnie wskazane przedmioty, pytając ze zdziwieniem, po co mi te wiadra, na dodatek bez ucha. Przytaskałam zdobycz pod osłoną nocy do domu i czekam na reakcję męża. Wrócił rano z pracy i mnie pyta:
- Kochanie, dlaczego kupiłaś naszemu psu takie wielkie miseczki, przecież nasz piesek nie je aż tyle....
Mężczyżni to się w ogóle nie znają na dekoratorstwie. Zero zrozumienia dla mojej kobiecej wizji.