sobota, 30 maja 2009

ZIELONA ŁĄKA

A może to wszystko po prostu mi się śni? Może śniło mi się, że byłam dziś na zakupach i Biała Dupa wyżebrała od pani w rybnym osiem wędzonych szprotek i zeżarła je natychmiast po otrzymaniu? Może śniło mi się, że byłam wczoraj w pracy? Może śni mi się, że siedzę teraz przed komputerem, piszę i zimno mi tak, że najchętniej włożyłabym pod piżamę barchanowe majtki z golfem? Może właśnie za chwilę, kiedy położę się do łóżka i zamknę oczy, obudzę się i przejdę do właściwego świata?
Sny fascynowały mnie od zawsze, próbowałam je za wszelką cenę uchwycić, zapamiętać, opisać. Ale one są tak ulotne, tak trudno je przełożyć na ludzki, ograniczony język. Kiedy mówię: śniło mi się, że dostałam od męża małego pieska, ale firma nie przelała mi pensji na konto, więc musiałam go zastawić w lombardzie, mam w głowie konkretny, plastyczny obraz. Do niedawna wydawało mi się, że taki sam powstaje w wyobraźni osoby, której to opowiadam. Ale kiedy zrelacjonowałam mój lichwiarski sen mężusiowi, okazało się, że on wyobraził sobie kudłatego, czarnego psiaka, a ja – białego z brązową łatą na nad okiem…
I tak o kwestie kynologiczne rozbiły się moje złudzenia. 

Mimo to, nadal myślę sobie tak cichutko, że sen naprawdę jest odrębną, alternatywną rzeczywistością, istniejącą równolegle. Wąsko uchyloną bramą do innego świata. Lubię tam zaglądać (może dlatego, że lubię spać – gdyby płacili za spanie mogłabym to robić zawodowo)
I kiedy to piszę, widzę w swojej głowie małą, drewnianą furtkę, a za nią – rozpościerający się dywan zielonej, puszystej, gęstej trawy.
Dlaczego? Bo mój mąż, zawsze kiedy kładzie się spać, mówi mi, że idzie „pobrykać po zielonej łące”.
 Czasem się tam nawet umawiamy :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz