niedziela, 3 maja 2009

O "ROZPUŚCIE" MYŚLENIA JESZCZE SŁÓW PARĘ ,CZYLI WIZJE, WIZUALIZACJE I SMUTNE SALAMI

Kiedyś mój mąż na moje wizjonerskie rozważania reagował męczeńskim jękiem i zadawał mi pytanie, którego nienawidzę: „Ale po co ty się nad tym w ogóle zastanawiasz???”

A mój umysł najwyraźniej musi czym się zajmować, musi myśleć, bo… nie wiem, może obumiera kiedy czegoś nie analizuje?. Teraz ślubny coraz częściej daje się wciągać we wspólne hipotetyzowanie.
 Kiedyś, gdy moczyliśmy się razem późną nocą wannie, zaczęłam się głośno zastanawiać, co by było, gdyby cały świat poza tą łazienką zniknął. Byliśmy akurat na etapie totalnego remontu i wyburzania ścianek działowych w mieszkaniu; na środku pokoju leżały jakieś dwie tony gruzu. Stworzenie wizji wyrąbanego z całości mieszkania sześcianu łazienki, dryfującego swobodnie w przestrzeni kosmicznej przyszło mi więc bez trudu. Wyobraziłam sobie, że Ziemi już nie ma, zniknęła i istnieje tylko ta łazienka. I tylko my w niej, orbitujący w ciemnej przestrzeni między gwiazdami, w tym sześcianie wyrwanym z bloku. Oczywiście, natychmiast podzieliłam się swoją wizją z mężykiem i zaczęliśmy się zastanawiać, co z nami będzie, skoro Ziemia zniknęła. Mój pragmatyczny i zdroworozsądkowy mąż zauważył natychmiast słusznie i z sensem:

- Mamy pełną wannę wody, z pragnienia nie umrzemy
- Ale ona jest z płynem do kąpieli! 
- Kran też mamy, nalejemy nowej
(Swoja drogą, skąd woda miałaby się wziąć w rurach orbitujących w kosmosie, jakoś żadne z nas się nie zastanowiło. Problemu z brakiem prądu i światła też nie rozważaliśmy. To, że będzie wydawało nam się oczywiste, chociaż logiki w tym brak)

- Misiu, ale nie mamy jedzenia…
- Może spotkamy kogoś, kto będzie podróżował w kuchni?? 

Kiedy woda w wannie zaczęła nam stygnąć, byliśmy już na etapie spotykania w intergalaktycznej przestrzeni ludzi podróżujących w hipermarketach…

Ale snucie wspólnych rozważań z rodzaju absolutnie zbytecznych na spółkę z moim mężem ma też swoje wady i przykre konsekwencje. Na przykład: siedzimy przy śniadaniu, zajadamy kanapki z żółtym serem i salami. A ja zaczynam się zastanawiać, jaki był osiołek, z którego zrobili tę kiełbasę. I natychmiast mam własną, prywatną wizualizację, która już nie chce się ode mnie odczepić. Tak mam – to, o czym pomyślę, od razu „widzę”, w postaci wyraźnego, kolorowego obrazu. W związku z powyższym jawi mi się natychmiast przed oczami szary, przesympatyczny osiołek, z pędzelkami na uszach, który spogląda na mnie smutnym okiem z wyrzutem. Robi mi się głupio, a kanapki przestają smakować..

Po krótkim namyśle dzielę się swoją wizją z mężem i co słyszę – że tak, faktycznie, to był najlepszy ze wszystkich osiołków. Był dobry, naprawdę dobry, a na dodatek osierocił dwa malutkie, biedne osiołeczki… i tak dalej…i tak dalej. I roztacza przede mną wizję smutnego oślego życia, które mogło trwać i trwać, gdybym nie wpadła na pomysł kupienia na kanapki salami…

 Śniadanie kończy się kłótnią, ja odmawiam dalszego jedzenia, bo mi wyrzuty sumienia nie pozwalają, a wszystkie bułki zżera mój uchachany mąż, nieporuszony zupełnie losem biednego kłapouszka…

A tak na marginesie, to zastanawiałam się kiedyś, czemu włosy na głowie rosną bez ograniczeń, a kłaki na nogach zatrzymują się w pewnym momencie i dalej ani rusz? Miałam od razu wizję nóg z długimi włosami – wlokącymi się po ziemi, zaplatanymi w warkoczyki, z trwałą, z pasemkami…. za nią pojawiła się kolejna: „Nożnych” salonów fryzjerskich...

 W końcu zwierzyłam się z mojego problemu przyjaciółce, oswojonej przez lata naszej znajomości z moimi dywagacjami na różne zaskakujące tematy. Ewa, świeżo po lekturze "Opowieści z Narnii" znalazła odpowiedź, która mnie zadowoliła. Już wiem, czemu włosy na nogach nie rosną w nieskończoność.
Bo gdyby tak było, bylibyśmy faunami.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz