wtorek, 19 maja 2009

NIEBO DLA PSÓW



Lubię zapach ziemi po deszczu. Dziś w drodze z pracy towarzyszył mi cierpki zapach mokrej trawy i rozdeptanych na chodniku topolowych kwiatów – „pędraków”. Kiedy była dzieckiem zbieraliśmy je z kuzynami i obrzucaliśmy się nimi nawzajem, udając, że to robaki. Udawaliśmy też, że się ich brzydzimy i boimy…

Zapachy od zawsze przywoływały do mnie wspomnienia, zlatywały się i zlatują, jak na zawołanie, jak do miski z pachnącym, parującym jedzeniem Teraz siedzę przy lampce z kubkiem herbaty w ręku i przywołuję nieobecnych. Ze zdjęcia w antyramie spogląda na mnie Reksiur. Pies mojego dzieciństwa – dostałam go, kiedy miałam 11 lat. Dorastałam razem z tym mądrym wilczurem. Na fotografii leży na samym środku kuchni, na słonecznej plamie i mruży zadowolone ślepia. Panisko! Przysypia. Mądry, ciężki łeb opada mu na łapy. Wygląda jakby właśnie miał zasnąć. Jeszcze nie, ale już…

Trzy lata temu w Tatrach Gosia uparła się, żeby podejść pod Wrota Chałubińskiego. Nie chciało mi się. Niby lato, a siąpił zimny, dokuczliwy deszcz, przed nami ostre podejście i na zmianę – śliska ścieżka lub trawa nasiąknięta jak gąbka. Wlokłam się noga za nogą. Nagle, za kolejnym załomem skalnym ukazało się miejsce zaczarowane – mała dolinka u podnóża stoku. Tak dosłownie – ukazała się mi. Pomyślałam wtedy, że tak pewnie wygląda raj. Z krystalicznie czystym, zielonym okiem wody wśród skał i pluszczącym potokiem. Dookoła łąka z kwiatami, jak z bajki Disneya.. I cisza, cisza, cisza… Tylko majestatyczna powaga gór. Przez chwile poczułam się, jakbym zrobiła krok na drugą stronę i przestąpiła smugę cienia. Jakbym zaraz miała usłyszeć uradowane szczekanie mojego psa lecącego do mnie na łeb, na szyję, wywijajacego ogonem młynka radości. Jakbym zaraz miała zobaczyć tatę siedzącego nad brzegiem i łapiącego pstrągi. 

Tak lubił ryby. W moich opowieściach o górach, których nigdy nie zobaczył (z pożytkiem dla tamtejszej fauny i flory) najbardziej go zawsze ciekawiło, co dałoby się tam złowić. Każde delikatne napomnienie, że to przecież Park Narodowy i tam się ryb nie łowi, tylko podsycało jego heretyckie wizje złapania pstrąga – olbrzyma. Spasionego jak krowa, no bo skoro nikt tu nie wędkuje…

Mam nadzieję, że mój tata siedzi sobie teraz gdzieś w takiej dolince. Razem z moim mądrym szczęśliwym Reksiurem
Żądam nieba także dla psów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz