poniedziałek, 27 kwietnia 2009

NIE MA ROZPUSTY WIĘKSZEJ NIŻ MYŚLENIE


A propos wzmianki z poprzedniego postu - o ożywianiu śledzia i myśleniu.
        Jako studentka byłam "pingwinem", czyli kelnerką w jednej z wyjątkowo ekskluzywnych restauracji. w moim mieście. Tam w eleganckim, secesyjnym wnętrzu, kelnerzy w czarnych kamizelkach, czarnych spodniach, białych koszulach i pod muszką z wyjątkowym pietyzmem serwowali wykwintne dania ekskluzywnym gościom. A przynajmniej tak miało być w założeniu. W praktyce gości było niewielu, wybór dań obszerny, a wszystkie musiały być dostępne, więc zdarzało się, że rzadko zamawiane dania trafiały na stół mocno... odświeżone. Kiedyś, odbierając z wydawki śledzia po królewsku - trzy filety z rodzynkami na słodko, zwinięte w eleganckie różyczki, zaniepokoiłam się delikatnie widząc, że mają mocno żółty kolor. W przypadku kwiatów odcień ten byłby niewątpliwie atrakcyjny, to zrozumiałe, ale w przypadku różyczek z filetów śledziowych sprawił, że nieśmiało zasugerowałam kucharzowi:
"Robert... ta ryba chyba nie jest zupełnie świeża...?"
Na co usłyszałam w odpowiedzi:

"Nie przesadzaj, porządny weterynarz by ją jeszcze na nogi postawił..."  

        Nie pamiętam, jak zakończyła się konsumpcja opisanego dania przez gości, ale pamiętam, że wiele godzin poświęciłam na rozważanie tego czysto teoretycznego problemu... czy dałoby się ożywić śledzia? Dokładnie fileta ze śledzia. Moja wyobraźnia natychmiast podsunęła mi wizję szalonego naukowca, który mikropompeczką usuwa z tkanki biednej rybki roztwór soli i octu, dokonuje przeszczepu, no właśnie? Czego? Szkieletu? Kręgosłupa? Czy ryby mają kręgosłup i jaki? Zwykły, czy moralny? Temu zagadnieniu też poświęciłam odrobinę czasu :-) Następnie transplantuje głowę, płetwy, a w końcu podłącza pozszywanego, rybiego Frankensteina pod podwodny respiratorek...

     Zawsze tak miałam. Już jako dziecko zastanawiam się nad wszystkim bezustannie i namiętnie,  zadreczając rodziców, dziadków, kto się tam akurat napatoczył, pytaniami w stylu: „A dlaczego pingwinom nie marzną stopy?”, „A dlaczego guma się rozciąga?”, „A dlaczego pieski szczekają?”… A dlaczego, dlaczego, dlaczego… Do tej pory mi to zostało.

 Mój mąż twierdzi, że jestem ekspertem w wymyślaniu nieistniejących problemów. Pocieszające jest to, że także w ich samodzielnym rozwiązywaniu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz