piątek, 8 maja 2009

MUCHY NA JEDYNCE. TYPOLOGIA


Goście są jak muchy. Z niewiadomych, niewyjaśnionych, tajemniczych przyczyn ZAWSZE brudny stolik jest bardziej atrakcyjny od czystego. Nie wiem, co ich tak zwabia. Zapach resztek? A może odzywają się w ludziach jakieś prainstynkty? Atawizm? Może mieliśmy przodków ludożerców? To by tłumaczyło apetyt gości na stypie… A może to pozostałości innego pierwotnego instynktu każą gościom kierować się do miejsca, gdzie można dojeść odpadki? Czy może przekonanie, że jeśli ktoś tam siedział, to jest to dobre miejsce i trzeba je natychmiast zdobyć, skoro je porzucono? 
W restauracji takich gości nazywa się MUCHAMI, a ich błyskawiczne naloty na brudne stoły kwituje się krótko: „Muchy na jedynce (dwójce, trojce, czwórce – w zależności od numeru stolika, przy którym wylądowały). Niech sobie pojedzą”
A potem się je przegania… jak to muchy. Do czystego. 

Sytuacja typowa: siedzę rano, jeszcze przed otwarciem restauracji przy stoliku na dole, wykonuję konieczne telefony, przy okazji piję kawę, jem śniadanie. Na stoliku zostaje pusta filiżanka, talerzyk, kilka okruchów, serwetka. Punktualnie o 11.30 w drzwiach staje pierwszy gość. Rozgląda się badawczo po pustej sali, krąży, krąży, krąży wśród trzydziestu wolnych stolików, krąży, krąży… kelnerzy wstrzymują oddechy, zawierają ostatnie zakłady…. krąży, przysiada przy czystym stole, ale coś go kusi, coś go wabi, coś nęci nieodparcie i niezrozumiale, nie, zrywa się, leci prosto do celu i ląduje…. Na jedynce. Nad resztkami mojej niedopitej kawy i okruchami bułki.

 I jeszcze grzebie w tym, gmera, jakby mu przeszkadzało. Można by przez to pomyśleć, że mamy czynienia nie z Muchą, ale z Gościem – Kurą. Gdyby nie to, że KURY – zgodnie ze staropolską mądrością mówiącą: „Daj kurze grzędę – kura na to: wyżej siądę!” cechuje z kolei nieodparty pociąg do stolików jak najwyżej położonych. Z równie nieodgadnionych dla mnie przyczyn, ZAWSZE stolik na górnej sali jest sto razy lepszy od stolika na dolnej. I czekają kury na swoją wolną grzędę po godzinie przy barze i gniotą się potem kilkuosobowe grupy przy mizernych, maleńkich stoliczkach na antresoli, w ścisku, dymie z papierosów i zaduchu. Ale zawsze na hasło „Zapraszam serdecznie do stolika na dole” odpowiedzą pytaniem „A nie ma nic wolnego na górze?” I niemal słyszę między wierszami to charakterystyczne „Ko…, ko, ko, ko….”

Od Much i Kur gorsi są tylko goście – ĆMY… Pozostawienie choćby jednej mizernej, płonącej lampki, choćby jednej niezgaszonej żarówki na sali, jest dla nich sygnałem, że jeszcze otwarte. I lecą, odbijają się do szyby w drzwiach wejściowych, szarpią za klamkę, próbują włazić oknem. Nieważne, że restauracja jest nieczynna od trzech godzin, nieważne, że nikogo już w niej nie ma poza niedobitkami lub niedopitkami personelu. Ich nieuchronnie przyciąga i wabi nawet płomień świecy: „Jest światło – no to tam lecimy!!! Jak to nieczynne? Dlaczego? Przecież światło się świeci…” Zasadę tę kiedyś, późnym wieczorem odkrył i natychmiast opatentował jej zastosowanie w praktyce jeden z kelnerów, rzucając odkrywczo: „Kasia, gaś lampki, bo się łachy do światła zlatują"

2 komentarze:

  1. Może wogóle warto omijać niektóre restauracje szerokim łukiem? "Kury", "ćmy", "łachy"? No przepraszam bardzo, dziękuję, nie tym razem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Padłam pod tym komentarzem. Niektórzy ludzie biorą samych siebie "tak serio, serio zbyt", że nawet nie zauważają, jak stają się śmieszni. Omijaj, smutny człowieku, nie tylko restauracje, ale i kina, teatry, sklepy, tramwaje. Bo uwierz, że wszędzie tzw. obsługa robi sobie czasem jaja z klienteli, i ma prywatne kody i naklejki dla nas, obywateli z przeciwnej strony barykady. Tak musi być, i tylko to jest zdrowe. Śmiertelna powaga zaś, jak sama nazwa wskazuje, jest chorobą niestety śmiertelną.

    Ja się uśmiałam i muszę przyznać, że byłam i kurą, i ćmą (co tam ćmą, łachem byłam!), ale nigdy muchą. Doktorze, co jest ze mną nie tak?

    OdpowiedzUsuń