piątek, 29 maja 2009

MISZCZU. Autentyczne historie restauracyjne


 Miałam kiedyś takiego kelnera, niech mu inna praca lekką będzie... Po raz pierwszy rozłożył mnie na łopatki, kiedy na stosunkowo proste, jak mi się wydawało, polecenie: „Zapal świeczki” zareagował pytaniem: „Ale jak?”. Przekazanie mu spokojnie instrukcji o treści: „Wyjmij ze szklanej osłonki, podpal knocik i włóż z powrotem” wymagało ode mnie żelaznych nerwów i dużego samozaparcia.

To był dopiero początek rozgrywki, ale nokaut nastąpił szybko. Pewnego pięknego dnia szukałam go bezskutecznie po całej restauracji, zastanawiając się czemu reszta personelu skręca się ze śmiechu. W końcu wychodzę przed lokal i co widzę? Jak chłopczyna pracowicie przekopuje łyżką do zupy nasz klombik z kwiatami. W tempie ekspresowym, zziajany jak pies. Pytam go, co robi:
- Szukam robaka
- Jakiego robaka – pytam najspokojniej jak potrafię.
- No, do tequili, barmani mi kazali jak najszybciej wykopać, bo goście się niecierpliwią. Niech się pani nie denerwuje, ale nie mogę znaleźć!

Nie byłam w stanie zareagować. Uciekłam. Przeprowadziłam szczegółowe śledztwo, przesłuchałam cieciów barowych i dowiedziałam się, w jaki sposób przerobili mi kelnera na ogrodnika. Wmówili mu po prostu, że mamy w restauracji specjalną wódkę, którą w innych knajpach serwują z robakiem, a u nas – z prawdziwym, świeżo wykopanym, ŻYWYM robakiem… A w tej drewnianej skrzyni przed restauracją, gdzie rosną magnolie, hodujemy ich specjalny gatunek, właśnie w tym celu. No i kiedy goście zamawiają tą specjalną wódkę, kelner musi biec na dwór i szybciutko wygrzebać jednego żywego robaka…

Dzięki Bogu, że on go nie znalazł. Aż boję się myśleć, co zrobiliby barmani, żeby uwiarygodnić swoją wersję…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz