piątek, 22 maja 2009

JEDNOPROCENTOWY MARGINES


     Mężuś wytropił psim swędem mojego bloga. Nie chwaliłam się za bardzo nikomu, że go piszę, wychodząc z założenia, że zapewni mi to nieskrępowaną wolność słowa i myśli. No i teraz zastanawiam się, czy nie przydałaby się zmiana adresu… Nie chodzi o to, że mam coś do ukrycia. Ale nie wiem, czy potrafię sobie pozwolić na szczerość, jaką zapewniała mi anonimowość, kiedy już wiem, że mężunio wetknie tu swojego nocha. Już twierdzi, że go obsmarowałam. Wiem, to żart, ale teraz będę się dwa razy zastanawiać, zanim coś napiszę.
 
Związek rządzi się trochę innymi prawami niż przyjaźń, a ja, mimo iż znamy się z kilkanaście lat, mam swój mały, wąski margines prywatności, swoich lęków i obaw, absolutnie zbędnych rozmyślań, pytań bez odpowiedzi, swoich smutków i radości. Tylko mój. I wcale nie uważam, że małżeństwo powinno się opierać na absolutnej szczerości. Ten jeden, jedyny procent każdy powinien zachować tylko i wyłącznie dla siebie. Mieszą się w nim wątpliwości i pytania, byli i byłe, niedoszli i niedoszłe, momenty zwątpienia, wahania i smutku, który mógłby tę drugą osobę zarazić. I te wszystkie pierdoły i głupoty, te czasem nieopatrznie rzucone słowa, które lepiej przytrzymać na krótkiej smyczy. Dla dobra związku i ogółu. Ja jestem gadułą, mój mąż jest milczkiem, na wiele spraw patrzy inaczej, prościej. A ja sobie po prostu muszę pogadać, poanalizować, podzielić włos na czworo, obejrzeć go z prawej i z lewej, jak sobie nie pogadam, to jestem chora. I do tego służyć miał mój blog. Do zapisania chwil słodkich jak cukierek, a tak bardzo ulotnych.Do porozmawiania, podzielenia się refleksjami i chwilami wartymi zapisania z grupą bliżej nieokreślonych, anonimowych czytelników, albo nawet – li tylko z powietrzem..
Hmmm…świadomość, że ową zbiorowość zasilił mój mąż nieco mnie krępuje. Wiem, pewnie prościej byłoby pogadać po prostu z nim o wszystkich wątpliwościach, rozterkach, pytaniach i smutkach, ale coś mi mówi, że takie rozmowy niejedno małżeństwo rozbiły.
Będę się uparcie trzymać koncepcji, że absolutna szczerość jest niezdrowa. Czasem lepiej wypłakać się przyjaciółce w rękaw, a żale wylać w przestrzeń, choćby internetową. Dla mnie pisanie od zawsze było formą autoterapii, przynosiło, poza radością – spokój. Problem opisany stawał się problemem oswojonym, wrzące emocje przeniesione na papier przestawały się gotować. Odkąd pamiętam – pisałam: listy, pamiętnik, teraz bloga. Papier jest cierpliwy, papier zniesie wszystko, papier nie wejdzie w dyskusje z piszącym. Papier milczy. Jak mój mąż. Ostatnio, kiedy czułam nieopisaną wręcz ochotę, żeby się z nim pokłócić o pierdołę, której nawet teraz nie pamiętam i czyniłam rozmaite podchody w tym kierunku, moje działania skwitował krótko:
„Widzę kochanie, że potrzebujesz sparingpartnera, ale na mnie nie licz, ja nie będę brał w tym udziału”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz