wtorek, 26 maja 2009

POTRZEBA ZMIAN

Dzisiejsza piękna pogoda nastroiła mnie do zrobienia remanentu na półkach – w końcu coś letniego czas najwyższy na siebie włożyć. Już dawno temu zauważyłam, że porządkowanie szafy to moja „czynność zastępcza”. Kiedy nie mogę sobie z czymś poradzić, albo muszę coś przemyśleć – układam ubrania, dzielę na zimowe, letnie, spodnie, spódnice, bluzki, sukienki; czasem jeszcze sprzątam dodatkowo w mieszkaniu. To mnie uspokaja, jakby uporządkowanie przestrzeni wokół mogło przenieść się w jakiś magiczny sposób na moje nieuporządkowane wnętrze.
Tak mam. Kiedy nie mogę zmienić mojego życia, zmieniam przestrzeń wokół siebie. Zwykle kumulacja ma miejsce na terenie naszego mieszkania. Na przykład: kolor w salonie zmieniałam pięć razy… w ciągu dwóch lat. Ostatnio próbowałam wytłumaczyć mojemu mężowi, dlaczego kolejny raz jeden kolor wydaje mi się lepszy od drugiego i dlaczego znów będzie malowanie. Że muszę mojej potrzebie zmian czymś głodny pysk zapchać, że bardzo potrzebuję jakiejś metamorfozy – jeśli nie w dziedzinie niedostępnej, to chociaż w innej, dostępnej. A farba do towarów deficytowych nie należy, w przeciwieństwie do dzieci, więc padło na mieszkanie.
 Mężuś pomyślał, uśmiechnął pogłaskał psa i powiedział: „Tak Travisku, niedługo czas na nas…” 
Żadnego z wspomnianej wyżej dwójki nie zamierzam wymieniać na inny model. Chociaż kiedy wczoraj rano znów znalazłam naszą Białą Dupę na balkonie, pochłoniętą obgryzaniem pięty w moich nowych klapeczkach - japonkach, to się zaczęłam zastanawiać nad wymianą naszego psa na inną, unowocześnioną wersją laba - „Którakiedyśprzestaniegryźćbuty”…O ile taka istnieje….
Ale poza zmianą niszczycielskich zapędów Białej Dupy jest jeszcze masa innych rzeczy, które chciałabym zmienić. Tak bardzo, bardzo bardzo….
.
Na przykład ... bardzo chciałabym przestawić fragment ściany pomiędzy kuchnią i sypialnią, tak, żeby moć zainstalować przesuwane drzwi z mlecznego szkła. No ciemno mi, nic na to nie poradzę, brakuje mi światła dziennego w kuchni i nie ma szans - nie zaznam spokoju, dopóki go tam nie wpuszczę. Światła, znaczy się. Ale mężuś stanął okoniem - nie, bo nie, nie będziemy burzyć ściany (mizernego kawałeczka!), bo mi się koncepcja zmieniła. Przy pierwszej, delikatnej sugestii, że może by tak jednak wyciąć ten fragment, palnął mi następującą powiastkę filozoficzną: "Kochanie, wyobraź sobie piękny, zielony las. Naprawdę piękny, zielony las... A potem wyobraź sobie dziką świnię, która wchodzi do tego lasu i zaczyna ryć... Rozumiesz metaforę?"...
Ostatnio zaryzykowałam drugie podejście. Porosiłam, żeby mi dał zgodę na dejavu remontowe w ramach prezentu na trzydzieste urodziny. I znowu - nie. Tzn. tak, zgodził się po godzinnym maglowaniu, ale z łachą, a z łachą to ja nie chcę. I jestem w kropce. Bo coś zmienić muszę. Chociaż ścianę przestawić. Inaczej się uduszę. A raczej udusi mnie moja niezaspokojona potrzeba zmian.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz