piątek, 15 maja 2009

BIAŁA DUPA I BATERYJKI

Nadmorskie miasteczko przed sezonem jest jak nieśmiała dziewczyna – ze skromnie spuszczonymi żaluzjami sklepów, zamknięta w sobie, jak puste restauracje, dopiero szykująca się na wielki sezon i wielką zabawę. Malowana, czyszczona, szykowana i ubierana – w kwiaty i ogródki. Cicha i spokojna, senna i zamyślona, lekko nieśmiała ma w sobie nieodparty urok i wdzięk.
      W niedziele, po wydarciu kilku dni urlopu z obydwu firm, w których pracujemy, w biegu spakowaliśmy siebie i psa i pojechaliśmy do Pobierowa. Naładować bateryjki. Pies, kiedy tyko usłyszał dźwięk budzika, zajął strategiczną pozycję przy drzwiach wyjściowych, cobyśmy przypadkiem o nim nie zapomnieli... Chociaż trudno byłoby przeoczyć skomlące, kręcące radośnie tylkiem, czterdziestokilogramowe, białe bydle, które całym sobą mówiło „Ej, ale zabierzesz mnie z sobą, prawda????” Zabraliśmy. Z całego tego pośpiechu zapomniałam Białej Dupie zaserwować poranną michę, co mąż podsumował krótko :”Tak, masz urlop, więc najlepiej psu bateryjki z dupy wyjąć i na półce postawić...” Uratowałam sytuację, głodnego psa i swój honor paczką egzotycznego musli, którym nasz sierściuch został nakarmiony po drodze.
      Pobierowo przywitało nas słońcem, zapachem lasu i szumem morza. I armią kleszczy, które sypały się na białą dupę naszego psa jak dojrzałe rodzynki z każdego krzaczka, pod którym przeszedł. Wielkiego wrażenia na nim to nie robiło, bo w Pobierowie razem z naszymi znajomymi już czekał Bazyl, kolega z Poznania, nieco bardziej „wypieczony” niż nasz, biszkoptowy labrador. A w związku z tym, że laby najbardziej na świecie kochają trzy rzeczy: ludzi, jedzenie i wodę, nasze psy przez te kilka dni należały do najszczęśliwszych istot na ziemi. Za patykiem wrzuconym do morza gnały jak oszalałe, nie zwracając uwagi na fale przelewające się przez psie łby i rzucające nimi o brzeg. Travis, szczęśliwy znalazca sushi z demobilu, to jest rybiego ogona z odpadającym kawałkiem śmierdzącego mięsa wykazał się większym refleksem niż Bazyl, spożywając zdobycz zanim zdążyliśmy interweniować. Bazyl z kolei upolował kaczkę – nie wymagało to wielkiego wysiłku, gdyż ptaszyna leżała sobie spokojnie na brzegu, nie wykazując żadnej ochoty na ucieczkę i gniła w słońcu. Niestety, zanim spożył ten arcypachnący kąsek, my upolowaliśmy Bazyla... Pół godziny zmagań z psem przypominało rozciągnie gołymi rękami porządnie skręconego imadła ze śmierdzącym korpusem kaczki w środku. Podobnie jak wspomniane imadło, pies nie reagował na krzyki, komendy, bicie, polewanie wodą i tłumaczenia... Pomogło dopiero zastosowanie drewnianego kołka jako dźwigni i ptaszek powrócił na swoje miejsce do ekosystemu...
       My wróciliśmy do domu wczoraj, nieco przemarznięci, po trzech dniach spędzonych na spacerowaniu po plaży i spożywaniu dużych ilości napojów wyskokowych przy akompaniamencie śpiewających w lesie ptaków, które podziałały jak balsam na moją duszę. I ptaki i alkohole. Nabrałam dystansu do swojej pracy i do tego, co nas czeka, choć nie wiem jeszcze dokładnie, co to będzie. Uspokoiłam się, wyciszyłam. Naładowałam bateryjki. Pies braki zużytej nad morzem energii uzupełniał pilnie w drodze powrotnej i w domu, przesypiając jednym ciągiem 21 godzin...
  I mimo że lato za pasem, cieszę się bardzo, że pojechaliśmy tam teraz. Bo nadmorskie miasteczka w sezonie są jak dziwki – tandetne, krzykliwe, pełne przypadkowych ludzi, wymalowane, obklejone plakatami, afiszami, reklamami. Nieprzyzwoicie drogie, choć brudne, przepojone alkoholem, przepocone i śmierdzące.
     A w związku z tym, że od kilku lat cierpię na zaawansowany ludziowstręt, wolę Pobierowo przed sezonem. Nawet z przyboczną armią kleszczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz