niedziela, 31 maja 2009

CZARNA KROPKA POD OGONEM

Biała Dupa jest mądrym psiakiem. Rozumie doskonale słowa „Idziemy”, „Idziemy na spacer”. Zrywa się na wtedy na cztery łapy i zajmuje strategiczną pozycję przy drzwiach wyjściowych. Umie obserwować i identycznie reaguje, gdy którekolwiek z nas wyjmuje z szafy i założy buty. Kiedy mówię: „Pan przyjechał”, skomli, biegnie na balkon i sprawdza, czy to prawda. Wie, co ma robić na moje ulubione hasło: „Budź Pana”. Wskakuje wtedy na łóżko i zaczyna lizać mojego śpiącego męża po uszach. Potrafi poprosić o wodę: staje przed drzwiami do łazienki i piszczy. Umie poprosić o jedzenie: podchodzi do lodówki, merda ogonem i patrzy na nas wymownie. Rozumie, a odpowiednio zmotywowany wykonuje polecenia „Siad”, „Leżeć”, „Daj łapę”, „Przynieś piłkę”. Za „odpowiednią motywację” uznaje np. wiszący przed nosem plasterek pachnącej kiełbasy. Czasem zdarzy mu się także zareagować na inne polecenia, ale pod warunkiem, że zawierają one w treści smacznie brzmiące słowo “MASZ”.

Ale nie słucha. Na polecenia „Chodź tu”, „Wróć”, „Nie wolno” jest głuchy. Jak pień. Nie słyszy.. A dokładnie – nie słucha. Patrzy na osobę wołającą z jawną drwiną na pysku, szyderczo merda ogonem, wiem, że mnie słyszy i ... I nic. Stoi w miejscu i nie zamierza przemieścić się nawet o krok bliżej w moim kierunku
No nie słucha i już.. Wredna, uparta Biała Dupa, z podłym, psim charakterem.
I żeby tylko było tak, że stoi w miejscu i nie reaguje na wołanie... o nie, nie, nie...!!! Nie ma tak łatwo!!! Wystarczy, że na horyzoncie pojawi się inny pies, kot, człowiek lub cokolwiek, co nasz pies w głębokościach swojego labowego umysłu uzna za interesujące, a sierściuch rusza ku niemu z kopyta, pardon, z łapy.... I żadna siła nie jest w stanie go zatrzymać. No może poza siła mojego męża, uwieszonego na drugim końcu mocno naprężonej smyczy.
Nasz pies wychodzi bowiem z założenia, że każda istota ożywiona, która pojawia się w zasięgu wzroku, jest godna psiego zainteresowania. W związku z czym powinna zostać natychmiast powitana, obmerdana ogonem, obskakana, polizana i zaproszona do zabawy. Nie ważne, czy ma na nią chęć, czy nie. Nie tak dawno bokserka spotkana na spacerze bardzo boleśnie dała naszemu psu do zrozumienia, że nie ma ochoty na spoufalanie. I w związku z tym, że jej niechęć została zignorowana, prawie odgryzła mu pół nosa. Biała Dupa zdziwiła się potężnie, ale wniosków na przyszłość nie wyciągnęła... Żadnych...
Nadal jest Wielkim Przyjacielem Całego Świata. Bezkrytycznym i cieszącym się do każdego przechodnia, który tylko spojrzy na niego, a już nie daj Boże się uśmiechnie czy gwizdnie zachęcająco. Napastującym zwłaszcza małe dzieci, które po prostu uwielbia – z wzajemnością. Podejrzewam, że traktuje je trochę jak małe pieski, bo równie chętnie się z nim bawią. Zaczepiającym nawet kury i gołębie w celach rozrywkowych.
Wielkim Przyjacielem Całego Świata, Głuchym Na Wołanie, dodam dla ścisłości, który nasze wezwania i polecania ma w takiej małej, czarnej kropce pod ogonem. Słowem – w dupie. Bo tylko ją zwykle widać, kiedy sierściuch postanowi po swojemu wykorzystać nierozważnie darowaną lub uzyskaną podstępnie wolność Nasz pies uwielbia się włóczyć i czai się tylko na dogodny moment, żeby dać drapaka. Po kilku godzinach wraca, w międzyczasie zmieniając zapach i kolor (z białego na błono – ziemisty) Wczoraj znów mu się udało. Wypuszczony razem z podwórkowym wilczurem za ogrodzenie, uciekł mojemu mężowi na dystansie dwustu metrów. Oczywiście, konsekwentnie udając głuchego. Założę się, że zarówno doskonale słyszał swojego Pana, który go wołał, biegnąc za nim, jak i widział.
Uciekał bowiem z odwróconym łbem...

W związku z czym, wpadł do rowu z wodą, którego nie zauważył, ale wcale go to nie zniechęciło. Przepłynął na drugą stronę i zwiewał dalej. Aż zwiał. Szkoda, że na łąkach nie stawiają znaków drogowych, na pewno ta Biała Pierdoła przydzwoniłaby w jakiś słupek... tak się oglądał... czy go czasem nie doganiają...

sobota, 30 maja 2009

ZIELONA ŁĄKA

A może to wszystko po prostu mi się śni? Może śniło mi się, że byłam dziś na zakupach i Biała Dupa wyżebrała od pani w rybnym osiem wędzonych szprotek i zeżarła je natychmiast po otrzymaniu? Może śniło mi się, że byłam wczoraj w pracy? Może śni mi się, że siedzę teraz przed komputerem, piszę i zimno mi tak, że najchętniej włożyłabym pod piżamę barchanowe majtki z golfem? Może właśnie za chwilę, kiedy położę się do łóżka i zamknę oczy, obudzę się i przejdę do właściwego świata?
Sny fascynowały mnie od zawsze, próbowałam je za wszelką cenę uchwycić, zapamiętać, opisać. Ale one są tak ulotne, tak trudno je przełożyć na ludzki, ograniczony język. Kiedy mówię: śniło mi się, że dostałam od męża małego pieska, ale firma nie przelała mi pensji na konto, więc musiałam go zastawić w lombardzie, mam w głowie konkretny, plastyczny obraz. Do niedawna wydawało mi się, że taki sam powstaje w wyobraźni osoby, której to opowiadam. Ale kiedy zrelacjonowałam mój lichwiarski sen mężusiowi, okazało się, że on wyobraził sobie kudłatego, czarnego psiaka, a ja – białego z brązową łatą na nad okiem…
I tak o kwestie kynologiczne rozbiły się moje złudzenia. 

Mimo to, nadal myślę sobie tak cichutko, że sen naprawdę jest odrębną, alternatywną rzeczywistością, istniejącą równolegle. Wąsko uchyloną bramą do innego świata. Lubię tam zaglądać (może dlatego, że lubię spać – gdyby płacili za spanie mogłabym to robić zawodowo)
I kiedy to piszę, widzę w swojej głowie małą, drewnianą furtkę, a za nią – rozpościerający się dywan zielonej, puszystej, gęstej trawy.
Dlaczego? Bo mój mąż, zawsze kiedy kładzie się spać, mówi mi, że idzie „pobrykać po zielonej łące”.
 Czasem się tam nawet umawiamy :-)

piątek, 29 maja 2009

MISZCZU. Autentyczne historie restauracyjne


 Miałam kiedyś takiego kelnera, niech mu inna praca lekką będzie... Po raz pierwszy rozłożył mnie na łopatki, kiedy na stosunkowo proste, jak mi się wydawało, polecenie: „Zapal świeczki” zareagował pytaniem: „Ale jak?”. Przekazanie mu spokojnie instrukcji o treści: „Wyjmij ze szklanej osłonki, podpal knocik i włóż z powrotem” wymagało ode mnie żelaznych nerwów i dużego samozaparcia.

To był dopiero początek rozgrywki, ale nokaut nastąpił szybko. Pewnego pięknego dnia szukałam go bezskutecznie po całej restauracji, zastanawiając się czemu reszta personelu skręca się ze śmiechu. W końcu wychodzę przed lokal i co widzę? Jak chłopczyna pracowicie przekopuje łyżką do zupy nasz klombik z kwiatami. W tempie ekspresowym, zziajany jak pies. Pytam go, co robi:
- Szukam robaka
- Jakiego robaka – pytam najspokojniej jak potrafię.
- No, do tequili, barmani mi kazali jak najszybciej wykopać, bo goście się niecierpliwią. Niech się pani nie denerwuje, ale nie mogę znaleźć!

Nie byłam w stanie zareagować. Uciekłam. Przeprowadziłam szczegółowe śledztwo, przesłuchałam cieciów barowych i dowiedziałam się, w jaki sposób przerobili mi kelnera na ogrodnika. Wmówili mu po prostu, że mamy w restauracji specjalną wódkę, którą w innych knajpach serwują z robakiem, a u nas – z prawdziwym, świeżo wykopanym, ŻYWYM robakiem… A w tej drewnianej skrzyni przed restauracją, gdzie rosną magnolie, hodujemy ich specjalny gatunek, właśnie w tym celu. No i kiedy goście zamawiają tą specjalną wódkę, kelner musi biec na dwór i szybciutko wygrzebać jednego żywego robaka…

Dzięki Bogu, że on go nie znalazł. Aż boję się myśleć, co zrobiliby barmani, żeby uwiarygodnić swoją wersję…

czwartek, 28 maja 2009

CZYNNOŚCI ZASTĘPCZE - NOWA KONCEPCJA

Myślę, że moje „czynności zastępcze” nie są tylko moje. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym wyraźniej widzę, że są … ogólnopolskie. I nie mam na nie ani monopolu, ani patentu. Na układanie w szafie, jako metodę uporządkowania tego, co się na półkach nie mieści: pragnień, emocji, ambicji, myśli, wrażeń. A szkoda. Mogłabym się wtedy mianować Wielkim Odkrywcą Filozofii Czynności Zastępczych, która … tak doskonale tłumaczy i usprawiedliwia moje koszmarne bałaganiarstwo :-)
 Mechaniczne wykonywanie pewnych powtarzających się czynności zawsze mnie uspokajało. Mogłam bowiem podczas nich z rozkoszą oddawać się rozpuście, o której już tu pisałam – myśleniu. Odkąd tylko pamiętam, podczas porządków układam swoje uczucia, usuwam pobojowisko sprzecznych koncepcji, rozplątuję kłębki zszarpanych nerwów, wygładzam znaki zapytania, segreguję myśli, wyrzucam zużyte złudzenia. Stan mojej szafy odzwierciedla mój aktualny stan wewnętrzny; zajrzyj do niej, a powiem Ci… ile mam jeszcze problemów do poukładania.
Sporo. Może dlatego, że ostatnio rzadko sprzątam... 
W związku z powyższym, obecnie w mojej szafie panuje koszmarny bałagan… I nie wiem, kiedy w niej i nie tylko w niej, poukładam. Do obowiązkowych, przedświątecznych porządków jeszcze daleko.
W domu, w którym się wychowałam, zawsze to Wielki Tydzień był czasem wielkiego sprzątania – malowania ścian, mycia podłóg, szorowania okien, grabienia wokół domu, czyszczenia i pucowania. Tak robili i robią wszyscy dookoła. Nie tylko tam. W tym okresie wszędzie trwa 
Akcja 
Cała Polska Sprząta.
Filozofia czynności zastępczych doskonale tłumaczy, dlaczego właśnie okres Wielkanocy, która ma być w założeniu czasem refleksji i wewnętrznego uporządkowania, stał się czasem największych porządków, ale – zewnętrznych. Bo wtedy najwyraźniej widać, że coś zastępujemy innym "czymś".

Zamiast w sobie, robimy porządki w domu.. .
Zamiast oczyszczenia duszy mamy mycie okien. 
Zamiast trzepania sumienia, mamy trzepanie dywanów.
Chmmmm…. Może jednak wystąpię o patent na moją nową koncepcję. 

wtorek, 26 maja 2009

POTRZEBA ZMIAN

Dzisiejsza piękna pogoda nastroiła mnie do zrobienia remanentu na półkach – w końcu coś letniego czas najwyższy na siebie włożyć. Już dawno temu zauważyłam, że porządkowanie szafy to moja „czynność zastępcza”. Kiedy nie mogę sobie z czymś poradzić, albo muszę coś przemyśleć – układam ubrania, dzielę na zimowe, letnie, spodnie, spódnice, bluzki, sukienki; czasem jeszcze sprzątam dodatkowo w mieszkaniu. To mnie uspokaja, jakby uporządkowanie przestrzeni wokół mogło przenieść się w jakiś magiczny sposób na moje nieuporządkowane wnętrze.
Tak mam. Kiedy nie mogę zmienić mojego życia, zmieniam przestrzeń wokół siebie. Zwykle kumulacja ma miejsce na terenie naszego mieszkania. Na przykład: kolor w salonie zmieniałam pięć razy… w ciągu dwóch lat. Ostatnio próbowałam wytłumaczyć mojemu mężowi, dlaczego kolejny raz jeden kolor wydaje mi się lepszy od drugiego i dlaczego znów będzie malowanie. Że muszę mojej potrzebie zmian czymś głodny pysk zapchać, że bardzo potrzebuję jakiejś metamorfozy – jeśli nie w dziedzinie niedostępnej, to chociaż w innej, dostępnej. A farba do towarów deficytowych nie należy, w przeciwieństwie do dzieci, więc padło na mieszkanie.
 Mężuś pomyślał, uśmiechnął pogłaskał psa i powiedział: „Tak Travisku, niedługo czas na nas…” 
Żadnego z wspomnianej wyżej dwójki nie zamierzam wymieniać na inny model. Chociaż kiedy wczoraj rano znów znalazłam naszą Białą Dupę na balkonie, pochłoniętą obgryzaniem pięty w moich nowych klapeczkach - japonkach, to się zaczęłam zastanawiać nad wymianą naszego psa na inną, unowocześnioną wersją laba - „Którakiedyśprzestaniegryźćbuty”…O ile taka istnieje….
Ale poza zmianą niszczycielskich zapędów Białej Dupy jest jeszcze masa innych rzeczy, które chciałabym zmienić. Tak bardzo, bardzo bardzo….
.
Na przykład ... bardzo chciałabym przestawić fragment ściany pomiędzy kuchnią i sypialnią, tak, żeby moć zainstalować przesuwane drzwi z mlecznego szkła. No ciemno mi, nic na to nie poradzę, brakuje mi światła dziennego w kuchni i nie ma szans - nie zaznam spokoju, dopóki go tam nie wpuszczę. Światła, znaczy się. Ale mężuś stanął okoniem - nie, bo nie, nie będziemy burzyć ściany (mizernego kawałeczka!), bo mi się koncepcja zmieniła. Przy pierwszej, delikatnej sugestii, że może by tak jednak wyciąć ten fragment, palnął mi następującą powiastkę filozoficzną: "Kochanie, wyobraź sobie piękny, zielony las. Naprawdę piękny, zielony las... A potem wyobraź sobie dziką świnię, która wchodzi do tego lasu i zaczyna ryć... Rozumiesz metaforę?"...
Ostatnio zaryzykowałam drugie podejście. Porosiłam, żeby mi dał zgodę na dejavu remontowe w ramach prezentu na trzydzieste urodziny. I znowu - nie. Tzn. tak, zgodził się po godzinnym maglowaniu, ale z łachą, a z łachą to ja nie chcę. I jestem w kropce. Bo coś zmienić muszę. Chociaż ścianę przestawić. Inaczej się uduszę. A raczej udusi mnie moja niezaspokojona potrzeba zmian.

niedziela, 24 maja 2009

PRZEPOCZWARZANIE A SAMODYSCYPLINA


 Zastanawiam się, dlaczego w pewnym wieku kobieta „chłopieje”. Obcina włosy na krótko, jednocześnie robiąc na nich trwałą, upodabniając się do mocno wystrzyżonego pudla. Farbuje je jeszcze na buraczkowy, lisiorudy lub inny kosmiczny kolor – różowawy, z fioletowym przebłyskiem, czerwony. Lub przeciwnie: pozostawia swoje włosy naturze i nosi je na pół siwe, przetłuszczone, często związane w mysi ogonek frotką, lub co gorsza – zaplecione w warkoczyk. Zakłada bezkształtną, workowatą spódnicę o jedynej słusznej długości do pół łydki. Szpilki zamienia na rozdeptane klapki, eleganckie rajstopy i pończochy na podkolanówki antygwałtki. Do tego obowiązkowym elementem zestawu jest buroszary żakiet, w porywach elegancji zestawiony z koszulową bluzka zapięta pod samą szyję. Lub powyciągany, dzianinowy sweter w równie przyzwoitym kolorze. 

Mam taką sąsiadkę w bloku, mówimy sobie „Dzień dobry” na schodach, a ja za każdym razem kiedy ją widzę mam ochotę dodać… ”Kobieto, zróbże coś z sobą”. Sympatyczna, niebrzydka babeczka, ale ubrana dokładnie według standardów nakreślonych na wstępie: czarna spódnica do pół łydki, workowaty beżowy płaszcze, włosy posiwiałe, związane w kucyk na czubku głowy. Masakra. A jak na ironię, ma bardzo przystojnego męża, za którym niejedna już się obejrzała i pewnie niejedna jeszcze obejrzy… Jak wiele jest takich kobiet widać doskonale na polskich ulicach – ubranych źle, niedbale, po prostu brzydko.

 Idę Piotrkowską, patrzę na nie i zastanawiam się, co się z nami, kobietami zaczyna dziać w pewnym wieku? Czemu przestajemy o siebie dbać i dobrowolnie zamieniamy się w straszydła?  Dlaczego kobiety po czterdziestce, a czasem i wcześniej stają się tak niekobiece? Dlaczego na własne życzenie przepoczwarzamy się w poczwary. Pytam sama siebie, czy mnie za pięć, dziesięć lat też to czeka? I nie ukrywam, że wizja rozlania się w taką bezkształtną, buroszarą masę jest dla mnie przerażająca. I zastanawiam się, jak wielką samodyscyplinę trzeba mieć, żeby nie dopuścić do takiego przepoczwarzenia.
I czy będę ją miała?

Czy będę miała pieniądze też się zastanawiam, bo to ma pewne znaczenie, ale nie podstawowe. Czego idealnym dowodem jest moja koleżanka Kasia, należąca do gatunku „grzebalca pospolitego”, czyli do rzeszy osób wyszukujących i kupujących ubrania w sklepach z używaną odzieżą. Kasia groszem jak każdy student nie śmierdzi, do tego już kilka lat temu „wygrała z anoreksją” i jej rubensowskie kształty nie ułatwiają jej zadania. Mimo to ubrana jest zawsze fantastycznie. Z pomysłem. Kolorowo. Kobieco. Stosownie do figury. Dziewczyny zgrzytają zębami z zazdrości, kiedy Kasia w pracy prezentuje swoje wygrzebane zdobycze za 2,3,5 zł sztuka. Faceci latają za nią z wywalonymi jęzorami.
Dbanie o siebie to przejaw wielkiej samodyscypliny, a nie tylko kwestia pieniędzy czy wieku. Wczoraj spotkałam na Pietrynie staruszkę, mocno posuniętą w latach, ale wyprostowaną jak świeca. Włosy białe jak śnieg, uczesane, brązowy, sztruksowy żakiet, jasnobeżowe spodnie, błękitna torebka i apaszka na szyi, a na głowie – kaszkiecik. Wyglądała rewelacyjnie. Obejrzałam się za nią typowo męskim odruchem. I pomyślałam:
„Panie Boże, spraw, żeby mi się zawsze chciało chcieć…”

piątek, 22 maja 2009

JEDNOPROCENTOWY MARGINES


     Mężuś wytropił psim swędem mojego bloga. Nie chwaliłam się za bardzo nikomu, że go piszę, wychodząc z założenia, że zapewni mi to nieskrępowaną wolność słowa i myśli. No i teraz zastanawiam się, czy nie przydałaby się zmiana adresu… Nie chodzi o to, że mam coś do ukrycia. Ale nie wiem, czy potrafię sobie pozwolić na szczerość, jaką zapewniała mi anonimowość, kiedy już wiem, że mężunio wetknie tu swojego nocha. Już twierdzi, że go obsmarowałam. Wiem, to żart, ale teraz będę się dwa razy zastanawiać, zanim coś napiszę.
 
Związek rządzi się trochę innymi prawami niż przyjaźń, a ja, mimo iż znamy się z kilkanaście lat, mam swój mały, wąski margines prywatności, swoich lęków i obaw, absolutnie zbędnych rozmyślań, pytań bez odpowiedzi, swoich smutków i radości. Tylko mój. I wcale nie uważam, że małżeństwo powinno się opierać na absolutnej szczerości. Ten jeden, jedyny procent każdy powinien zachować tylko i wyłącznie dla siebie. Mieszą się w nim wątpliwości i pytania, byli i byłe, niedoszli i niedoszłe, momenty zwątpienia, wahania i smutku, który mógłby tę drugą osobę zarazić. I te wszystkie pierdoły i głupoty, te czasem nieopatrznie rzucone słowa, które lepiej przytrzymać na krótkiej smyczy. Dla dobra związku i ogółu. Ja jestem gadułą, mój mąż jest milczkiem, na wiele spraw patrzy inaczej, prościej. A ja sobie po prostu muszę pogadać, poanalizować, podzielić włos na czworo, obejrzeć go z prawej i z lewej, jak sobie nie pogadam, to jestem chora. I do tego służyć miał mój blog. Do zapisania chwil słodkich jak cukierek, a tak bardzo ulotnych.Do porozmawiania, podzielenia się refleksjami i chwilami wartymi zapisania z grupą bliżej nieokreślonych, anonimowych czytelników, albo nawet – li tylko z powietrzem..
Hmmm…świadomość, że ową zbiorowość zasilił mój mąż nieco mnie krępuje. Wiem, pewnie prościej byłoby pogadać po prostu z nim o wszystkich wątpliwościach, rozterkach, pytaniach i smutkach, ale coś mi mówi, że takie rozmowy niejedno małżeństwo rozbiły.
Będę się uparcie trzymać koncepcji, że absolutna szczerość jest niezdrowa. Czasem lepiej wypłakać się przyjaciółce w rękaw, a żale wylać w przestrzeń, choćby internetową. Dla mnie pisanie od zawsze było formą autoterapii, przynosiło, poza radością – spokój. Problem opisany stawał się problemem oswojonym, wrzące emocje przeniesione na papier przestawały się gotować. Odkąd pamiętam – pisałam: listy, pamiętnik, teraz bloga. Papier jest cierpliwy, papier zniesie wszystko, papier nie wejdzie w dyskusje z piszącym. Papier milczy. Jak mój mąż. Ostatnio, kiedy czułam nieopisaną wręcz ochotę, żeby się z nim pokłócić o pierdołę, której nawet teraz nie pamiętam i czyniłam rozmaite podchody w tym kierunku, moje działania skwitował krótko:
„Widzę kochanie, że potrzebujesz sparingpartnera, ale na mnie nie licz, ja nie będę brał w tym udziału”

wtorek, 19 maja 2009

NIEBO DLA PSÓW



Lubię zapach ziemi po deszczu. Dziś w drodze z pracy towarzyszył mi cierpki zapach mokrej trawy i rozdeptanych na chodniku topolowych kwiatów – „pędraków”. Kiedy była dzieckiem zbieraliśmy je z kuzynami i obrzucaliśmy się nimi nawzajem, udając, że to robaki. Udawaliśmy też, że się ich brzydzimy i boimy…

Zapachy od zawsze przywoływały do mnie wspomnienia, zlatywały się i zlatują, jak na zawołanie, jak do miski z pachnącym, parującym jedzeniem Teraz siedzę przy lampce z kubkiem herbaty w ręku i przywołuję nieobecnych. Ze zdjęcia w antyramie spogląda na mnie Reksiur. Pies mojego dzieciństwa – dostałam go, kiedy miałam 11 lat. Dorastałam razem z tym mądrym wilczurem. Na fotografii leży na samym środku kuchni, na słonecznej plamie i mruży zadowolone ślepia. Panisko! Przysypia. Mądry, ciężki łeb opada mu na łapy. Wygląda jakby właśnie miał zasnąć. Jeszcze nie, ale już…

Trzy lata temu w Tatrach Gosia uparła się, żeby podejść pod Wrota Chałubińskiego. Nie chciało mi się. Niby lato, a siąpił zimny, dokuczliwy deszcz, przed nami ostre podejście i na zmianę – śliska ścieżka lub trawa nasiąknięta jak gąbka. Wlokłam się noga za nogą. Nagle, za kolejnym załomem skalnym ukazało się miejsce zaczarowane – mała dolinka u podnóża stoku. Tak dosłownie – ukazała się mi. Pomyślałam wtedy, że tak pewnie wygląda raj. Z krystalicznie czystym, zielonym okiem wody wśród skał i pluszczącym potokiem. Dookoła łąka z kwiatami, jak z bajki Disneya.. I cisza, cisza, cisza… Tylko majestatyczna powaga gór. Przez chwile poczułam się, jakbym zrobiła krok na drugą stronę i przestąpiła smugę cienia. Jakbym zaraz miała usłyszeć uradowane szczekanie mojego psa lecącego do mnie na łeb, na szyję, wywijajacego ogonem młynka radości. Jakbym zaraz miała zobaczyć tatę siedzącego nad brzegiem i łapiącego pstrągi. 

Tak lubił ryby. W moich opowieściach o górach, których nigdy nie zobaczył (z pożytkiem dla tamtejszej fauny i flory) najbardziej go zawsze ciekawiło, co dałoby się tam złowić. Każde delikatne napomnienie, że to przecież Park Narodowy i tam się ryb nie łowi, tylko podsycało jego heretyckie wizje złapania pstrąga – olbrzyma. Spasionego jak krowa, no bo skoro nikt tu nie wędkuje…

Mam nadzieję, że mój tata siedzi sobie teraz gdzieś w takiej dolince. Razem z moim mądrym szczęśliwym Reksiurem
Żądam nieba także dla psów

poniedziałek, 18 maja 2009

MAMOWE ZDOLNOŚCI


Moja mama, odkąd tylko pamiętam, fenomenalnie łapała muchy. Nawet te najbardziej cwane, które umykały każdemu klapnięciu klapki, kasowała jednym szybkim ruchem.
Siedzimy sobie dzisiaj w małym pokoju, gadamy, muszysko uprzykrzone gryzie mnie po nogach, a w międzyczasie łazi sobie spokojnie po ścianie. Mama wstała, zwinęła dłoń w łódeczkę, ciach! Muchy nie ma!
Zdziwiona moją niezdrową fascynacją, z lekkim zdziwieniem powiedziała mi, jak to się robi.
A więc: muchę spacerująca po dowolnej płaskiej powierzchni należy dłonią zajść od strony główki i złapać ...zanim zdąży zakręcić. 
Sprawdziłam. To działa!!!

piątek, 15 maja 2009

BIAŁA DUPA I BATERYJKI

Nadmorskie miasteczko przed sezonem jest jak nieśmiała dziewczyna – ze skromnie spuszczonymi żaluzjami sklepów, zamknięta w sobie, jak puste restauracje, dopiero szykująca się na wielki sezon i wielką zabawę. Malowana, czyszczona, szykowana i ubierana – w kwiaty i ogródki. Cicha i spokojna, senna i zamyślona, lekko nieśmiała ma w sobie nieodparty urok i wdzięk.
      W niedziele, po wydarciu kilku dni urlopu z obydwu firm, w których pracujemy, w biegu spakowaliśmy siebie i psa i pojechaliśmy do Pobierowa. Naładować bateryjki. Pies, kiedy tyko usłyszał dźwięk budzika, zajął strategiczną pozycję przy drzwiach wyjściowych, cobyśmy przypadkiem o nim nie zapomnieli... Chociaż trudno byłoby przeoczyć skomlące, kręcące radośnie tylkiem, czterdziestokilogramowe, białe bydle, które całym sobą mówiło „Ej, ale zabierzesz mnie z sobą, prawda????” Zabraliśmy. Z całego tego pośpiechu zapomniałam Białej Dupie zaserwować poranną michę, co mąż podsumował krótko :”Tak, masz urlop, więc najlepiej psu bateryjki z dupy wyjąć i na półce postawić...” Uratowałam sytuację, głodnego psa i swój honor paczką egzotycznego musli, którym nasz sierściuch został nakarmiony po drodze.
      Pobierowo przywitało nas słońcem, zapachem lasu i szumem morza. I armią kleszczy, które sypały się na białą dupę naszego psa jak dojrzałe rodzynki z każdego krzaczka, pod którym przeszedł. Wielkiego wrażenia na nim to nie robiło, bo w Pobierowie razem z naszymi znajomymi już czekał Bazyl, kolega z Poznania, nieco bardziej „wypieczony” niż nasz, biszkoptowy labrador. A w związku z tym, że laby najbardziej na świecie kochają trzy rzeczy: ludzi, jedzenie i wodę, nasze psy przez te kilka dni należały do najszczęśliwszych istot na ziemi. Za patykiem wrzuconym do morza gnały jak oszalałe, nie zwracając uwagi na fale przelewające się przez psie łby i rzucające nimi o brzeg. Travis, szczęśliwy znalazca sushi z demobilu, to jest rybiego ogona z odpadającym kawałkiem śmierdzącego mięsa wykazał się większym refleksem niż Bazyl, spożywając zdobycz zanim zdążyliśmy interweniować. Bazyl z kolei upolował kaczkę – nie wymagało to wielkiego wysiłku, gdyż ptaszyna leżała sobie spokojnie na brzegu, nie wykazując żadnej ochoty na ucieczkę i gniła w słońcu. Niestety, zanim spożył ten arcypachnący kąsek, my upolowaliśmy Bazyla... Pół godziny zmagań z psem przypominało rozciągnie gołymi rękami porządnie skręconego imadła ze śmierdzącym korpusem kaczki w środku. Podobnie jak wspomniane imadło, pies nie reagował na krzyki, komendy, bicie, polewanie wodą i tłumaczenia... Pomogło dopiero zastosowanie drewnianego kołka jako dźwigni i ptaszek powrócił na swoje miejsce do ekosystemu...
       My wróciliśmy do domu wczoraj, nieco przemarznięci, po trzech dniach spędzonych na spacerowaniu po plaży i spożywaniu dużych ilości napojów wyskokowych przy akompaniamencie śpiewających w lesie ptaków, które podziałały jak balsam na moją duszę. I ptaki i alkohole. Nabrałam dystansu do swojej pracy i do tego, co nas czeka, choć nie wiem jeszcze dokładnie, co to będzie. Uspokoiłam się, wyciszyłam. Naładowałam bateryjki. Pies braki zużytej nad morzem energii uzupełniał pilnie w drodze powrotnej i w domu, przesypiając jednym ciągiem 21 godzin...
  I mimo że lato za pasem, cieszę się bardzo, że pojechaliśmy tam teraz. Bo nadmorskie miasteczka w sezonie są jak dziwki – tandetne, krzykliwe, pełne przypadkowych ludzi, wymalowane, obklejone plakatami, afiszami, reklamami. Nieprzyzwoicie drogie, choć brudne, przepojone alkoholem, przepocone i śmierdzące.
     A w związku z tym, że od kilku lat cierpię na zaawansowany ludziowstręt, wolę Pobierowo przed sezonem. Nawet z przyboczną armią kleszczy.

piątek, 8 maja 2009

MUCHY NA JEDYNCE. TYPOLOGIA


Goście są jak muchy. Z niewiadomych, niewyjaśnionych, tajemniczych przyczyn ZAWSZE brudny stolik jest bardziej atrakcyjny od czystego. Nie wiem, co ich tak zwabia. Zapach resztek? A może odzywają się w ludziach jakieś prainstynkty? Atawizm? Może mieliśmy przodków ludożerców? To by tłumaczyło apetyt gości na stypie… A może to pozostałości innego pierwotnego instynktu każą gościom kierować się do miejsca, gdzie można dojeść odpadki? Czy może przekonanie, że jeśli ktoś tam siedział, to jest to dobre miejsce i trzeba je natychmiast zdobyć, skoro je porzucono? 
W restauracji takich gości nazywa się MUCHAMI, a ich błyskawiczne naloty na brudne stoły kwituje się krótko: „Muchy na jedynce (dwójce, trojce, czwórce – w zależności od numeru stolika, przy którym wylądowały). Niech sobie pojedzą”
A potem się je przegania… jak to muchy. Do czystego. 

Sytuacja typowa: siedzę rano, jeszcze przed otwarciem restauracji przy stoliku na dole, wykonuję konieczne telefony, przy okazji piję kawę, jem śniadanie. Na stoliku zostaje pusta filiżanka, talerzyk, kilka okruchów, serwetka. Punktualnie o 11.30 w drzwiach staje pierwszy gość. Rozgląda się badawczo po pustej sali, krąży, krąży, krąży wśród trzydziestu wolnych stolików, krąży, krąży… kelnerzy wstrzymują oddechy, zawierają ostatnie zakłady…. krąży, przysiada przy czystym stole, ale coś go kusi, coś go wabi, coś nęci nieodparcie i niezrozumiale, nie, zrywa się, leci prosto do celu i ląduje…. Na jedynce. Nad resztkami mojej niedopitej kawy i okruchami bułki.

 I jeszcze grzebie w tym, gmera, jakby mu przeszkadzało. Można by przez to pomyśleć, że mamy czynienia nie z Muchą, ale z Gościem – Kurą. Gdyby nie to, że KURY – zgodnie ze staropolską mądrością mówiącą: „Daj kurze grzędę – kura na to: wyżej siądę!” cechuje z kolei nieodparty pociąg do stolików jak najwyżej położonych. Z równie nieodgadnionych dla mnie przyczyn, ZAWSZE stolik na górnej sali jest sto razy lepszy od stolika na dolnej. I czekają kury na swoją wolną grzędę po godzinie przy barze i gniotą się potem kilkuosobowe grupy przy mizernych, maleńkich stoliczkach na antresoli, w ścisku, dymie z papierosów i zaduchu. Ale zawsze na hasło „Zapraszam serdecznie do stolika na dole” odpowiedzą pytaniem „A nie ma nic wolnego na górze?” I niemal słyszę między wierszami to charakterystyczne „Ko…, ko, ko, ko….”

Od Much i Kur gorsi są tylko goście – ĆMY… Pozostawienie choćby jednej mizernej, płonącej lampki, choćby jednej niezgaszonej żarówki na sali, jest dla nich sygnałem, że jeszcze otwarte. I lecą, odbijają się do szyby w drzwiach wejściowych, szarpią za klamkę, próbują włazić oknem. Nieważne, że restauracja jest nieczynna od trzech godzin, nieważne, że nikogo już w niej nie ma poza niedobitkami lub niedopitkami personelu. Ich nieuchronnie przyciąga i wabi nawet płomień świecy: „Jest światło – no to tam lecimy!!! Jak to nieczynne? Dlaczego? Przecież światło się świeci…” Zasadę tę kiedyś, późnym wieczorem odkrył i natychmiast opatentował jej zastosowanie w praktyce jeden z kelnerów, rzucając odkrywczo: „Kasia, gaś lampki, bo się łachy do światła zlatują"

wtorek, 5 maja 2009

PIES W PUSTYM MIESZKANIU


Piesek zrobił porządki – wyszłam na godzinę, a on się zajął „swoją robotą”, jak mawia mój mąż. Taka mała psia zemsta – zostawiłaś mnie, to ja sobie zorganizuję wolny czas. Nie ważne, że wyszłam tylko na pół godziny… Ważne, że go nie zabrałam… zbrodnia nad zbrodniami. Kiedy się szykuję, stoi w drzwiach, patrzy na mnie z byka, z wielką pretensją i wyrzutem w brązowych ślepiach. Potem siada w oknie balkonowym, przykleja nos do szyby i odprowadza mnie wzrokiem osieroconego dziecka, dopóki nie zniknę za rogiem. A ja mam wyrzuty sumienia, jakbym go co najmniej porzuciła. Zawsze kiedy jestem już na chodniku pod blokiem odwracam się i patrzę – taki nasz rytuał – i widzę białą psią sylwetkę w oknie z czarną kropką nosa rozpłaszczonego na szybie… Mokrego nosa. Jak wygląda szyba po tygodniu nie powiem. Ale podjęłam ostatnio desperacką próbę powieszenia w oknie firanki. Jak wyglądała firanka po tygodniu nie powiem. Szkoda słów. Także na opisywanie, co niezadowolony pies robi w mieszkaniu pod moją nieobecność. Tego nie muszę się nawet domyślać, bo dowody mówiące same za siebie. 

Tak więc na pierwszy ogień idzie kosz na śmieci – o ile przezorny, zawsze ubezpieczony właściciel nie postawił go na blacie, lub nie zamknął w szafce. Przegląd kosza połączony z wyciąganiem co „atrakcyjniejszych” zdobyczy i wynoszeniem na dywan do pokoju i na białą kanapę jest ulubionym zajęciem naszego psa. A do ulubionych zdobyczy należą: puste opakowania po maśle, śmietanie, kartony po sokach i mleku – znajduję je zwykle malowniczo rozszarpane na strzępy i wylizane do białości, w końcu kryzys jest, no nie, nic się nie może zmarnować…

Kolejne podejście to szafka z butami. Mój pies najwyraźniej uważa, że jak zeżre mi następne buty, to pewnego razu nie będę miała co założyć i nie wyjdę, w związku z czym – nie zostawię go samego…. Czasem litościwie ogranicza się tylko do wygryzienia sznurówek. Nie wiem jednak, co nim kieruje, kiedy zakrada się do łazienki i grzebie w koszu z brudną bielizną. Jakie zboczone instynkty każą mu obgryzać ramiączka od staników i zżerać moje stringi... Być może mam psa – fetyszystę…?

A najgorsze jest w tym wszystkim to, że on doskonale wie, że robi rzeczy zakazane. Wie, że nie wolno mu grzebać w koszu na śmieci, wyciągać brudnych rzeczy i butów z szafy. Pokusa jednak zawsze jest silniejsza niż psia wola. I zawsze zwycięża… Postawa przepraszająco – łasząca się, którą prezentuje mój pies już sekundę po tym, jak przełożę nogę za próg, jest dla mnie sygnałem, że znowu coś zmalował. A on kładzie uszy po sobie, wciska ogon w tyłek, przekręca się na grzbiet, i gmerając łapami w powietrzu macha ogonem w tej dziwnej pozycji (leżąc na plecach), jakby mówił: „To nie ja, nie miałam z tym nic wspólnego, nawet nie tknąłem kosza jedną łapą, a but pana sam przybiegł i wskoczył na kanapę…” No i jak nie uwierzyć w takie gorące zapewnienia? 

Chociaż czasem zbrodnia jest nie do ukrycia – ostatnio pies ukradł mojemu mężowi loda … razem z patykiem. Jechali autem, pies siedział na siedzeniu pasażera, mężuś zmieniał biegi – jedynka, dwójka, trójka, czwórka…. machając psu lodem na wysokości łakomego pyska... I nie wytrzymał – pies oczywiście. Ukradł i żeżarł. W całości. Razem z patykiem. A potem wyrzygał. Podobno lód jeszcze był zimny. 
Jak widać na podanym przykładzie – łakomstwo i złodziejstwo nie popłaca.

niedziela, 3 maja 2009

O "ROZPUŚCIE" MYŚLENIA JESZCZE SŁÓW PARĘ ,CZYLI WIZJE, WIZUALIZACJE I SMUTNE SALAMI

Kiedyś mój mąż na moje wizjonerskie rozważania reagował męczeńskim jękiem i zadawał mi pytanie, którego nienawidzę: „Ale po co ty się nad tym w ogóle zastanawiasz???”

A mój umysł najwyraźniej musi czym się zajmować, musi myśleć, bo… nie wiem, może obumiera kiedy czegoś nie analizuje?. Teraz ślubny coraz częściej daje się wciągać we wspólne hipotetyzowanie.
 Kiedyś, gdy moczyliśmy się razem późną nocą wannie, zaczęłam się głośno zastanawiać, co by było, gdyby cały świat poza tą łazienką zniknął. Byliśmy akurat na etapie totalnego remontu i wyburzania ścianek działowych w mieszkaniu; na środku pokoju leżały jakieś dwie tony gruzu. Stworzenie wizji wyrąbanego z całości mieszkania sześcianu łazienki, dryfującego swobodnie w przestrzeni kosmicznej przyszło mi więc bez trudu. Wyobraziłam sobie, że Ziemi już nie ma, zniknęła i istnieje tylko ta łazienka. I tylko my w niej, orbitujący w ciemnej przestrzeni między gwiazdami, w tym sześcianie wyrwanym z bloku. Oczywiście, natychmiast podzieliłam się swoją wizją z mężykiem i zaczęliśmy się zastanawiać, co z nami będzie, skoro Ziemia zniknęła. Mój pragmatyczny i zdroworozsądkowy mąż zauważył natychmiast słusznie i z sensem:

- Mamy pełną wannę wody, z pragnienia nie umrzemy
- Ale ona jest z płynem do kąpieli! 
- Kran też mamy, nalejemy nowej
(Swoja drogą, skąd woda miałaby się wziąć w rurach orbitujących w kosmosie, jakoś żadne z nas się nie zastanowiło. Problemu z brakiem prądu i światła też nie rozważaliśmy. To, że będzie wydawało nam się oczywiste, chociaż logiki w tym brak)

- Misiu, ale nie mamy jedzenia…
- Może spotkamy kogoś, kto będzie podróżował w kuchni?? 

Kiedy woda w wannie zaczęła nam stygnąć, byliśmy już na etapie spotykania w intergalaktycznej przestrzeni ludzi podróżujących w hipermarketach…

Ale snucie wspólnych rozważań z rodzaju absolutnie zbytecznych na spółkę z moim mężem ma też swoje wady i przykre konsekwencje. Na przykład: siedzimy przy śniadaniu, zajadamy kanapki z żółtym serem i salami. A ja zaczynam się zastanawiać, jaki był osiołek, z którego zrobili tę kiełbasę. I natychmiast mam własną, prywatną wizualizację, która już nie chce się ode mnie odczepić. Tak mam – to, o czym pomyślę, od razu „widzę”, w postaci wyraźnego, kolorowego obrazu. W związku z powyższym jawi mi się natychmiast przed oczami szary, przesympatyczny osiołek, z pędzelkami na uszach, który spogląda na mnie smutnym okiem z wyrzutem. Robi mi się głupio, a kanapki przestają smakować..

Po krótkim namyśle dzielę się swoją wizją z mężem i co słyszę – że tak, faktycznie, to był najlepszy ze wszystkich osiołków. Był dobry, naprawdę dobry, a na dodatek osierocił dwa malutkie, biedne osiołeczki… i tak dalej…i tak dalej. I roztacza przede mną wizję smutnego oślego życia, które mogło trwać i trwać, gdybym nie wpadła na pomysł kupienia na kanapki salami…

 Śniadanie kończy się kłótnią, ja odmawiam dalszego jedzenia, bo mi wyrzuty sumienia nie pozwalają, a wszystkie bułki zżera mój uchachany mąż, nieporuszony zupełnie losem biednego kłapouszka…

A tak na marginesie, to zastanawiałam się kiedyś, czemu włosy na głowie rosną bez ograniczeń, a kłaki na nogach zatrzymują się w pewnym momencie i dalej ani rusz? Miałam od razu wizję nóg z długimi włosami – wlokącymi się po ziemi, zaplatanymi w warkoczyki, z trwałą, z pasemkami…. za nią pojawiła się kolejna: „Nożnych” salonów fryzjerskich...

 W końcu zwierzyłam się z mojego problemu przyjaciółce, oswojonej przez lata naszej znajomości z moimi dywagacjami na różne zaskakujące tematy. Ewa, świeżo po lekturze "Opowieści z Narnii" znalazła odpowiedź, która mnie zadowoliła. Już wiem, czemu włosy na nogach nie rosną w nieskończoność.
Bo gdyby tak było, bylibyśmy faunami.