czwartek, 31 grudnia 2009

STRÓŻ


Wyszłam wczoraj z pracy bardzo późno, więc do domu udało mi się dotrzeć w środku nocy. Wdrapałam się po schodach i najciszej jak mogłam otworzyłam drzwi. Weszłam do mieszkania niemalże na palcach, żeby nikogo nie obudzić. Mąż spał już od dobrych kilku godzin, a pies dzielnie mu towarzyszył. Przez moment słychać było tylko równe oddechy moich ulubieńców.
Nagle pies jak nie buchnie szczekaniem!!! Basowym, ogłuszającym, gwałtownym, aż podskoczyłam do góry ze strachu…. Zerwał się z łóżka i jak nie ruszy w moim kierunku!!! Prawdziwy pies stróżujący...
Po chwili już mi się łasił do nóg, rozespany, cieplutki, kręcąc przepraszająco białym tyłkiem na prawo i lewo. Głaskałam go i zastanawiam się tylko nad jednym:
Kto kogo bardziej wystraszył?
Pies mnie, czy ja psa?

poniedziałek, 28 grudnia 2009

REKLAMACJA


Gdyby tak istniał punkt utylizacji niechcianych, smutnych świąt, spakowałabym swoje w wielki szary karton jeszcze zanim się zaczęły. Upchnęłabym te trzy dni, udeptała nogą, obwiązałabym papierem pakowym i po schodach, stopień za stopniem zwlokłabym je do auta. I pojechała, szybciutko, bez włączonych świateł, bo trochę wstyd, tak Boże Narodzenie wywozić do kosza. Podjechałabym cichaczem pod pojemnik, gdzie można je wyrzucić, albo oddać po prostu, wcisnąć do środka, niech je ktoś sobie zabierze, bo ja ich nie chcę. Po prostu przekazać, może komuś się przydadzą, może ktoś tęskni, potrzebuje, niech sobie je weźmie, bo mi nie pasują. Tylko uwierają, obcierają i ranią. 
Więc do dupy, to jest, chciałam powiedzieć, do pojemnika z nimi.
Albo chociaż do punktu zbiorczego.
Więc lecę.
 A tam zonk, trzeba stanąć w kolejce, nikt nie przewidział, że będzie taki ruch i takie zapotrzebowanie na utylizację.
Trzeba czekać, jakoś przetrwać ten czas, przemęczyć się jeden dzień, drugi, trzeci…
Z nudów rozgląda się więc człowiek, przygląda współtowarzyszom w ogonku.
 Stoją karnie rzędem wyleniałe starowinki i szpakowaci staruszkowie, co to zasiedli przy wigilijnym stole tylko w towarzystwie pustego miejsca. Gdzieniegdzie rodzice aniołków, wezwanych głupio i przed terminem, bo wola nieba, bo ktoś nie pomyślał, że ojciec też człowiek i chciałaby dziecko białą, puchową kołdrą otulić, zamiast z matką na niej znicze stawiać. Jest kilka kobiet, jedna ze śliwką pod okiem, bo kompot był za słodki, druga z jagodową bułą na policzku z przyczyn bliżej nieustalonych, a raczej bez przyczyny.
I kilka osób, co nie wiadomo dlaczego, po co i na co i z jakiego powodu.
 Wśród nich ja. Dziwadło.
Niby młoda taka, co jej niczego nie brakuje, niby szczęśliwa mężatka, a przyszła święta oddać, zupełnie za darmo i bez przymusu, bo ponoć smutne i samotne. Ale wymyśliła, kupę ludzi miała dookoła, z przewagą kupy co prawda, ale nie ma się przecież co awanturować, też mi powód do zwrotu - bo nie były takie, jak chciała. Reklamować chce, twierdząc, że ilość nie przeszła w jakość, powoływać się chce na gwarancję i żądać usunięcia usterek albo wymiany na nowy egzemplarz!
Naiwna jakaś albo głupia.
Wiadomo przecież, że już 27 grudnia, a po upływie tego terminu reklamacji się nie uwzględnia. Można tylko zużyte, niepotrzebne święta wrzucić do zsypu.
A ta tylko kolejkę blokuje, pociąga nosem i rozkleja się jak uszko w barszczu.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

ANIA I AGA

 Ania pracowała u nas w restauracji jako kelnerka. Drobna blondynka, bardzo zgrabna i atrakcyjna. Zawsze perfekcyjnie umalowana, ubrana i zadbana – często wpadała w oko gościom, zwłaszcza męskiej połowie. Głównie tej, która trafiała do nas z pobliskiego hotelu na kolacje biznesowe. Bogaci, dobrze ubrani panowie z grubymi portfelami interesowali się Anią.
Co z tego, że była jak bęben.
Pusta i do walenia.
Podobała się im. Z wzajemnością.
Potrafiła korzystać z okazji.
Co zmianę czekał na nią inny gość.
Wybierała głównie cudzoziemców, nie ukrywała wcale, że szuka jelenia, z którym będzie mogła wyjechać za granicę. Po kilku miesiącach znalazła – Hiszpana. Ponoć zakochała się na śmierć i życie, on także, więc wrócił do kraju, by rozwieść się z żoną. Ania tymczasem stanęła przed dylematem – okazało się, że jest w ciąży. A w związku z tym, że miłości swojego życia poszukiwała równocześnie na kilku frontach, nie była pewna z kim.
Dramat.
Ale znalazła proste rozwiązanie.
Żeby nie komplikować sobie życia.
Żeby nie wdawać się w zbędne tłumaczenia.
Na wszelki wypadek
Usunęła ciążę.

 Agę poznałam na forum internetowym, potem spotkałyśmy się w klinice leczenia niepłodności. Wysoka, uśmiechnięta brunetka, pełna radości i ciepła. Dobrze nam się rozmawiało. Czekałyśmy razem na zabieg, opowiadając sobie, jak dwie stare baby, historie naszych starań. Przez ponad dwa lata pracowała za granicą, żeby zarobić na leczenie. Właśnie zmieniła klinikę; w poprzedniej przeszła dwa zabiegi in vitro. Obydwa nieudane. Przy pierwszym do transferu w ogóle nie doszło, drugi zakończył się ciążą. Jak się okazało po miesiącu – pozamaciczną. W wyniku komplikacji usunięto jej jeden jajowód. Kiedy ją poznałam, planowała kolejną próbą, pełna nadziei i wiary, że w końcu się uda. Mówiła, że do trzech razy sztuka, że to ostatni raz, bo kończą się im siły i pieniądze. Jesienią przeszła kolejny zabieg.
Pod koniec listopada dowiedziała się, że jest w ciąży.
Na pierwszym usg zobaczyli pulsujący pęcherzyk.
Kolejny miesiąc przeleżała
Tak na wszelki wypadek.
Wczoraj poszli na drugie usg.
Okazało się, że serduszko malucha nie bije.

Wiem, jak boli brak dziecka. Nie potrafię sobie jednak nawet wyobrazić, jak boli jego strata.
Ciągle o niej myślę i nie umiem znaleźć słów pocieszenia.
 Zwłaszcza teraz, tuż przed Bożym Narodzeniem. 
Co roku obie modlimy się o to samo.
Co roku jest tak samo.
 Nie ma cudu narodzin i dzieciątka w żłóbku.
Ani mojego
Ani Agi
Ani Ani
Nie ma także sprawiedliwościNie było i nie będzie.

piątek, 18 grudnia 2009

PIES A TELEFON

 Wbrew pozorom jedno z drugim ma wiele, oj wiele wspólnego.

Nasz Travisek na przykład znakomicie sprawdza się jako budzik – kiedy kundello dochodzi do wniosku, że już nawyższa pora na powstanie, wskakuje na łóżko i zaczyna nas lizać po wystających spod kołdry częściach ciała. W przypadku braku oczekiwanej reakcji, zaczyna po nich gryźć... To samo robi, ku mojej wielkiej radości, na polecenie "Budź Pana!"

 Melodyjki też potrafi piękne wyśpiewać, o czym mieliśmy się okazję przekonać, kiedy sierściuch przechodził fazę ostrego zakochania w Betty. Ale najbardziej zaskakujące podobieństwo ujawniło się podczas ostatniego wieczornego spaceru. Piesuś sobie biegał, zwiedzał, obwąchiwał podwórkowe kąty, przychodził na zawołanie, ale po chwili kontynuował obchód. Aż nadszedł ten moment, kiedy okazało się, jak wiele wspólnego ma Białas z moim sorry ericsonem. (nie mylić proszę tego badziewia z sony ericsonem, bo to nie to samo)

Travis pobiegł do swoich czworonożnych kolegów, oddalił się trochę za bardzo, więc go zawołałam. Raz, drugi, trzeci, czwarty. Reakcji brak. Zawołałam znowu. Nic.
Wtedy mnie olśniło i zrozumiałam, co się dzieje.

 Travisek po prostu, tak jak mój telefon ostatnio, stracił zasięg...

czwartek, 17 grudnia 2009

CIEKAWUSY

Łazienka, szczególnie taka jak nasza, połączona z toaletą, zazwyczaj służy celom higieniczno – intymnym. Ale nie u nas. Kiedy ma się wścibskiego męża i psa niezdrowo zainteresowanego wszystkim co się dzieje, zwłaszcza za zamkniętymi drzwiami, jej funkcja zaczyna się zmieniać. Ewoluuje w kierunku „pomieszczenia do zaskoczenia”.

Wchodzi sobie człowiek do kibelka w poszukiwaniu odrobiny samotności, a tu już się wlecze za nim ogon. Biały, na czterech łapach, bo przecież Travisek musi koniecznie zobaczyć, gdzie Pani idzie i po co. Warto się za nią potoczyć choćby na wszelki wypadek, a nóż widelec jeszcze go zostawi samego i zniknie, przepadnie. Lezie więc za mną do łazienki i jeszcze ściemnia, że mu się pić chce i koniecznie musi teraz. Zaspokoiwszy swoją psią ciekawość (vel pragnienie), opuszcza ją w najmniej odpowiednim dla mnie momencie, kiedy już się zdążę rozsiąść i rozgościć. Oczywiście drzwi nie zamykając, no bo po co?

 Pani w końcu nie królowa tylko oddźwierny, przecież se wstanie z tronu i zamknie za piesusiem. Nie tyle nawet powstanie, co zerwie się jak oparzona i potupta rączym krokiem rasowego pingwina w kierunku otwartych drzwi, wydając przy okazji wściekły okrzyk
„Travis, ty podły gnoju!”

I gdyby nie te gacie w okolicach kostek to pewnie by się zemściła na Białej Dupie, ale z nimi – nie ma szans piesuska dogonić. Haniebnie obdarta z intymności zatrzaskuje tylko drzwi z hukiem i wrzeszczy obrażona, że się w tym domu nawet nie można spokojnie skupić!!!

Wykąpać także. Ledwo woda zaszumi, już lecą dwa podglądacze paskudne, wstrętne, obrzydliwe - i jeden, i drugi. Już mordy wtykają, już zaglądają i patrzą, co robię. Zanim się obejrzę, mam towarzystwo niemile widziane, a wyjątkowo namolne i trudne zarówno do usunięcia jak i do zignorowania.

 Ledwo się ostatnio uporałam z zabiegami, co mnie od małpich praprzodków odróżnić miały, a już słyszę znajome szelesty pod drzwiami. I już mi włażą, już się pchają do łazienki dwa ciekawskie pyski, jeden za drugim. Ledwo się zdążyłam ręcznikiem owinąć, wodę z wanny wypuścić, a już pada znajome pytanie:

 - Co tam robisz ?
 - Nic nie robię – odpowiadam zgodnie z prawdą
- A co robiłaś?
- Nic nie robiłam – dopowiadam zgodnie z nieprawdą.

Ale jeden rzut wścibskiego oka na dowody rzeczowe, których nie zdążyłam spłukać, wystarczył, by krótkim nóżkom mojego kłamstewka haka podłożyć:

Tak??? Nic???
 To dlaczego wanna wygląda, jakby ktoś topił jeża????

środa, 16 grudnia 2009

KONFLIKT INTERESÓW


Ja jestem stworzeniem ciepło, a mój mąż zimnolubnym.
W związku z tym trwa nieustający konflikt interesów w naszej małej, małżeńskiej koalicji.

On otwiera okno. Ja piszczę, że zimno i lecę zamykać. Ja ciągnę ukradkiem dodatkowy kocyk do łóżka, żeby się nim opatulić po same uszy. On go usuwa z kołdry jednym, celnym kopnięciem i warczy na mnie, że i bez niego jest za gorąco. On wystawia obiad na balkon, żeby mu ostygł, ja ukradkiem zabieram go z powrotem do kuchni i podgrzewam, bo dla mnie jest za zimny. Ja marzę o wakacjach w ciepłych krajach, a ślubny przebąkuje coś o wyjeździe do Skandynawii. Ja jesienią ubieram się na cebulkę, zakładam kurtkę i czapkę, a on w listopadzie wciąga na grzbiet podkoszulkę z krótkim rękawem i idzie z psem na spacer. On się tapla przez okrągły rok w otwartych zbiornikach, w których temperatura wody nie przekracza kilku stopni, a ja do wanny leję niemalże... ukrop.
Uwielbiam gorące kąpiele. Tak się zanurzyć w pachnącej pianie, powoli, nieśpiesznie, bo trochę parzy, trzeba się przyzwyczaić do temperatury, żeby sobie potem poleżeć w stygnącej powoli wodzie i wygrzać się za wszystkie czasy…. Cudowne uczucie.
Konflikt interesów przybiera na sile, kiedy postanawiamy wykąpać się razem.
Tak jak wczoraj.
Odkręciłam kurek, wanna zaczęła się powoli wypełniać parującą wodą, kiedy do łazienki wkroczył on, krzyżówka pingwina z morsem. I rozdarł się jak stare gacie:

- Czy ty zawsze musisz lać (w oryginale: „napier*dalać” :-) ten wrzątek do wanny????!!!
Koguta będziesz skubać??!!???

poniedziałek, 14 grudnia 2009

PANIENKA

Znajoma znajomej ma do oddania labkę. Półtoraroczną, biszkoptową panienkę. Wyjeżdża z chłopakiem na stałe do Anglii, więc szuka jej nowego domu. Nie rozumiem, jak można oddać własnego psa, ale nie o tym chciałam.

Kiedy usłyszałam tę nowinę, oczęta mi się zaświeciły jak choinkowe lampki w wigilijny wieczór. Oczyma wyobraźni już widziałam dwa biszkopciki w naszym domu. Wróciłam do chaty i jazda dręczyć ślubnego – weźmy ją, przygarnijmy, Travisek będzie miał towarzystwo, nie będzie mu się nudziło, kiedy będzie siedział sam w domu, będzie się miał z kim bawić, pofiglować...  Wybrałam z całego mojego repertuaru najsłodszą z min, dorzuciłam proszące oczęta, wyszeptałam cichutko „Zgódź się Misiuniu...”.
I czekam na reakcję.
A mężyk się tylko uśmiechnął, żeby nie powiedzieć - zarechotał i mówi:

-  Kochanie, oszalałaś? Chcesz ją zostawić samą w domu z Travisem? To tak, jakby ją oddać do agencji towarzyskiej...

Mina mi zrzedła. Co fakt, to fakt.
Ale miałaby tylko jednego klienta...
A jaki byłby szczęśliwy!!!
 

niedziela, 13 grudnia 2009

GOŚĆ

Czasem patrzę na licznik odwiedzin i zastanawiam się, kto tutaj zagląda. Większość gości pewnie pozostanie tylko zmieniającą się cyferką. Niewielką ilość osób poznałam (tak trochę) dzięki korespondencji mailowej, część ujawniła się w komentarzach, a jeden osobnik – ku mojemu niebotycznemu zaskoczeniu – objawił się w moim własnym domu!!! I nie chodzi mi tu wcale o psa – Travisa. Okazało się, że bodaj najwierniejszym czytelnikiem tego bloga jest mój własny, zakontraktowany mąż. Długo żyłam w  błogiej nadziei, że może jednak nie zagląda, ale sam się ujawnił ostatnio. Gadzina... Z własnej, nieprzymuszonej woli. Ni z gruchy, ni z pietruchy oznajmił mi:

-        Zobaczysz, Travis nasra Ci do buta za to, że mu obsmarowałaś na blogu Ukochaną Betunię ....

Groźbą się nie przejęłam, bardziej faktem, że Gadzina wie to z mojego posta, czyli musiał go czytać!!! 
 Ale na wszelki wypadek zajrzałam dziś rano do kozaczka zanim go wzułam na kopytko...

środa, 9 grudnia 2009

SŁOWO PISANE

Wierzcie słowu pisanemu. Ja je zignorowałam i teraz wychodzę ze skóry. A wisiała na solarium kartka z informacją „nowe lampy”, wisiała…
Po pięciu minutach zrobiło mi się gorąco, ale olałam sprawę. Stwierdziłam, że trochę słońca w zimie, po miesiącu przerwy dobrze mi zrobi. Wypełzam po dziesięciu i z miejsca zaczęłam się czochrać jak pies Travis po powrocie ze wsi. Wieczorem odkryłam, że gaciowy róż jako kolor mojej skóry stracił na aktualności na rzecz purpurowej piwonii. W sobotę rano musiałam w trybie przyśpieszonym nabyć i narzucić na mój biedny grzbiet luźny, bawełniany wór pokutny, zamiast tradycyjnej, koszulowej bluzki. Na pytające spojrzenie mojego szefa, mocno zdziwionego moim mało kierowniczym wyglądem, odpowiedziałam: „Albo ta, albo żadna”. Bluzka ma się rozumieć.
Dobrze, że nie wybrał drugiej opcji.

niedziela, 6 grudnia 2009

ZAKOCHANY KUNDEL

Białas się zakochał. Na zabój. A raczej na zawyj. Się. Niewiele mu już brakuje.
Schudł, żreć nie chce, w mordę niczego nie weźmie poza plasterkiem szynki, a i to jednym zębem i z łaską. Siedzi w oknie balkonowym całe dnie z nosem przyklejonym do szyby i tęsknym wzrokiem zerka na spacerujące pod blokiem psiaki. Czeka, aż się pojawi.
Ona. Jedyna, wybrana, wymarzona.
Betty.

Jak na mój ludzki gust – skrzyżowanie hieny z kaczką. Mała amstafka na pokracznych łapkach, z klapniętym uchem, grzbiet jak blat stolika, a na dodatek uparta jak muł. Pomyślałabym, że nasz Białasek oślepł, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że wręcz przeciwnie, raczej wzrok mu się wyostrzył. Kiedy tylko jego Wielmożność Księżniczka Betty raczy łaskawie zamajaczyć w oddali, nawet gdzieś  bardzo daleko, na krawędzi skwerka, zaczyna się psi alarm:

Jest!!! Uuuuu...!!! Przyszła!!! Ja też chcę wyjść!!! Uuuuu...!!! Już!!!! Teraz!!! Natychmiast!!! Uuuuuuu...uuuu....

Dla podkreślenia tragizmu swojej sytuacji – no, cóż, kundello nie opanował jeszcze sztuki samodzielnego otwierania drzwi (na szczęście), biega biedaczysko od okna do wyjścia, tam i z powrotem, tam i z powrotem. I wyje jak opętany, i skomli, i piszczy, i jojczy, i płacze, aż  serce i łeb pęka.

W związku z powyższym pojawił się w naszym programie dnia nowy punkt: spacer na żądanie. 
Wygląda to następująco: Biała Dupa siedzi w oknie i obserwuje podwórko. Kiedy pojawia się na nim jego ukochana, podnosi rozpaczliwe psie larum, którego na dłuższą metę znieść się nie da. Uciszyć także. Bierzemy więc smycz i niezależnie od pory dnia i nocy idziemy na spacer, to jest - na spotkanie z Betty. No właśnie, "nocy". Pan amstafki ma uroczy zwyczaj wychodzenia z nią na spacer po powrocie z pracy. Niby żaden problem, gdyby nie to, że Białas monitoruje skwerek przez okrągłą dobę, a sunia pojawia się na nim o szóstej piętnaście... Rano. I nie umyka to niestety wyostrzonej, traviskowej uwadze.

Co oczywiście oznacza rozpoczęcie koncertu. Dzisiejszy dzień nie był wyjątkiem. Żadne argumenty nie pomogły. Żadne „przestań”, „ciszej”, „uspokój się”... W końcu wstałam i mówię do niego wprost i dosadnie:

-         Zamknij się, jak kocha to poczeka!!!
A Travis w odpowiedzi na to jak nie huknie na mnie rozżalonym basem:
-         WOW, WOW!!!!
No przegięcie, być obszczekanym przez własnego psa, który najwyraźniej mi...
pyskuje!!!
Więc znów mu mówię:
-         Słyszałeś, co do Ciebie mówię? ZAMKNIJ SIĘ!!!!
-         WOW, WOW!!!!
Sięgnęłam więc po argument najcięży:
-         Jak się nie zamkniesz, to ci utniemy jajka!!! Zobaczysz!!!
-       WOW, WOW, WOW, WOW, WOW!!!!!!!!!!

Chyba się przejął.
Ale niezupełnie o taką reakcję mi chodziło...

Dobrze, że w odpowiednim momencie wkroczył obrońca uciśnionych, czyli piesusiowy Pan i zabrał biedne, nieszczęśliwe zwierzę na spotkanie z ukochaną. Bo byłam o krok od spełnienia swojej groźby. O szóstej rano mam wyjątkowo niską tolerancje na popisy wokalne zakochanego kundla, choćbym go nawet kochała najbardziej na świecie...

sobota, 5 grudnia 2009

NIEOKREŚLENIE

Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie mogę się ogarnąć i zebrać do kupy. Za coś się biorę i odkładam. Łapię się i zaraz puszczam. Zaczynam czytać książkę i nie kończę, sięgam po kolejną i znów to samo... Siadam do komputera, piszę i po kilku zdaniach przestaję, a potem kasuję.
Coś wisi w powietrzu. Chyba nie tylko nad moją głową. Moje ulubione blogi w sieci ogłaszają abdykację i upadłość, w najlepszym przypadku – przerwę techniczną.  Albo straszą brakiem nowych wpisów. Snuję się więc po sieci, jak smród po gaciach, bez celu, sensu i wyraźnych efektów. Grzebię w pustej poczcie. Szukam, do różnych drzwi pukam i nie znajduję. Rozlewam się, rozmieniam na drobne i rozpadam, starając się jednocześnie robić dobrą minę do złej gry.
Tłumaczę sobie, że to wszystko przez tą porę roku i pogodę, staram się coś działać, ogarniać się, składać i stawiać na nogi. Bez wyraźnych efektów. Kółko się zamyka i wracam do początku. Kręcę się w kółko jak pies za własnym ogonem. Toczę siłą rozpędu. Próbuję się ustawić do pionu, który zaraz zaczyna się chwiać. Sama sobie zaprzeczam.
 Szukam nie wiem czego i gubię nie wiem co.

środa, 2 grudnia 2009

KOPNIĘTY PIES

Odkryłam, że Wojas jest firmą przyjazną psom – dają do nowych butów dodatkową parę sznurówek! Jakby doskonale wiedzieli, co Białas zrobi z tymi już zainstalowanymi. Dla niedoinformowanych: zeżre. Prędzej czy później, osobiście wolę oczywiście nie gubić butów po drodze, ale z faktem, że zostaną wypatroszone, już się dawno pogodziłam. Do wszystkiego się w końcu człowiek może przyzwyczaić. Musiałabym sznurować buty kablem elektrycznym, na dodatek pod napięciem, żeby ich nie tknął. Białas te ostatnie omija szerokim łukiem, co świadczy o tym, że pamięć ma dobrą.

Bo nie zawsze tak było. Gdy był jeszcze szczeniakiem, przewody należały do stałych składników psiego menu. Zeżarł dwie ładowarki, przegryzł kabel od monitora przy komputerze, od listwy zasilającej, zdemolował kilka przedłużaczy. Doszło do tego, że kiedy zostawialiśmy psiaka samego w mieszkaniu, musieliśmy wyłączać wszystko z prądu z obawy przed jego małymi, wszędobylskimi zębami. Działo się tak do momentu, kiedy Białasek na własnej skórze przekonał się, dlaczego nie należy gryźć kabli. Zwłaszcza pod napięciem.

Siedzieliśmy sobie i oglądaliśmy jakieś filmidło, piesek coś tam grzebał za szafką, gdy nagle coś trzasnęło, strzeliło, światło przygasło, telewizor się wyłączył, a nasz labuś wyskoczył jak oparzony na środek pokoju. I zaczął ujadać piskliwym, szczeniakowatym głosikiem na niewidzialnego potwora, co go właśnie kopnął w mordkę. Po dokonaniu rutynowej inspekcji odkryliśmy, że gnojek przegryzł kabel od włączonego telewizora. Na szczęście nic mu się nie stało, ale konsekwencje tego zdarzeni odczuwamy po dziś dzień.

 Mamy kopniętego psa :-)

piątek, 27 listopada 2009

PSIA KASZANKA

Żryj to!!!!
………………..
Żryj to, słyszysz?!!!!
…………………….
Już Ci się w dupie poprzewracało!!!!
Żryj, albo dostaniesz w łeb!!!
Taki dialog obudził mnie rano. Zaintrygowana wylazłam z sypialni i zajrzałam do kuchni, gdzie w ten niepozbawiony uroku sposób mężyk próbował namówić piesusia do zjedzenia…uwaga! - kości. Świeżej, pachnącej, z dużym kawałkiem mięsa, po którą ślubny specjalnie poczłapał do sklepu. I pełnym wyrzutu gestem podtykał ją pod nos swojemu lekko rozczarowanemu pupilowi, który siedział przed nim, nieufnie obwąchując pańciochową darowiznę, a na pysku miał wypisane stwierdzenie:
...te wędzone, co ostatnio mi przyniosłeś, były lepsze…
 Aby się zrehabilitować w oczach Białej Dupy i przede wszystkim - wynagrodzić mu moją kilkutygodniową nieobecność, zaserwowałam mu na obiad wędzone udko z kurczaka. Schrupał z przyjemnością, wrócił do kuchni i zaczął się do mnie łasić. Tak przynajmniej myślałam do momentu, kiedy zorientowałam się, że obcieranie łba o moje spodnie ma dla pieska tylko i wyłącznie znaczenie higieniczne. No przyszedł sobie mordę wytrzeć, dupek jeden!
Mąż z kolei otworzył swoją ze zdziwienia, kiedy powiedziałam mu, jakim specjałem uraczyłam pieska – nawet mu kazał chuchnąć na dowód. Oj widać było, że mu żal ściska tylną część ciała, że taki smaczny kąsek dostał się Traviskowi, a nie jemu.
Choć bywało i odwrotnie. Kiedyś kupiłam naszemu pupilowi kaszankę - taką najtańszą, w grubym flaku i wrzuciłam do pojemnika w lodówce, tam, gdzie zawsze trzymamy psie żarcie. Po czym przepadłam na dwa dni w pracy. W poniedziałek zadzwonił do mnie rozżalony mężyk i zaczął jojczyć: 
-Niuniu, ugotuj coś  końcu, w domu nie ma nic do jedzenia, od trzech dni jem tylko jakąś kaszankę….

czwartek, 26 listopada 2009

NAROŻNIK

Nasz pies jest na tyle sympatyczny i uprzejmy, że nie gryzie mebli ani ścian. Wdzięczna mu jestem za to niezmiernie, bo łatwiej kupić nowe buty niż kanapę do salonu. Ale jak powszechnie wiadomo, od każdej reguły są wyjątki. Także nasz pies je ma - wziął się więc jakiś czas temu za twórczą obróbkę prawego narożnika przy drzwiach wyjściowych. Linia prosta mu najwyraźniej nie odpowiadała, więc postanowił ją przerobić na krzywą i szarpaną.
Nigdy wcześniej go co prawda nie przyłapaliśmy na gorącym uczynku, ale wszystkie dowody wskazują na czyny udział Białej Dupy w tej akcji. Najpierw na ścianie pojawiały się delikatne zadrapania, coś niby na kształt śladów psich zębów, potem z dnia na dzień robiły się coraz głębsze i głębsze… W końcu naszym oczom ukazał się aluminiowy kątownik. Myśleliśmy, że powstrzyma to tajemniczego sprawcę, ale nie doceniliśmy jego determinacji.
Aktualnie dogryzł się już do muru, kto wie, ile czasu mu zajmie przegryzienie się na korytarz. W końcu to pracowita psina, tyra ciężko nawet nocą - wróciłam ostatnio z pracy o bardzo nieprzyzwoitej godzinie, otworzyłam cichutko drzwi, żeby nie obudzić mężyka i zobaczyłam  na własne oczy jak piesek pracowicie zeskrobuje gips ze ściany. Bardzo był zdziwiony moim nagłym pojawieniem się i wyraźnie zawstydzony, że go nakryłam w tak kompromitującej sytuacji, całym sobą zdawał się zaprzeczać faktom oczywistym, kiwał kitą i łasił się do mnie, jakby mówił: „Ale to nie moja morda…” .
 Kilka razy próbowaliśmy zakleić dziurę, ale nie mijało nawet kilka dni, a Białas doprowadzał narożnik do stanu wyjściowego. Daliśmy więc sobie spokój, zwłaszcza, że odkryliśmy, czemu to robi. Główną przyczyną jest to, że… urósł.
Miejsce pod drzwiami to jedna z jego ulubionych lokalizacji – gres przyjemnie chłodzi psi tyłek, a do tego doskonale słychać, co się dzieje na klatce schodowej. Spał we tej wnęce już jako szczeniak, ale wtedy narożnik go kompletnie nie interesował. Ale z czasem Białasek zwiększyłs woje gabaryty i zaczął potrzebować więcej miejsca.
Wygryzł więc narożnik, bo mu przeszkadzał - łeb mu się przestał we wnęce mieścić

środa, 25 listopada 2009

ODDECH

W końcu mam wolny dzień.
 Pierwszy od dobrych kilku tygodni, kiedy w związku z pracą wpadłam (jak śliwka w kompot) w nowe obowiązki, w sprinterskie tempo życia i w sprawy do załatwienia, rozmnażające się przez pączkowanie. Do domu wracałam tylko na noc. Jeszcze trochę i mój własny pies zacząłby na mnie szczekać. Co mu się dziwić, został w końcu zredukowany do pozycji w terminarzu, o czym nieopatrznie powiedziałam meżykowi. Jakoś tak mimochodem przyznałam się mu w rozmowie, że musiałam sobie zapisać, że mam kupić sierściuchowi jedzenie. Co natychmiast zostało wykpione z sarkastycznym wdziękiem:
- Słyszałaś Travis? Pani sobie musi ustawiać przypomnienie,że ma psa…
Chyba powinnam sobie też zapisać, że mam męża :-(

piątek, 20 listopada 2009

ZMĘCZENIE

 
Jestem tak zmęczona, że nawet nie mam siły o tym pisać.
Wstaję o siódmej, idę do pracy, wracam po północy, biorę prysznic, idę spać. I tak codziennie. Najprzyjemniejszym i najbardziej wyczekiwanym momentem mojego dnia stał się późny wieczór, kiedy w końcu mogę odpocząć, kiedy zawijam się w kołdrę i przytulam do szerokich, ciepłych pleców mężyka. Chociaż to delikatnie powiedziane. Wczoraj na przykład runęłam (na łóżko) jak stara szopa. Dobrze, że nie obok. Zasnęłam, zanim dołączył do nas pies.
Przegapiłam przez to moją ulubioną chwilę wieczoru, ten moment, kiedy gasimy światło i w mieszkaniu zapada cisza. Mężyk zwykle szybko zasypia, ja jeszcze czytam przy lampce, kiedy Biała Dupa orientuje się, że czas przeparkować tyłek na właściwe miejsce. I już po kilku minutach zaczynają delikatnie szurać psie pazury po drewnianej podłodze, a w drzwiach sypialni ukazuje się znajoma morda, z której wystaje... kolejna morda.
Nasz sierściuch bowiem przynosi ze sobą zawsze swojego najlepszego kumpla, czyli… Dinusia. Jeden zgrabny sus i Travis, niby przypadkiem, niby od niechcenia wskakuje na łóżko. Z cichym westchnieniem zwala tyłek na kapę, kładzie sobie gumowego przyjaciela obok siebie, zwija się w kłębek i zasypia. Zwykle gaszę wtedy lampkę i idę w psie ślady.

Lubię ten moment. Kiedy nasza mała rodzina „kompletuje” się w sypialni, gdy słychać wniej równy oddech mojego męża i psie posapywanie.
Dobrze mi wtedy.

No może za wyjątkiem chwil, kiedy wieczorną ciszę rozdziera nagły, przeraźliwy pisk gumowego dinozaura, naciśniętego przez przypadek lub z premedytacją. Ale z czasem przeszłam nad tym do porządku dzielnego. Doszłam do wniosku, że tak widać musi być, z bardzo prostej i logicznej przyczyny - bo każdy z nas kogoś ma:

Ja mam mężyka.
Mężyk ma psa.
Pies ma Dinusia.
A Dinuś? No właśnie, Dinuś? Zasępiłam się na moment i nawet zrobiło mi się trochę przykro, że biedny gumiak nikogo nie ma, zdążyłam już nawet dojść do wniosku, że pewnie czuje się samotny, kiedy odkryłam, że jednak kogoś ma.

Dinuś ma piszczałkę :-)

sobota, 14 listopada 2009

PANZERRPIZZA

Ja się chyba na dobre rozstanę z gotowaniem… Zrobiłam pizzę. Domową, pachnącą, ponoć bardzo dobrą. Tylko spód wyszedł mi nieco twardawy. Ale będę się trzymać wersji, że był po prostu chrupiący. Do tego micha sosu czosnkowego, moje dwie domowe mordy aż się oblizywały. Ale kiedy mężykowy nóż zazgrzytał po talerzyku raz, drugi, trzeci... na jego twarzy wypłynął charakterystyczny, złośliwy uśmieszek. I już wiedziałam, że się zaraz zacznie nabijanie z mojego antytalentu kulinarnego. Ale nie, wytrzymał do rana, dziwne, chory czy co?
Zasiedliśmy do śniadania, uprzednio niezdecydowany pasibrzuch pogrzebał trochę w lodówce, połaził po kuchni i nagle mu się przypomniało, że mamy przecież resztki wczorajszego obiadu. Więc mówi:

- Dawaj tę pancerpizzę.
Zaczęłam nieśmiało protestować i zaprzeczać – że wcale nie jest taka twarda… Ale argument mojego męża stłumił wszystkie moje protesty w zarodku:
            -Kochanie, gdyby nasz auto miało taką twardą blachę, to nie byłaby potrzebna ostatnia napawa. Rdza nie dałaby rady - nie ma noża...

piątek, 13 listopada 2009

KŁÓTNIA

Znowu się pożarłam z mężykiem. Kłótnia przebiegała w absolutnej zgodzie z naszą związkową tradycją, czyli ja mówiłam, a on milczał. Ten układ ma swoje zalety i wady, do tych ostatnich należy niestety tak zwany efekt Corega Tabs.
Niepowstrzymywana żadnymi argumentami, czy też zwykła ludzką dyskusją, rozpędzam się coraz bardziej, by w końcu uderzyć z siłą wodospadu. A zaczęło się od kropelki. Bo nawet dupy nie ruszył z kanapy. Ani jeden, ani drugi. No, żeby się przywitać. Nawet na psa nie można w tym domu liczyć. Ani buziaka nie dał, ani mordy nawet nie otworzył; kundlowego, nędznego szczeknięcia nie biorę pod uwagę.
Zostałam w ten mało finezyjny sposób ukarana, bo musiałam iść do pracy jedenastego listopada, jakby to samo w sobie nie było wystarczająca karą. Normalnie miała miejsce obraza majestatu! Jakby się sama na ochotnika zgłosiła, jakbym się pchała na siłę i napraszała.
Musiałam. Bywa. Trudno.
Jak widać także zrozumieć.
Urwałam się wcześniej, przybiegłam, przytuptałam radośnie do mężyka, a tu foch i milczenie na dzień dobry. No to mi się spiętrzyło i wodospad runął. Że nawet się nie przywitał, że milczy i tradycyjnie nic mu nie jest, że ze mną nie rozmawia, że go nie interesuję, że nie okazuje mi uczuć.
Ta sama zdarta płyta. Choć jej nie lubię, znów ją włączyłam. Zdałam sobie z tego sprawę kilka godzin później. Żeby uporządkować swoje rozdygotane wnętrze zaczęłam porządki na zewnątrz: w celach terapeutycznych wysprzątałam łazienkę na wysoki połysk.
Pomogło. Przy okazji ze zdziwieniem odkryłam, że kafelki na podłodze jednak są brązowe. Duch Einsteina się we mnie obudził i odkryłam jeszcze coś: że jednak mój mąż okazuje mi uczucia.

Najwięcej uczucia cierpliwości.

środa, 11 listopada 2009

METATEKST SAMOKRYTYCZNY

Zastanawiam się, jak długo wytrwam w postanowieniu pisania bloga. Szczerze mówiąc – nie wiem, bo ostatnio coraz wyraźniej widzę, że piszę słabiej. Jakoś nie mam siły, weny i energii na natchnione refleksje i głębokie analizy. A nie zmienia to faktu, że reprezentuję ten nieszczęsny typ osobnika, który albo robi to, co robi dobrze, albo wcale.
Najbardziej dobiło mnie ostatnie polecenie onetu, no masakra, schodzą na psy, choć do tych sympatycznych stworzeń nic akurat nie mam, jak i do samego portalu. Dokładnie rzecz biorąc schodzą na strusie. To był mizerny tekścik. Takim podstawowym poziomem samokrytyki i autorefleksji jestem się w stanie wykazać nawet przy moim obecnym poziomie zmęczenia.
 
Wiem, czym jest dobry tekst w moim wykonaniu. Ten o udomowionym ptaszysku na pewno do tego szacownego grona nie należy, ba, nawet nie ma pojęcia, że ono istnieje. Jak większość moich ostatnich notatek, niestety. Drobne scenki, śmieszne sytuacje, zapiski, ot, proza życia. Trochę to wina wewnętrznej cenzury, nie jestem w stanie jej pokonać. Nie należę do zwolenniczek wywalania parujących bebechów na wierzch i publicznego grzebania się we własnych kiszkach. Chociaż kusi mnie czasem, żeby tak sobie zasiąść i pooglądać własne wnętrze na forum publicznym. Tak dorwać się do klawiatury, zaprezentować z mało znanej strony i oświadczyć z zaskoczenia: „Proszę Państwa, oto moje jelito grube z zawartością, obok pusta macica, a dalej owrzodzony żołądek”. No, co stresy i jedzenie w biegu robią swoje!
A ja ostatnio pędzę, coraz szybciej i nie potrafię się zatrzymać. W związku z tym, coraz bardziej brak mi czegoś głębszego, jakiejś refleksji, uogólnienia, chwili zastanowienia. Nie tylko na piśmie. Coraz więcej na moim blogu tekstów nienapisanych. Pomysły pojawiają się, czasem nawet coś z nich wyrasta, wykluwa się, a ja zostawiam je samym sobie, myślę sobie – zaczekają przecież, wrócę do nich, lecę dalej, bo ciągle się gdzieś śpieszę, pędzę. A potem się dziwię, jak rolnik nad padliną prosięcia, że tak dobrze żarło, a zdechło.
Nie mierzę wartości mojej pisaniny ani ilością komentarzy, ani gwiazdkami onetu. Owszem, te ostatnie mile łechczą kobiecą próżność, ale pod jednym warunkiem – że są warte wyróżnienia. Ten nie był. Zdecydowanie. Czekam więc, aż zaspana morda Białej Dupy w końcu spadnie ze świecznika i przestanie świecić swym mizernym blaskiem na tym firmamencie onetowej chwały. Choć w przypadku tego tekstu – raczej chały, jak mi podpowiada przeuprzejma autokorekta w wordzie. Coś jest na rzeczy, skoro nawet maszyna się poznała.

niedziela, 8 listopada 2009

NIEDZIELNIE

Wiadro zimnej wody na głowę… dziś dowiedziałam się, co to znaczy.  Dosłownie. Nie w przenośni.
Pojechaliśmy sobie z mężykiem i psiutem na baseny termalne. Taka kąpiel w ukropie, na dodatek na świeżym powietrzu – miodzio. W związku z tym, że karnet obejmował także wejście do centrum spa and wellnes, poleciałam wygrzać tyłek w saunie. Ślubny powlókł się niechętnie i uciekł po pięciu minutach. A po wyjściu namówił mnie na wizytę pod fińskim cebrzykiem, używając argumentów nie do odparcia - swojej siły... Po prostu mnie pod niego wepchnął i pociągnął za łańcuch. Bardzo śmieszne. Niestety nie udało mi się zachować zalecanej w ośrodku ciszy.  Bardzo mi się nie udało…
Psiut też zażył zimnej kąpieli; chociaż karnet nie obejmował wejścia dla czterołapych gości, poradził sobie doskonale. Spuszczony ze smyczy w przyzamkowym, przepięknym, olbrzymim i mocno już jesiennym parku, bezbłędnie namierzył staw pokryty rzęsą. Już był w ogródku, już witał się z gąską, gdy nagle wpadł…. zatrzask od smyczy w oczko przy obroży i jednym mocnym szarpnięciem zamiary wodołaza zostały unicestwione. Nie na długo. Woda przyciąga go jak magnes opiłki żelaza. Kiedy swoim wewnętrznym, psim gps-em namierzył przepływającą nieopodal rzekę, nic już go nie było już w stanie powstrzymać, tylko się suche liście zakotłowały. Mówię mężykowi:
- Złap go, bo zaraz się wykąpie
- Nie wykąpie się
- Wykapie się, przecież go znasz
!
- Nie wykąpie się… - na potwierdzenie tej śmiałe jtezy naszym oczom objawił się pies cały ociekający wodą - …bo już się wykąpał… ?
Sierściuch całys zczęśliwy ruszył, żeby zatoczyć kolejną rundę po parku, a ja pomyślałam sobie, że kąpiel, a może sam woda ma magiczne właściwości. Oczyszcza, ale nie tylko ciało. Coś ze mnie po tej wizycie spłynęło: kłopoty, problemy, smutki i żale. Czuję się lżejsza, spokojniejsza, jakbym zbędny balast zostawiła w wodzie…
Jedyne czego niel ubię w związku z wodą, to spacerów z psem w deszczu. Musiałam na taki dziś wyjść z Travisem, wróciłam szybko, zdjęłam buty, odwiesiłam kurtkę do szafy i już miałam się zabrać za wycieranie psich łap, kiedy odkryłam ze zgrozą, że piesuś poradził już sobie sam. Całkowicie sam. Zdolna bestia.
Tylko jak mu wytłumaczyć, że używa przedmiotów niezgodnie z przeznaczeniem? Zwłaszcza że, jak zapewne słusznie podejrzewam, robi to z premedytacją? 
Ten Biały Dupek znowu „pomylił” moją kołdrę z wycieraczką.

sobota, 7 listopada 2009

JAK ZDAWAŁAM MATURĘ


Dawno to było. Oj dawno. Za górami, za lasami, w moim rodzinnym miasteczku, w wielce szacownym liceum z tradycjami. W czasach, kiedy szczęśliwy maturzysta mógł sobie swobodnie wybrać drugi przedmiot do zdawania. No bo wiadomo co z pierwszym, wżdy postronni znają, że Polacy nie gęsi i swój język mają. Polski był i jest obowiązkowy, i bardzo dobrze, mam nadzieję, że to się nigdy nie zmieni. Żal mi jednak, że modyfikacji uległa forma egzaminu, że zastąpiono testem tradycyjne wypracowanie, które ja w swoim czasie musiałam napisać. Posługiwać się piórem umiałam całkiem przyzwoicie, toteż podeszłam do egzaminu maturalnego na zrozumiałym luzie i bez specjalnego przygotowania.
Pamiętam, że wstałam o szóstej, a ranek był rześki, wiosenny. I że pies mi przy śniadaniu wylał kubek herbaty na spodnie, tak intensywnie domagał się uwagi i pieszczot. Szłam do szkoły mokrym chodnikiem, a kasztany kwitły i pachniały jak oszalałe. Wyszłam z egzaminu raczej zadowolona, nie liczyłam na cuda, ale w pierwszym porywie optymizmu uznałam, że na czwórkę, no może z małym plusem, mogę liczyć. Wróciłam do domu, zaczęłam powtarzać materiał, powtarzać, powtarzać i… płakać. Ponieważ nagle i niespodziewanie odkryłam, że ja… nic nie umiem! Naprawdę!
Chodziłam w kółko po kuchni i ryczałam jak ranne zwierzę... Wpadłam w histerię. Mama zaalarmowana moim bekiem przybiegała z pokoju. Najpierw na mnie nakrzyczała, a potem już tylko siedziała na krześle i paliła papierosa za papierosem, obserwując mnie z kamienną twarzą. Rozpaczliwie próbowała skłonić mnie do zmiany decyzji. Prośbą, groźbą, szantażem i błaganiem. Bowiem oznajmiłam, że na egzamin… nie idę. Bo nic nie umiem. A nie ma się co kompromitować, skoro i tak nic nie napiszę. Lepiej się pouczyć przez dwa miesiące i iść od razu na poprawkę. Logiczne, prawda? Postanowione i już, nic do mnie nie trafiało, żadne tłumaczenia.
Mama bladła i zieleniała na zmianę, a ja ryczałam nadal, żadne argumenty do mnie nie docierały, zaparłam się czterema kopytami w ziemię. Nie pójdę i już. Bo nic nie umiem. Miałam szóstkę z historii? No miałam, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo nic nie umiem. Jeździłam na olimpiady? No jeździłam, ale to nieistotne, bo przecież nic nie umiem!!! A skoro nic nie umiem, to nie idę!!! Bo nie! Bo nic nie umiem! Buuuu!!!!
I tak w kółko kilka godzin…
Opamiętałam się jakoś przed północą, ulegałam  końcu żarliwym namowom mojej mamy i zawarłyśmy kompromis: pójdę na maturę z historii, żeby jej udowodnić, że naprawdę nic nie umiem. Najwyżej wyjdę po odczytaniu tematów. Poszłam. Mama razem ze mną. Czekała na ławeczce pod szkołą kilka godzin, kończąc w międzyczasie palić trzecią paczkę papierosów. A na mnie przed drzwiami sali czekał kolejny, podstępny kryzys: oświadczyłam historykowi, że ja jednak nie wchodzę, bo nic nie umiem. W odpowiedzi usłyszałam jednak tylko bardzo niepedagogiczne stwierdzenia o bardzo krótkiej treści i bardzo czytelnym przekazie: „Nie pierd*ol”. I zostałam wepchnięta do środka. Kiedy egzaminator rozrywał kopertę z zagadnieniami, przestałam oddychać. Na jakieś pięć minut, mózg mi się na szczęście nie uszkodził. Pierwszy, drugi, trzeci temat.… Odetchnęłam. Z ulgą.
Chwilowy niedobór tlenu widać otworzył jakaś tajemniczą klapkę w moim mózgu i opowieść o problemach gospodarki polskiej w latach 1918 – 1939 popłynęła szerokim strumieniem na papier. Po dwóch godzinach, kiedy zaczęli wypuszczać pierwsze sztuki na wizytę u Wujka Cześka, wyszłam i kiwnęłam mamie z daleka głową, że jednak piszę, chroniąc ją tym drobnym gestem przed niechybnym zawałem.
Oddałam prace jako jedna z ostatnich maturzystek, z męczącym poczuciem, że nie wyczerpałam tematu. Ale byłam jednocześnie przekonana, że raczej powinnam zdać. Kołatała mi się w głowie nieśmiała nadzieja na czwórkę z plusem.

Potem były cztery długie tygodnie oczekiwania na wynik.
 Kiedy minął pierwszy tydzień, doszłam do wniosku, że zarówno z polskiego, jak i z historii czwórka mi spokojnie wystarczy i będę się bardzo cieszyć, kiedy je dostanę. Oczywiście powiedziałam o tym mamie. Przejęła się trochę, ale uznała, że to przecież dobra ocena.
Kiedy minął drugi tydzień, mój optymizm zdecydowanie się zmniejszył, a w końcu oklapł zupełnie, uznałam, że na czwórki z obydwóch przedmiotów nie mam absolutnie żadnych szans i będę bardzo zadowolona ze zwykłych trójek. Oczywiście opowiedziałam o tym mamie. Zaczęła się niepokoić, ale stwierdziła, że to też ocena.
Kiedy minął trzeci tydzień, zaczęłam szlochać po kątach. Odkryłam bowiem błąd ortograficzny w wypracowaniu i pomyłkę w opisie reform Grabskiego, co spowodowało, że byłam skłonna zadowolić się z obydwu przedmiotów nawet oceną mierną. Oczywiście powiedziałam o tym mamie. Zaczęła odpalać papierosa od papierosa i obgryzać paznokcie, ale doszła do wniosku, że ocena w sumie nie ma znaczenia.
Kiedy minął czwarty tydzień, wypełniony przeze mnie skrupulatnym doszukiwaniem się kolejnych błędów i usterek w obydwóch pracach maturalnych, przerywany już tylko całkiem jawnym szlochaniem, doszłam do smutnego wniosku, że jednak nie zdam. Oczywiście powiedziałam o tym mamie. Przestała spać i się do mnie odzywać, na temat tej oceny nie powiedziała nawet słowa.
Na wyniki matur szłam jak na ścięcie, z grobową miną. Kiedy z nich wracałam, miałam jeszcze gorszą, bo wiedziałam, że o ocenach muszę powiedzieć mamie. Nie miałam pojęcia, jak ją na to przygotować, jak jej to przekazać, serce mi tłukło i dygotało ze strachu, tak bardzo bałam się jej reakcji. Mama dopadła mnie bramie, ja wchodziłam, ona akurat wychodziła, leciała biegiem do autobusu, zatrzymała się więc tylko na moment i szybko zapytała:
- I jak, zdałaś?
- Zdałam
… odpowiedziałam smutno.
- Co dostałaś z polskiego?
- Piątkę
-A z historii???
- Też piątkę…
…..
- ALE DOSTANIESZ WPIER*DOL!!!! 

To były najoryginalniejsze gratulacje, jakie usłyszałam z okazji zdanej matury :-)

czwartek, 5 listopada 2009

ŁOLABOGA!

Łolaboga, gwałtu, rety, co się dzieje… matematyka ma być obowiązkowa na maturze! Nie wiem, kto wpadł na ten genialny pomysł, ale już współczuję wszystkim biednym humanistom, do których szacownego grona także ja się zaliczam. Gdybym musiała zdawać egzamin dojrzałości z tego przedmiotu, to swoją edukację pewnie zakończyłabym na wykształceniu podstawowym, góra średnim… Bardzo średnim.
Między Bogiem a prawdą, moja matematyczka w czwartej klasie liceum postawiła mi wprawdzie w końcu czwórkę na koniec roku, ale pod jednym warunkiem: musiałam jej solenniei uroczyście przysiąc, że nigdy więcej nie będę miała nic wspólnego zmatematyką. Obiecałam z ręką na sercu, święcie w to wierząc. Dobrze, że nie zażądała ode mnie oświadczenia na piśmie. Bo los bywazłośliwy, mój był w tej kwestii wyjątkowo wredny. Kiedy teraz robię (bo muszę) rozliczenia i wyceny, kalkulacje, wyliczam wsady i marże, przypomina mi słowo, którego nie dotrzymałam, choć dałam.
Niewiem, czy moja matematyczka jeszcze żyje, jeśli nie, to pewnie patrzy na to, co czasem wyprawiam z jej ukochaną dziedziną nauki i się w grobie przewraca.
Trudno. Trochę gimnastyki jej nie zaszkodzi.

wtorek, 3 listopada 2009

STRUŚ UDOMOWIONY

Mój mąż ma w sobie coś ze strusia.
Łeb w piasek i po kłopocie – jeśli nie widzimy jakiegoś problemu, a on nigdy nie widzi, to o nim nie rozmawiamy, jeśli nie rozmawiamy o jakimś kłopocie, to znaczy, że go nie ma.
Proste, prawda?
Typowo męskie podejście do sprawy. Znam je aż za dobrze z autopsji. Z moim ślubnym nie da się poważanie porozmawiać. Zwykle nie widzi w ogóle takiej potrzeby, nawet jeśli ze mnie ona wręcz się wylewa nosem, uszami i czubkiem głowy, ani jej nie czuje. Jest milczkiem, ja gadułą. Ma proste podejście do wielu zagadnień, do których ja mam skomplikowane. On nawet nie zauważy przysłowiowego włosa, ja znajdę wszędzie, obejrzę przez lupę, podzielę na czworo, wsadzę pod mikroskop, znowu obejrzę, poddam dogłębnej analizie... A potem zabiorę się za dzielenie ćwiartek na kolejne kawałki... I nie mam nawet co liczyć na wymianę zdań z mym lubym, sensowne uwagi i komentarze (stwierdzenia: "Jesteś specjalistką w wymyślaniu sobie problemów" do takowych nie kwalifikuję).
Kiedy próbuję poruszyć jakąś kwestię, która mnie dręczy, on reaguje męczeńskim jękiem z gatunku: „Ale po co ty się w ogóle nad tym zastawiasz???”. Albo zbywa mnie żartem, tak jak ostatnio. Leżymy w łóżku, smutnawo mi jakoś, mężyk przysypia, a ja usiłuję wyciągnąć z głębi duszy robaka, co mnie gryzie, ubić i poddać dokładnej sekcji, zdiagnozować rodzaj, gatunek, typ... Potrzebny mi asystent do dywagacji, pies nie gada, więc do dyspozycji zostaje mi tylko ślubny. Próbuję więc zagaić rozmowę z gatunku ważnych i w ramach wstępu mówię:
Czuję się samotna w związku…
I co słyszę w odpowiedzi?
Ale w związku z czym?..:-)

No to pogadaliśmy...

poniedziałek, 2 listopada 2009

ŻURAWIOM MÓWIĘ ZDECYDOWANE "NIE!"

Nie cierpię żurawi. Tępię te ptaszyska z uporem od dłuższego czasu, w pracy już się nie ostał ani jeden. Czasem tylko jakaś nowa, nieświadoma zagrożenia ptaszyna zapędzi się za blisko i w efekcie swojej własnej nieostrożności zwykle obrywa po dziobie. Porządnie, tak, że zazwyczaj drugi raz nie próbuje wtykać łba tam, gdzie nie powinna. Słowem: nikt przy zdrowych zmysłach, kto został uświadomiony, jak na to reaguję, nie odważy mi się zapuścić żurawia przez ramię, kiedy pracuję. Nie ma żadnego znaczenia, czy rozliczam, czy robię zestawienie, czy po się obijam, nie toleruję takiego zachowania w żadnej sytuacji
.Ale niestety nie znalazłam jeszcze skutecznego sposobu na przepłoszenie mojego domowego ptaszyska. Kiedy tylko usiądę do komputera, mężyk zaraz ląduje na oparciu fotela i zaczyna zaglądać mi przez ramię. Wnerwia mnie to. No tak mam i już, klasyczny „żuraw” w jego wykonaniu denerwuje mnie zwłaszcza wtedy, kiedy coś piszę, kompletnie nie potrafię się skupić. Macham łapą raz, drugi, trzeci, licząc, że wypłoszę gadzinę – nic, zero reakcji, siedzi i się gapi. Nic się nie boi, nie zamierza uciekać, więc zaczynam warczeć:

- Idź sobie

– Bo co?
- Idź, bo chciałam sobie pogrzebać! (w domyśle: w necie). - Piasku Ci przynieść…??... Kotku? :-)

sobota, 31 października 2009

TO JA, TYP NIEPOKORNY...


Ręce i nogi opadają. Uszy więdną. Na szczęście nie moje, tylko psie. Na nieszczęście – nie na długo. Tak na jakieś piętnaście minut, w porywach do trzydziestu. Zazwyczaj jest to akurat pół godziny po moim powrocie do domu, kiedy próbuję utrzymać nerwy na wodzy i nie sprać sierściucha na kwaśne jabłko.
Jest niereformowalny. Prawie codziennie, w tych samych okolicznościach przyrody prowadzimy te same męczące dialogi. Wracam do domu, otwieram drzwi i kiedy zamiast psa radosno – cieszącego się wita mnie kundel łasząco – przepraszający, już wiem: znowu coś rozwalił. Z duszą na ramieniu wchodzę dalej, robię obchód mieszkania i szacuję straty. Wracam pod drzwi, gdzie czeka na mnie kupka skruszonej, białej psiny i zaczynam swój monolog:
Travis, ile razy mam Ci powtarzać?!!!. Nie wolno grzebać w śmieciach! Nie wolno myszkować w koszu z brudną bielizną! Nie wolno wykradać butów z szafy! Nie wolno przynosić ich na kanapę w celach konsumpcyjnych! Nie wolno ich gryźć!!! Nie wolno wyjmować książek z regału!!! Nie wolno gryźć moich lektur! Zrozumiałeś? (Dla wywarcia lepszego efektu zwykle podtykam aktualnie poszarpany egzemplarz pod psi nos). Zrozumiałeś, ty kretynie!!!!??? Zrozumiałeś? To dlaczego znowu to zrobiłeś??? Ile razy mam Ci powtarzać??? Nie wolno! Nie wolno! NIE WOLNO!!!!
Biały Dupek po takim wykładzie staje się synonimem słowa „PRZEPRASZAM…” – ogon wciska w tyłek, uszy w łeb, przykleja się do podłogi, a kiedy jestem bardzo zła i długo krzyczę – przekręca się na grzbiet i gmera łapami w powietrzu, jakby się poddawał i mówił:
Naprawdę przepraszam. Nie chciałem. Wybacz... Nie gniewaj się na mnie. To było silniejsze ode mnie. Obiecuję, że to ostatni raz. Przepraszam. Zobacz, jak Ci ładnie merdam ogonem, jak się łaszę, przyrzekam, że już więcej tego nie zrobię…. Tylko już nie krzycz na mnie, uśmiechnij się chociaż raz, wtedy będę wiedział, że Ci przeszło…”
I zwykle tak to się kończy – ja się uśmiecham, bo pies w swojej obłudnej pokorze jest tak rozbrajający, że nie umiem długo utrzymać powagi, on rusza w szalony, radosny pęd po pokoju, bo wie, że już się nie gniewam. Zawieramy więc pakt o wzajemnej nieagresji. Obowiązuje zwykle… do następnego razu, kiedy wracam i załącza się ta sama, zdarta płyta:
Travis, ile razy mam Ci powtarzać?!!! Nie wolno grzebać w śmieciach! Nie wolno myszkować w koszu z brudną bielizną! Nie wolno wykradać butów z szafy! Nie wolno….
I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Ręce i nogi opadają. Ten pies jest niereformowalny. Jest impregnowany na subordynację, nie wiem czym, ale ktoś powinien to opatentować, to najskuteczniejszy środek świata. Jest wiedzoodporny i posłuchoodporny. Jakiś szczególny egzemplarz nam się trafił – no typ niepokorny!!!
Kiedy wracałam dziś ze swojej nowej pracy, zobaczyłam młodą kobietę prowadzącą wózek z małym dzieckiem. Do raczki spacerówki przyczepiła smycz, na której szedł spokojnie piękny golden retriever. Tak, prowadziła JEDNOCZEŚNIE wózek i psa. Jak na mój gust - szczyt nieodpowiedzialności i braku wyobraźni. Dramatyzmu całej sytuacji dodał fakt, że po drugiej stronie ulicy niespodzianie pojawił się inny pies, czarny labrador. Golden zerknął raz, drugi, mi włosy zjeżyły się na głowie, kiedy wyobraziłam sobie, co się za chwilę stanie… Golden odwrócił głowę, zerknął trzeci raz… i potruchtał spokojnie dalej obok wózka.
Byłam w szoku. Bo gdyby to był MÓJ pies, to zamiast opisanej sytuacji, miałby miejsce przyśpieszony kurs latania przeznaczony dla skromnego grona trzech niechętnych uczestników: dziecka, wózka i mnie… W roli naziemnej siły napędowej wystąpiłby Travis – bankowo. Na sto procent. Nawet na dwieście. Nawet na trzysta procent. Nie mam się co prawda czym martwić, bo ani wózka, ani potomstwa nie posiadam i nie wyglądana to, żeby się cokolwiek  miało zmienić w tej kwestii, ale jak już mam latać, to wolałabym z własnej, nieprzymuszonej woli.
Pies ma na ten temat jednak zupełnie inne zdanie. Kiedy nabierze na coś ochoty, jest mu absolutnie obojętne, czy jestem akurat przyczepiona do drugiego końca smyczy. Nie mam nad nim ponad dwukrotnej przewagi masy, tak jak ma jego Pan, niestety ważę niewiele więcej niż Biała Dupa. Słowem – po prostu mam pecha, kiedy piesuś zauważy coś interesującego.
 Dziś zobaczył tequilę. I nabrał na nią ochoty.
Nieopanowanej. Nieodpartej. Nieposkromionej.
Nie, nie mam psa – alkoholika, Tequila to piękna bokserka, którą namierzył na spacerze. Z miejsca zapał do niej sympatią. Ja także z miejsca, ale pofrunęłam. Za psem. W biegu na sto metrów pobiłabym pewnie aktualny rekord świata, gdyby nie to, że mój własny bark zaczął mnie wyprzedzać… Puściłam smycz i kundla. Moje nerwy też puściły...
Dość, powiedziałam sobie i mężykowi, kiedy wrócił z pracy. Mam dość latania za kundlem. Mam dość ciągania po trawnikach, szarpania i holowania. Mam do wyboru: dać sobie urwać rękę, albo zainwestować mądrze kilkadziesiąt złotych w metale nieszlachetne. Słowem: jutro kupuję kolczatkę. Postanowione. Zobaczymy, kto kogo przeciągnie. I opowiadam mężykowi o tym, jak ładnie i mądrze zachowywał się golden retrivera, którego widziałam po południu, jaki był zdyscyplinowany i posłuszny. Biała Dupa, jakby szukając wsparcia i obrony, wlazł przednimi łapami mojemu ślubnemu na kolana, no komitywa w najlepsze,  ten go podrapał za uchem, poczochrał po grubej sierści i mówi:
Słyszałeś piesku? Pani chce Ci kupić biżuterię.
........(konsternacja)......
Chce, żebyś był jak inne, szkolone tempe chu*je…

Ps. Czy muszę pisać, jak była puenta pańciochowego stwierdzenia?

wtorek, 27 października 2009

DOGOTERAPIA


Taka moja prywatna. Na małą skalę… Mój domowy doktor leży sobie właśnie obok fotela. Jest biały, ale nie nosi fartucha. Remedium na czterech łapach. Leczy samą swoją obecnością. Wystarczy mi, że jest.
Codziennie po południu siada na balkonie i czeka, uważnie i cierpliwie wpatruje się w ludzi idących chodnikiem. Jeszcze zanim zazgrzytam kluczem w zamku, już słyszę za drzwiami szuranie pazurów o podłogę. Zdarzają się dni, kiedy za progiem nikogo nie ma, ale wtedy wita mnie odgłos klepania ogonem w kanapę. Czasem po prostu rozespanemu leniwcowi nie chce się zwlec z niej tyłka. Wtedy ja do niego idę. Witam się i chwilę głaszczę wielki, ciężki łeb, a on mruczy zadowolony. Ale są takie dni, kiedy zostaję na dłużej, kładę się obok niego, przytulam policzek do grubego, gęstego futra i leżę. Dni, kiedy wracam do domu i jest mi smutno - z różnych powodów, występujących pojedynczo lub w kupie, wiadomo, w niej zawsze raźniej. Niestety kumulacje trafiają się nie tylko w totolotku. Ostatnio mam do nich fart. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że powinnam się wybrać do Urzędu Miasta i zmienić adres na krótszy, trzyliterowy: Dół. Nic tylko się w nim zadomowić, jakiś czas już tu w końcu mieszkam, tylko meble wstawić i się urządzić, kredytu za chatę przynajmniej nie trzeba będzie spłacać, jak się okaże, że to lokum na dłużej. Pocieszające.
Trochę bardziej niż to, że jestem ostatnio, ogólnie rzecz biorąc, w emocjonalnej, czarnej dupie (nie mylić z Białą Dupą, dla okazania należnego szacunku, pisaną z wielkich liter). Z przyczyn, jak już wspominałam, rozmaitych. Bo pada. Bo jest niskie ciśnienie. Bo coś się nie udało. Bo sobie nie radzę. Bo serducho zbolałe. Bo czegoś brak. Bo idą święta. Bo nic się nie zmienia. Bo w pracy problem za problemem. Bo przyszły złe wyniki. Bo ktoś mi zrobił przykrość. Bo nie wiem, co dalej. Bo czekanie męczy i odbiera siły bardziej niż działanie. Bo klimat w pracy dobija jeszcze bardziej niż czekanie. Bo jesień, zimno i napiera…la, to jest, przepraszam bardzo... pluje żabami. Bo tak. Bo bez powodu. Bo smutno i już.
Zawsze w takiej sytuacji idę do psa. Na dogoterapię. Sesja trwa kilkanaście minut, czasem dłużej. Przytulam się do białego, traviskowego boku i tak sobie leżymy. Słucham jak regularnie i cicho bije psie serce. Drapię go po brzuchu, a on odwraca się na grzbiet i przeciąga, gmerając w powietrzu uniesionymi łapami. Tak mi dobrze, tak mi rób… Czochram łobuza za uszami, a on liże mnie po nosie, po uszach, po rękach szorstkim, ciepłym jęzorem. Kiedy płaczę, nawet bardzo cicho, przyłazi do mnie z najdalszego kąta mieszkania, wezwany jakimś szóstym zmysłem. Najpierw zagląda do pokoju, jakby sprawdzał, czy nie przeszkadza, robi nieśmiało dwa, trzy kroki. Potem podchodzi bliżej, kładzie mordę tuż przed moją twarzą, trąca mnie nosem i kiwa ogonem, jakby chciał pocieszyć. W końcu włazi na łóżko, zwija się w kłębek i kładzie tuż obok. Przytula się i grzeje. To pomaga. Na smutki i troski. Na zły dzień. Na kiepski nastrój.
Psia przylepa. Kiedy siedzę, lokuje mi się pod stopami i przyjemnie grzeje. Kiedy rozkładam się na pufie, stara się wkleić tuż obok, żeby chociaż rudziejący grzbiet pod rękę podetknąć. Zauważyliśmy jakiś czas temu zasadę, według której pies przemieszcza się po domu: gdzie my – tam i on. Jeśli oglądamy w dużym pokoju telewizję, kładzie się pod oknem albo na kanapie. Jeśli siedzimy w kuchni, śledzi spod stołu łakomym wzrokiem nasze poczynania. Kiedy idziemy się kąpać, lezie za nami do łazienki, zawiesza się przednimi łapami na krawędzi wanny, obsuwa je coraz niżej, niżej i niżej, aż prawie dotykają powierzchni wody, a on patrzy na nas, jakby pytał: „Mogę? No wiecie, dołączyć? W końcu do połowy już wszedłem…” Kiedy przenosimy się do sypialni i gasimy lampkę, nie mija nawet kilka minut, a słychać w ciemności szuranie łap, potem na moment zapada cisza, jakby Travis się zastanawiał…. Wystarczy jeden zgrabny sus i pakuje białą dupę na swoje miejsce w nogach łóżka. Tak więc co noc jedno z nas ma pecha, w zależności od tego, czy pies wybierze miejscówkę po prawej, czy po lewej stronie kanapy. Na czyją stronę padnie, ten śpi w kucki... Zepchnięty kundel, obraża się demonstracyjnie, ale nie na długo… Czeka cierpliwie, aż zaśniemy, potem zakrada się po cichu… i znów budzimy się rano w komplecie, to jest w towarzystwie psa, zwykle w pozycji na trzy łyżeczki: mężyk, ja i Biała Dupa z brzegu
Nie wyganiam go. Nie mam serca.
Mówią, że właściciele czworonogów dzielą się na dwie grypy: tych, którzy pozwalają swoim pupilom spać na łóżkach i tych, którzy się do tego nie przyznają.
Ja nie dość, że pozwalam, to jeszcze się przyznaję. Niedobra Pani, oj niedobra, choć pewnie kundel wcale tak nie myśli. W końcu to tylko pies. Ale nie dla mnie.
  Biała Dupa jest moim lekiem na całe zło. Coraz częściej. Remedium na smutki. Stał się przez te dwa lata pełnoprawnym członkiem naszej małej, niekompletnej rodziny. Ma dla mnie większą wartość niż niektórzy ludzie. Dla niego nie ma żadnego znaczenia, co robię, kim jestem, jakie mam wykształcenie, samochód, mieszkanie i stan konta. Nie interesuje go moja pozycja społeczna, wyznanie, zajmowane stanowisko, poglądy polityczne. Nie obchodzi, czy jestem piękna, czy brzydka, biedna czy bogata. Dla niego ważne jest tylko to, żebym była. Ja i Pan.
Głupi pies, a rozumie, co jest w życiu najcenniejsze: obecność. Tego kogoś, kto kocha i kogo kocha się z wzajemnością. To tylko zwierzę, a wie doskonale, lepiej od ludzi, co w życiu jest ważne – prostota: dobre jedzenie, sen, zabawa, radość, wierność, miłość.
Banalne, ale prawdziwe.

piątek, 23 października 2009

ZASTANAWIAJĄCE



No właśnie. Zastanawiające. W związku z ciągle wzrastającym ciśnieniem w naszej firmie, przeglądałam sobie ostatnio rożne oferty pracy. Znalazłam między innymi ogłoszenie o naborze na stanowisko stewardessy. Najbardziej zastanowił mnie i rozśmieszył wymóg, uwaga!:umiejętności PŁYWANIA Że niby jak się sprawdza podczas rozmowy kwalifikacyjnej posiadanie lub nie przez kandydatkę wymaganej kompetencji??? Kontrolują znajomość teorii, czy praktykę?Potrafię co prawda przepłynąć kilkaset metrów stylem rozpaczliwym, ale jakie to ma w ogóle znaczenie? Kiedy już stewardessa razem z samolotem dupnie z wysokości dziesięciu tysięcy metrów do oceanu, to przecież nawet mistrzostwo świata stylem klasycznym zda się psu na budę. Nie rozumiem. Ale kto powiedział, że wszystko trzeba?Ps. Idę się hałsić. Ruszę się sprzed telepudła dopiero jak porosnę pleśnią :-)

środa, 21 października 2009

DOWODY

Mam charakterek. No mam i już. Nie będę się tu szeroko reklamować, powiem tylko, że wśród rozlicznych zalet posiadam coś, co u ludzi nazywa się silną wolą, u osłów zaś - uporem. Staram się jednak słuchać argumentów i brać zdanie innych osób pod uwagę… Ha, ha, ha, już widzę oczami wyobraźni, jak ten fragment czyta mój mężyk i dostaje ataku śmiechu...
 Ale naprawdę się staram, tylko nie zawsze mi wychodzi. Dlatego uważam dzisiejsze stwierdzenie mojego ślubnego za bezpodstawny atak. Kiedy poszliśmy z psem na spacer i Białas tradycyjnie wypiął cztery litery na nasze wołania, usłyszałam ni z tego, ni z owego wielce niesprawiedliwe hasło: 
Twoja szkoła. Jesteś tak samo nieposłuchana, jak ten Twój pies. 
O nie, co to, to nie…!!! Zagotowałam się. W ciągu trzydziestu sekund. Bardziej więc do mnie, przynajmniej na ten moment, pasowało stwierdzenie, że jestem jak czajnik elektryczny. Ale wróćmy do meritum. Zaprzeczyłam. Gorliwie. Żarliwie. I zażądałam sprawiedliwego sądu:

- O nie, nie ma tak łatwo, mój Drogi!!!! Argumenty proszę! Kiedy Cię ostatnio nie posłuchałam? Przykłady mi proszę podać, natychmiast! Dowody! 
I co słyszę? 
- Jesteś nieposłuchana. Nie to co ja :-)
Osiągnęłam stan wrzenia.
 - Dowody!!!!!!! 
W tym miejscu zmuszona byłam przerwać tę przeuroczą konwersację, bo mi pies zniknął z horyzontu. Na szczęście udało mi się go namierzyć zanim zaczął sparing z przechodzącym akurat biglem, również wstępnie zainteresowanym psią pyskówką. Wzięłam kundla na hol i wróciłam do miejsca, gdzie zostawiłam ślubnego. Ale tam już go nie było. Stał kilka metrów dalej, nie wiedzieć czemu, w środku głębokiej kałuży. Zgłupiałam, bo mu się prawie nalewało do butów, a nadal w niej stał, na dodatek przebierając w miejscu nogami.

- Co ty robisz? Zwariowałeś? Wyłaź z tej kałuży! – huknęłam na niego.
A mój luby, bardzo z siebie zadowolony, nadal taplając się w błocie, oświadczył mi
z szelmowskim uśmiechem:
Przecież mi kazałaś tu wejść… Widzisz? Usłuchałem Cię.
- Że co??????????
- Powiedziałaś: "do wody…"

wtorek, 20 października 2009

UZALEŻNIENIE

Jestem uzależniona.Tak, najwyższa pora się do tego przyznać. Podobno to pierwszy etap skutecznej terapii. A wszystko przez taką jedną, która mnie pchnęła w straszliwe szpony nałogu. Zdziwiona była szczerze, że nigdy nie próbowałam, że nie znam, że nie wiem, jaka to przyjemność. Zachwalała. Polecała. O tym, że to uzależnia, nie wspomniała nawet słowem. Gadzina. Zresztą nie ma jej co oskarżać, bo i tak się wybroni. Jeszcze mi paczuszkę podesłała, tak na spróbowanie, niby od niechcenia, ale założę się, że doskonale wiedziała, co robi. Profesjonalna zagrywka starego dilera. Chciała mnie wpędzić w nałóg. No i jej się udało. Podejrzewam, że pragnęła mieć towarzyszkę w uzależnieniu, bo sama w nim tkwi. Śmiem twierdzić, że po same uszy, czyli głęboko, bo wysoka jest, ma tak z metr osiemdziesiąt… 
 To ona mi to zrobiła.
Wysłała mi płytki z pierwszym sezonem dr. House’a….
Obejrzałam. No i stało się. Przepadłam i wpadłam. Po czubek głowy. Albo i głębiej. Mąż może padać z głodu, ja oglądam. Pająki mnie już prawie wciągnęły za łóżko, ja oglądam. Pies może lać pod drzwiami, ja oglądam. Planuję zakup pampersów dla siebie, bo z sedesu kiepsko widać obraz... Na razie nabyłam sezon drugi i trzeci, zarządzając w sobotę o 20.30 natychmiastowy marszobieg (coby zdążyć przed zamknięciem) do najbliższego Empiku. Głód narkotykowy pokonał nawet moją wrodzoną niechęć do opuszczania ciepłego domu w deszczowe, zimne wieczory. Poszliśmy. Ja, mąż i pies, że niby na spacer, zabraliśmy go dla zachowania pozorów, że to wcale nie głód narkotyczny tak nas goni... Bo niestety ślubny też zaczyna zdradzać pierwsze oznaki uzależnienia. Dotarliśmy do galerii na czas. A tam już czekał na mnie na półce stęskniony doktor, wyciągnęłam po niego drżące dłonie i popędziłam do kasy. I już mogłam spędzić kolejny wieczór, narkotyzując się do woli, a dokładnie do  2.30, kiedy to mąż skonfiskował mi pilota i nagnał do łóżka. Zasnęłam myśląc o Gregory’m...
Uwielbiam go. Za wielowymiarowość. Niejednoznaczność. Ludzkość i nieludzkość. Za ironię, złośliwość i wrodzoną wredotę, bo te cechy są mi, nie wiedzieć czemu, szczególnie bliskie…  Przy nim bohaterowie polski seriali są płascy jak rozjechana ropucha. 
Śnił mi się oczywiście dr House – namiętnie i erotycznie. Już nachylił nade mną swoją twarz z trzydniowym zarostem, już spoglądał mi głęboko i znacząco w oczy… Już się miałam z nim bzyknąć, kiedy nagle Gregory przemówił do mnie… po polsku. Dziwnie znajomym głosem...??????
What’s up???? - zapytałam sama siebie, zdziwiona i zaskoczona, kiedy usłyszałam:

No kochanie, dawaj buziaka, bo idę tyrać….

Otworzyłam jedno oko. Zobaczyłam nad sobą niebieskie ślepia.
Błysnął płomyk nadziei... i zgasł.
 To były
mężowskie ślepia.
Fuck!!!!
Ten to zawsze wie, kiedy mnie obudzić!!!!!